Irena trafiła na obserwację. Syn z Anglii „monitorował telefonicznie". Ułożyłyśmy z Lodzią i Stasią grafik dyżurów: termos, kompot, krzyżówki, ładowarka. Przy wypisie lekarka spytała: „rodzina odbiera?". Irena pokazała na nas: „tak, to moja". Nie sprostowałam żadnego słowa. Rodzina to ci, którzy przychodzą.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się w szpitalu. Zaczęła się od ławki przed blokiem na Winogradach w Poznaniu, ponad siedem lat temu, kiedy Irena usiadła obok mnie i powiedziała: „Pani ma takie ładne bratki na balkonie. Ja swoje zabiłam nadmiarem wody".
Miałam wtedy sześćdziesiąt lat, dwa lata po emeryturze z księgowości w fabryce mebli i puste mieszkanie, w którym cisza brzmiała głośniej niż jakikolwiek hałas. Córka Agnieszka mieszkała w Gdańsku z mężem i dwójką dzieci, dzwoniła raz w tygodniu, w niedzielę o dwunastej, jak na zegarku.
Mąż Ryszard odszedł trzy lata wcześniej - nie od żony, od życia. Rak trzustki, siedem miesięcy od diagnozy do końca. Zostałam z bratkami na balkonie, z emeryturą i z pustym fotelem przy oknie, na którym Ryszard czytywał „Głos Wielkopolski".
Irena wyglądała jak kobieta, która kiedyś nosiła się elegancko, ale w pewnym momencie przestało jej na tym zależeć. Płaszcz z połowy lat dziewięćdziesiątych, dobry kiedyś, teraz trochę za luźny w ramionach. Siwe włosy ścięte krótko, ale nierówno, jakby sama podcinała grzywkę nad umywalką. Uśmiech miała natomiast taki, że od razu chciało się z nią usiąść dłużej.
- Ja jestem Irena, z czwartego piętra - powiedziała tamtego dnia. - Mieszkam tu od roku, ale jakoś z nikim nie potrafiłam zagadać.
- Bożena - odpowiedziałam. - Z drugiego. Herbaty się pani napije?
I tak to się zaczęło. Od herbaty z cytryną i bratków.
Lodzia pojawiła się w naszym życiu przez przypadek - albo przez los, kto to wie. Prowadziła zakład fryzjerski dwie ulice dalej, taki niewielki, z trzema fotelami i wieczną kolejką emerytowanej klienteli. Irena chodziła do niej na farbowanie, ale w pewnym momencie przestała farbować, a nadal przychodziła. „Po herbatę" - mówiła, choć Lodzia robiła paskudną herbatę, za mocną i za słodką. Przychodziła po rozmowę. Lodzia miała pięćdziesiąt sześć lat, dwóch dorosłych synów, obaj w Poznaniu, i męża Bogdana, który od dwudziestu lat pracował na kolei i w domu bywał rzadziej niż pociąg pospieszny na peronie. „Mąż na papierze" - mówiła Lodzia bez żalu, jakby opisywała pogodę.
Stasia dołączyła ostatnia. Siedemdziesiąt trzy lata, wdowa po Tadeuszu, który odszedł dekadę temu, bezdzietna. Poznałam ją na cmentarzu Pierwszego Listopada - stała przy grobie obok Ryszardowego i poprawiała znicz, który się przechylił. Zamieniliśśmy kilka słów, potem kilka więcej, a w grudniu przyszła do mnie na pierogi z kapustą i grzybami. Irena też była. I Lodzia zamknęła salon o trzeciej, bo „w piątek po drugiej i tak nikt nie przychodzi".
Tak powstało coś, na co żadna z nas nie miała nazwy. Nie byłyśmy klubem. Nie byłyśmy grupą wsparcia. Byłyśmy czterema kobietami, które spotykały się w czwartek na kawę u mnie albo u Ireny, w sobotę na spacer do parku Sołackiego, a na Wigilię robiły dwanaście potraw razem, bo żadna z nas nie miała komu nakryć do stołu na pełną rodzinną kolację.
Agnieszka raz powiedziała przez telefon: „Mamo, to miłe, że masz koleżanki". Koleżanki. Słowo, które pachniało szkolną ławką i wycieczką do kina. Nie poprawiłam jej. Nie umiałam wytłumaczyć, że Lodzia wie, kiedy mam gorszy dzień, po tym, jak odkładam łyżeczkę na spodek. Że Stasia pamięta rocznicę śmierci Ryszarda i zawsze tego dnia przynosi sernik. Że Irena potrafi siedzieć ze mną w ciszy przez godzinę i ta cisza nie jest pusta.
Irena miała syna Marka. Jedynego. Wyjechał do Anglii czternaście lat temu, tuż po studiach. Najpierw miał wrócić po roku. Potem po dwóch. Potem poznał Claire, urodzili się bliźniaki, i Anglia stała się domem. Irena jeździła do nich raz w roku, w czerwcu, na dwa tygodnie. Wracała z czekoladkami Cadbury i zdjęciami wnuków na telefonie, ale nigdy nie opowiadała dużo. „Marek jest zajęty" - mówiła tonem, który zamykał temat. Nie naciskałyśmy.
Ale widziałyśmy, jak w niedzielę czeka na telefon, który czasem przychodzi, a czasem nie. Jak jej twarz twardnieje, kiedy Lodzia opowiada, że jej Damian wpadł z obiadem. Jak na pytanie lekarza o osobę do kontaktu podaje numer syna z londyńskim kierunkowym, a potem cicho dodaje mój - „na wszelki wypadek, bo Bożena jest blisko".
We wtorek, dwunastego marca, Irena zemdlała na klatce schodowej. Sąsiadka z trzeciego zadzwoniła po pogotowie. Potem do mnie. Zanim karetka dojechała, byłam już przy niej z kurtką i dowodem osobistym, bo wiedziałam, gdzie Irena trzyma dokumenty - w szufladzie pod serwetką, obok zdjęcia Marka z matury.
Na izbie przyjęć pielęgniarka spytała: „Pani jest rodziną?". Odpowiedziałam: „Sąsiadką". I zobaczyłam, jak Irena, półprzytomna, leżąca na szpitalnym łóżku, drgnęła na to słowo. Jakby ją zabolało bardziej niż to, co było nie tak z sercem.
Marek zadzwonił następnego dnia. Rozmawiał z lekarzem, potem z Ireną. Krótko. Wieczorem Irena powtórzyła mi: „Marek mówi, żebym się nie martwiła. Że monitoruje sytuację". Monitoruje. Jak prognozę pogody albo kurs funta.
Ułożyłyśmy grafik tego samego wieczoru. Lodzia zamykała salon wcześniej i brała poranki - termos z herbatą, kanapki, ładowarka do telefonu. Stasia przychodziła po południu z kompotem z jabłek i książką krzyżówek, bo Irena uważała, że krzyżówki utrzymują głowę w formie. Ja brałam wieczory. Przynosiłam sweter, bo na oddziale było zimno, i siadałam przy łóżku. Czasem rozmawiałyśmy. Czasem nie. Irena zasypiała, a ja patrzyłam na jej twarz i myślałam o Ryszardzie, o tym, jak siedziałam przy nim w hospicjum i nikt wtedy nie pytał, czy jestem rodziną - byłam żoną, więc byłam oczywista.
Marek dzwonił co drugi dzień. Pytał o wyniki. Obiecywał, że przyjedzie, jeśli będzie trzeba operację. Nie trzeba było operacji. Trzeba było kogoś, kto przyniesie czysty szlafrok i powie: „Irenko, ładnie dziś wyglądasz". Ale tego nie powiedziałam Markowi. Nie moja sprawa, pomyślałam. A potem pomyślałam - a czyja?
W piątek, przy wypisie, lekarka przyszła z kartą i zapytała: „Rodzina odbiera panią do domu?". Zwykłe pytanie, proceduralne. Irena spojrzała na nas trzy - na Lodzię z termosem, na Stasię z reklamówką pełną kompotu, na mnie z jej kurtką przewieszoną przez ramię - i powiedziała spokojnie: „Tak, to moja rodzina".
Lekarka zapisała coś w karcie i nie skomentowała. Lodzia odwróciła się do okna. Stasia poprawiła okulary. A mnie ścisnęło gardło tak, że przez chwilę nie mogłam oddychać.
Nie sprostowałam żadnego słowa.
Wieczorem, kiedy Irena leżała już u siebie na kanapie, nakryta kocem, z herbatą na stoliku i telefonem pod ręką, zadzwonił Marek. Irena odebrała, posłuchała chwilę, powiedziała: „Tak, synku, jestem w domu, wszystko dobrze, dziewczyny mnie przywiozły". I zanim się rozłączyła, dodała coś, czego wcześniej nigdy przy nas nie mówiła: „Marku, przyjedź kiedyś nie dlatego, że trzeba. Tylko dlatego, że chcesz".
Nie wiem, co odpowiedział. Irena odłożyła telefon i zamknęła oczy. Stasia nalała jej kompotu. Lodzia włączyła telewizor na cichutko. Ja usiadłam w fotelu i pomyślałam, że gdyby Agnieszka zapytała mnie teraz, kim są te „koleżanki", może bym umiała odpowiedzieć. Albo może nadal bym nie umiała, bo na pewne rzeczy nie ma dobrych słów.
Następnego dnia Marek napisał do mnie SMS-a. Pierwszego w życiu. „Dziękuję, że pani przy niej jest. Przepraszam, że mnie nie ma". Czytałam tę wiadomość cztery razy. Za piątym odpisałam: „Irena na panią czeka. Zawsze czeka".
Nie odpisał. Ale tydzień później Irena powiedziała, że Marek kupił bilet na kwiecień. Nie wiem, czy przyjechał. Nie wiem, czy zostanie choćby na weekend. Wiem, że w czwartek znowu przyjdę do Ireny na kawę, Lodzia przyniesie ciasto z cukierni na rogu, Stasia usiądzie w swoim fotelu przy oknie i powie: „Dziewczyny, to co - siedemnaście poziomo, osiem liter, zaczyna się na P?".
I tyle. I to wystarczy. Albo nie wystarczy - ale o tym niech każdy zdecyduje sam.