
Co piątek objeżdżam trzy domy z wałówką: słoiki, swojskie z targu, chleb na zakwasie - taksówka-babcia z prowiantem. W ten piątek pojechałam w czwartą stronę: do Trzęsacza. Wałówkę spakowałam sobie: chleb, ser, termos, koc. Piknik na klifie, przy ruinach kościoła. Trzy domy przeżyły weekend na sklepowym. Klif był wart wszystkich trzech.
I wiecie co? Kiedy to piszę, jest wtorek rano, stoję w kuchni na Wildzie i kroję cebulę do słoików z ogórkami. Ręce pachną koprem, radio gra Marylę Rodowicz, a ja się uśmiecham. Bo klif wciąż jest w mojej głowie. I pytanie, które mi zadał.
Ale po kolei.
Nazywam się Bożena i od czterech lat jestem babcią na pełen etat. Mam sześćdziesiąt dwa lata, mieszkam w Poznaniu i przez trzydzieści lat pracowałam jako księgowa w hurtowni budowlanej. Emerytura przyszła, a razem z nią - nowa posada. Nie płatna, nie etatowa, ale wymagająca jak żadna inna.
Bo moje trzy córki jakoś tak jednocześnie zaczęły potrzebować pomocy.
Kasia, najstarsza, mieszka na Ratajach z mężem Tomkiem i trójką dzieci. Tomek jeździ tirem, bywa go tydzień, bywa go trzy. Kasia pracuje w przedszkolu na dwie zmiany, więc kiedy Tomka nie ma - ja jestem.
Magda, średnia, rozwiodła się dwa lata temu, wychowuje pięcioletniego Jasia sama, bo Dariusz po rozwodzie przepadł jak kamień w wodę. Prowadzi swój mały salon fryzjerski, klientki umówione od siódmej do osiemnastej. Kto odbiera Jasia z przedszkola? Babcia Bożena. I wreszcie Ola, najmłodsza, ta ambitna, ta po studiach w Warszawie, która wróciła do Poznania z dzieckiem i bez męża. Pracuje zdalnie, w IT, ale jak Zuzia ma gorączkę - kto jedzie z Nurofenem i rosołem? Wiadomo kto.
Mój piątek wygląda tak: rano jadę na targ Jeżycki, kupuję warzywa, jajka, twaróg. W domu pakuję. Trzy siatki, każda podpisana. Do Kasi - rosół w słoiku, kotlety, chleb na zakwasie od pani Teresy z Lubonia, ogórki kiszone. Do Magdy - to samo, plus herbatniki dla Jasia i krem do rąk, bo ta dziewczyna niszczy sobie dłonie tymi farbami. Do Oli - zupa, ciasto, czasem jakiś kocyk, bo Zuzia rośnie jak na drożdżach. Potem wsiadam w swojego starego Peugeota i objazd. Rataje, Grunwald, Winogrady. Trzy przystanki, trzy wyładunki, trzy „mamo, nie trzeba było" i trzy puste lodówki, które mówią co innego.
Mąż Andrzej umarł siedem lat temu. Zawał na działce, między krzakami porzeczek a grządką pomidorów. Miał sześćdziesiąt jeden lat. Po jego śmierci dziewczyny się zamknęły, każda na swój sposób. A ja? Ja się otworzyłam. Na gotowanie, sprzątanie, pilnowanie, podwożenie, odbieranie, trzymanie za rękę. Bo kiedy człowiek stracił tego, dla którego żył - musi znaleźć kogoś innego, dla kogo warto wstać rano.
Tyle że od jakiegoś czasu budziłam się z dziwnym uczuciem. Nie smutku. Raczej - pustki pod żebrami. Jak po głębokim wydechu, z którego nie ma wdechu. Siadałam na łóżku, patrzyłam na listę na lodówce - „Kasia: rosół, kotlety. Magda: szarlotka. Ola: krem dyniowy" - i czułam, że ta lista jest moim jedynym kalendarzem. Że bez niej nie wiem, jaki jest dzień tygodnia.
W środę zadzwoniła Lucyna, moja sąsiadka z drugiego piętra. Lucyna jest rok starsza ode mnie, wdowa jak ja, ale inaczej wdowa. Lucyna jeździ na wycieczki z UTW, chodzi na aqua aerobik i w zeszłym roku była w Czarnogórze.
- Bożenka, słuchaj - powiedziała. - Jadę w piątek do Trzęsacza. Koleżanka miała jechać, ale jej kolano nawaliło. Mam dwa miejsca w pensjonacie, opłacone, bezzwrotne. Jedziesz?
- W piątek nie mogę - odpowiedziałam automatycznie. - W piątek objeżdżam dziewczyny.
- Dziewczyny mają po trzydzieści parę lat, Bożena. Jeden piątek bez twoich słoików nie umrą.
Chciałam powiedzieć, że Jaś je tylko moje pierogi, że u Kasi pusta lodówka, że Zuzia miała katar. Ale Lucyna dodała coś, co zostało mi w głowie na całą noc:
- Wiesz, kiedy ostatnio zrobiłaś coś dla siebie? Nie dla nich - dla siebie?
Nie wiedziałam. Naprawdę nie wiedziałam.
W czwartek wieczorem spakowałam trzy siatki jak zawsze. Stały na blacie, gotowe. Patrzyłam na nie i myślałam o klifie, o morzu, o ruinach kościoła, które widziałam kiedyś na zdjęciu w „Przyjaciółce". O tym, jak wiatr musi tam pachnieć. Potem wzięłam telefon i napisałam do grupowego czatu z córkami: „Dziewczyny, w ten piątek babcia ma wolne. Wałówka w przyszły tydzień podwójna. Jadę nad morze".
Odpowiedzi przyszły szybko. Kasia: „Mamo, ale jak to?? Tomek jest w trasie!". Magda: „A Jaś?? Obiecałaś mu naleśniki!". Ola, o dziwo, napisała tylko: „Jedź, mamo. ❤️".
Na odpowiedź Kasi i Magdy nie odpisałam. Wyłączyłam telefon. Ręce mi się trzęsły, jakbym robiła coś zakazanego. Jakbym kradła z własnego domu.
Rano, zamiast jechać na targ, spakowałam torbę: chleb na zakwasie, ser żółty, termos z herbatą, wełniany koc. Lucyna zatrąbiła pod blokiem o siódmej. Jechałyśmy cztery godziny, gadałyśmy jak nastolatki, Lucyna opowiadała o Czarnogórze, ja o tym, jak kiedyś z Andrzejem jeździliśmy nad Bałtyk w latach osiemdziesiątych, do Niechorza, z namiotem i jedną patelnią.
Trzęsacz był dokładnie taki, jak sobie wyobrażałam. I zupełnie inny. Klif stał nad morzem jak złamana obietnica - piękny i niepewny, zawieszony między tym, co było, a tym, co zaraz się obsunie. Ruina kościoła - kawałek ściany, trzy metry cegły, otwór po oknie, przez które widać horyzont. Rozłożyłam koc na trawie, nalałam herbatę, odkroiłam chleb. Wiatr pachniał solą i tą dziwną wolnością, której nie znałam od lat. Albo którą zapomniałam.
Siedziałam tam dwie godziny. Sama, bo Lucyna poszła zwiedzać. Telefon leżał na dnie torby, wyłączony. I wtedy - pierwszy raz od śmierci Andrzeja - poczułam, że jestem. Nie jako mama, nie jako babcia, nie jako taksówka z prowiantem. Po prostu Bożena. Kobieta na klifie, z chlebem i morzem.
Wieczorem, w pensjonacie, włączyłam telefon. Dwadzieścia trzy nieodebrane połączenia. Kasia: osiem. Magda: jedenaście. Ola: cztery. Esemesy od Kasi: „Mamo, Antoś nie chce jeść sklepowego chleba!", „Mamo, gdzie masz przepis na rosół??", „Mamo, oddzwoń, martwię się!". Od Magdy: „Jaś płacze, że nie ma naleśników", „Mamo, czy coś się stało?", „Mamo, to nie jest śmieszne". Od Oli: „Mamo, nie przejmuj się. Daj mi znać, że żyjesz. I jedz ten chleb powoli."
Odpisałam: „Żyję. Morze piękne. Wracam w niedzielę".
Kasia zadzwoniła natychmiast.
- Mamo, jak mogłaś? Dzieci były głodne!
- Kasiu - powiedziałam spokojnie. - Masz trzydzieści osiem lat. W lodówce masz sklep za rogiem. A ja mam sześćdziesiąt dwa lata i pierwszy raz od siedmiu lat widziałam morze.
Cisza. Długa, ciężka cisza, w której słyszałam, jak Kasia przełyka coś - może łzy, może dumę, może zrozumienie. Nie wiem.
W niedzielę wróciłam do Poznania. Kasia się nie odezwała przez trzy dni. Magda napisała sucho: „Jaś pytał o ciebie". Ola przysłała zdjęcie Zuzi z podpisem: „Babcia ma prawo do urlopu".
Teraz jest wtorek. Stoję w kuchni, kroję cebulę. Trzy siatki czekają na piątek. Ale obok nich stoi czwarta - moja. Mały plecak. Koc, termos, chleb. Jeszcze nie wiem, gdzie pojadę następnym razem. Może nigdzie. Może znowu zapakuję trzy siatki i pojadę w trasę jak co tydzień.
Ale ten plecak stoi. I ja na niego patrzę.