W konkursie krzyżówkowym „Przyjaciółki" wygrałam weekend w spa dla dwojga. Rodzina ożywiła się natychmiast: „pojadę z tobą, mamo, należy mi się reset!" - zgłosiły się trzy osoby. Pojechałam z Lusią. To ona podpowiedziała „ANAGRAM" na siedem liter. Nagrody jeżdżą z tymi, co rozwiązują.
Ale zanim opowiem o tym weekendzie, muszę cofnąć się do piątkowego wieczoru, kiedy w naszej kuchni na Gocławiu rozpętała się prawdziwa burza. Trzy osoby - to znaczy moja córka Ewa, moja synowa Patrycja i mój syn Grzegorz - stały nad stołem, na którym leżał wydruk potwierdzenia rezerwacji. Hotel Szafirowy Zdrój w Kudowie. Basen, sauna, masaże. Dwa łóżka, dwie osoby. I ja z problemem, którego się nie spodziewałam.
- Mamo, ja od września nie miałam ani jednego dnia wolnego - powiedziała Ewa, splatając ręce na piersi. - Tomek się zwalił z chorobowym, ja biorę za dwóch na poczcie. Chyba rozumiesz.
- Teściowa, ja nie narzekam, ale Hubert budzi się trzy razy w nocy. Trzy razy. Od ośmiu miesięcy - Patrycja mówiła ciszej, ale z takim naciskiem, że słychać było każdą bezsenną noc w jej głosie.
A Grzegorz, mój syn, stał przy lodówce i po prostu patrzył. Nic nie mówił. Tylko ten jego wzrok - jakby prosił: mamo, weź mnie stąd na chwilę. Grzegorz pracuje jako elektryk w firmie na Pradze, wraca po szóstej, czasem po siódmej, i wiem, że ostatnio z Patrycją jest między nimi ciężko. Nie kłócą się. Gorzej - milczą.
Sześćdziesiąt dwa lata życia nauczyły mnie jednego: kiedy troje bliskich prosi cię o to samo, a ty masz tylko jedno wolne miejsce, to cokolwiek zrobisz - kogoś zranisz. I właśnie w tym momencie zadzwoniła Lusia.
Lusia to moja sąsiadka z trzeciego piętra. Lucyna Wójcik, siedemdziesiąt jeden lat, wdowa od pięciu, emerytowana bibliotekarka z Mokotowa, która przeprowadziła się do córki na Gocław po śmierci Tadeusza. Lusia jest drobna, siwa jak gołąbek i ma oczy, które widzą wszystko, nawet to, co człowiek próbuje schować. To ona w zeszłą środę, kiedy siedziałyśmy na ławce pod blokiem, pochyliła się nad moją krzyżówką i powiedziała: „Bożenko, tu jest anagram. A-N-A-G-R-A-M. Siedem liter, pasuje idealnie."
I pasowało.
- Bożena, słyszę u ciebie jakiś harmider - powiedziała przez telefon. - Wszystko w porządku?
Wyszłam z kuchni na korytarz, zamknęłam drzwi i wyszeptałam:
- Lusia, wygrałam weekend w spa i nie wiem, kogo zabrać. Wszyscy chcą jechać.
Cisza. A potem Lusia powiedziała coś, co zmieniło bieg tego wieczoru:
- A kto rozwiązał tę krzyżówkę, Bożenko?
- Ja. Z twoją pomocą.
- No właśnie.
I to był ten moment. Wróciłam do kuchni, postawiłam czajnik i powiedziałam spokojnie: „Jadę z Lusią." Trzy pary oczu spojrzały na mnie tak, jakbym oznajmiła, że sprzedaję mieszkanie i lecę na Bali.
Ewa odłożyła kubek na blat. Mocno. Porcelana stuknęła o granit.
- Z sąsiadką? Mamo, to rodzinna nagroda.
- To moja nagroda, Ewuniu - odpowiedziałam, czując, jak serce mi przyspiesza, bo ja nie jestem osobą, która stawia na swoim. Przez czterdzieści lat małżeństwa z Andrzejem byłam tą, która ustępuje. Andrzej umarł trzy lata temu i chyba dopiero wtedy zaczęłam się zastanawiać, czego ja sama chcę.
Grzegorz pokiwał głową i wyszedł do pokoju. Patrycja wzruszyła ramionami, ale widziałam, jak zaciska szczękę. A Ewa - Ewa powiedziała coś, co bolało najbardziej:
- Tata by tak nie zrobił.
Dwa dni później siedziałam z Lusią w pociągu do Kudowy. Lusia miała ze sobą termos z herbatą z cytryną, dwie bułki z serem żółtym i krzyżówkę panoramiczną z „Relaksu". Jechałyśmy przez Dolny Śląsk, za oknem było zielono, majowo, jabłonie kwitły tak, że chciało się płakać.
- Bożena, czy twoja Ewa się odezwała? - zapytała Lusia, nie odrywając wzroku od krzyżówki.
- Nie.
- Odezwie się.
- A jeśli nie?
Lusia odłożyła długopis i spojrzała na mnie swoimi jasnymi oczami.
- Moja Dorota nie odzywała się do mnie przez pół roku, kiedy sprzedałam działkę pod Piasecznem. Pół roku, Bożenko. A potem zadzwoniła w Wigilię i powiedziała: „Mamo, zrobiłam barszcz, będzie na ciebie czekał." I tyle. I od tego czasu jest dobrze.
Hotel okazał się ładny, choć mniejszy niż na zdjęciach. Pokój czysty, z widokiem na park zdrojowy. Dwie łóżka, dwie białe szlafroki, dwie pary kapci. W łazience stały malutkie szampony o zapachu lawendy. Lusia powąchała jeden i powiedziała: „Tadeusz zawsze mówił, że lawenda to zapach raju. Może miał rację."
Przez dwa dni chodziłyśmy na masaże, siedziałyśmy w jacuzzi, piłyśmy herbatę na tarasie. Rozwiązywałyśmy krzyżówki. Rozmawiałyśmy o mężach, o dzieciach, o tym, jak to jest być kobietą po sześćdziesiątce, która nagle zostaje sama i nie wie, czy to kara, czy szansa. Lusia opowiedziała mi o Tadeuszu - że przez ostatni rok przed śmiercią prawie się nie odzywał, siedział w fotelu i patrzył w okno, a ona czuła się tak, jakby już była wdową, choć on jeszcze oddychał. I że kiedy umarł, pierwszą myślą - zaraz potem przyszło poczucie winy - pierwszą myślą było: „nareszcie cisza."
Nikt mi tego wcześniej nie powiedział. Że można kochać kogoś i jednocześnie odczuć ulgę, kiedy odchodzi. Ja przy Andrzeju czułam coś podobnego, choć nigdy bym się do tego nie przyznała.
W niedzielę rano, przed wyjazdem, włączyłam telefon. Trzy wiadomości. Patrycja napisała: „Hubert powiedział mama. Nagrałam filmik." Grzegorz: „Mamo, daj znać jak wrócisz, podwiozę z dworca." I Ewa. Ewa napisała najkrócej: „Przepraszam."
Pokazałam Lusi. Przeczytała, oddała mi telefon i powiedziała:
- Nie odpowiadaj od razu. Niech pochodzą z tym jeszcze chwilę.
- Lusia, to okrutne.
- To nie okrucieństwo, Bożenko. To lekcja. Twoje dzieci muszą się nauczyć, że mama to nie nagroda pocieszenia. Mama to osobna osoba.
Jechałyśmy z powrotem przez te same jabłonie. Lusia spała z głową opartą o szybę, a ja patrzyłam na jej twarz - spokojna, poorana zmarszczkami - i myślałam o tym, że przez sześćdziesiąt dwa lata budowałam dom, gotowałam obiady, prałam, cerując skarpety, pilnowałam lekcji, jeździłam na wywiadówki, potem na komunię wnuków, a teraz pierwszy raz w życiu zrobiłam coś wyłącznie dla siebie. I świat się nie zawalił.
A może się zawalił. Może Ewa już nigdy nie będzie patrzeć na mnie tak jak dawniej. Może Patrycja powie Grzegorzowi, że jego matka jest egoistka. Może w grudniu, przy wigilijnym stole, będzie ta cisza - ta specyficzna cisza polskich rodzin, kiedy wszyscy wiedzą, o czym nie mówią.
Na dworcu w Warszawie czekał Grzegorz. Wziął moją torbę, otworzył drzwi samochodu. Nic nie powiedział o spa, o Lusi, o nagrodzie. Dopiero pod blokiem, kiedy wyciągałam klucze, odezwał się:
- Mamo, Ewa myśli, że ją wybrałaś zamiast niej. Nie Lusię - zamiast niej.
- A ty co myślisz, Grzesiu?
Patrzył na mnie przez chwilę. Potem wzruszył ramionami, tak jak jego ojciec robił, kiedy nie chciał odpowiadać.
- Myślę, że nagrody jeżdżą z tymi, co rozwiązują.
Weszłam na trzecie piętro, otworzyłam drzwi pustego mieszkania i postawiłam torbę w przedpokoju. Na stole w kuchni leżała krzyżówka, ta niedokończona, jeszcze sprzed wyjazdu. Usiadłam, wzięłam długopis. Szesnaście poziomo, pięć liter: „wybór, który kosztuje". Wpisałam: wolność. Nie byłam pewna, czy pasuje.