
Segregowałam papiery męża. W teczce „rachunki" leżał opłacony karnet do sanatorium na wiosnę - dla dwóch osób. Pojechałam z sąsiadką. W formularzu przy „osoba towarzysząca" wciąż było jego imię.
Zobaczyłam to i długopis zamarł mi w dłoni. Recepcjonistka - młoda dziewczyna, może trzydziestoletnia - patrzyła na mnie cierpliwie, z tym charakterystycznym uśmiechem ludzi przyzwyczajonych do cudzych kłopotów. Krysia szturchnęła mnie łokciem.
- Bożena, podaj jej dane, bo kolejka się robi - szepnęła.
Ale ja nie mogłam oderwać wzroku od tej rubryki. „Osoba towarzysząca: Stanisław Polak". Jego pismo. Te pochyłe, drobne litery, które znałam lepiej niż własne. Czterdzieści jeden lat małżeństwa - człowiek zaczyna rozpoznawać charakter pisma męża nawet we śnie.
- Proszę pani, czy będziemy zmieniać dane osoby towarzyszącej? - zapytała recepcjonistka.
Krysia znowu mnie szturchnęła. Powiedziałam tak. Podałam jej dane. Krystyna Majewska, sześćdziesiąt lat, emerytka. Moja sąsiadka z czwartego piętra, która od czterech miesięcy robiła mi zakupy, kiedy ja nie mogłam wyjść z łóżka.
Staszek umarł w grudniu. Zawał. Wrócił z garażu, powiedział „Bożena, coś mnie łapie", usiadł na taborecie w kuchni i tyle. Karetka przyjechała w dwanaście minut, ale to już nie miało znaczenia. Lekarz na izbie przyjęć powiedział mi, że prawdopodobnie nie poczuł bólu. Nie wiem, czy to miało być pocieszenie. Nie pocieszało.
Przez pierwsze tygodnie po pogrzebie robiłam to, co robią wszystkie wdowy - zamrażałam rosół na porcje dla jednej osoby, przestawiałam budzik z piątej trzydzieści na siódmą, bo nie musiałam już szykować Staszkowi śniadania przed szóstą. Odkładałam na stos rzeczy do oddania. Ale papierów nie ruszałam. Nie mogłam.
Dopiero w marcu, kiedy przyszło wezwanie z ZUS-u w sprawie jakiegoś rozliczenia, zabrałam się za segregator. Staszek trzymał dokumenty w gabinecie - to znaczy w naszej mniejszej sypialni, którą zamieniliśmy na pokój z biurkiem, kiedy Tomek wyprowadził się do Wrocławia piętnaście lat temu. Dwa regały, teczki podpisane markerem: „dom", „samochód", „rachunki", „zdrowie". Typowy Staszek - porządek, system, wszystko pod kontrolą.
W teczce „zdrowie" były wyniki badań, skierowania, recepty. Przeglądałam je i widziałam całą historię jego ciała - podwyższony cholesterol w 2018, problemy z kolanami, rehabilitacja po wypadku na działce, kiedy spadł z drabiny przy zbieraniu jabłek. A potem otworzyłam „rachunki" i wypadła koperta z logo uzdrowiska w Ciechocinku. Potwierdzenie rezerwacji, opłacone z góry. Turnus wiosenny, kwiecień. Dwa miejsca, pokój dwuosobowy z balkonem.
Usiadłam na podłodze z tą kopertą w ręku i płakałam jak dziecko. Nie dlatego, że mnie to zaskoczyło - Staszek od roku mówił, że powinniśmy gdzieś pojechać, odpocząć. Że całe życie pracowaliśmy - on jako elektryk w zakładach przy Grochowskiej, ja jako księgowa w spółdzielni - a nigdzie razem nie byliśmy poza Bałtykiem i tą jedną wycieczką do Pragi w dziewięćdziesiątym ósmym. Płakałam, bo zrozumiałam, że on to planował po cichu. Jako niespodziankę. Że pewnie chciał mi powiedzieć na imieniny, czwartego marca, kiedy zawsze kupował mi kwiaty.
Nie dożył moich imienin o trzy miesiące.
Pierwsza myśl była taka, żeby zadzwonić do sanatorium i poprosić o zwrot pieniędzy. Staszek zapłacił prawie trzy tysiące złotych - nie bagatelna kwota z naszej emerytury, nawet po doliczeniu jego odprawy. Ale kiedy wykręciłam numer, usłyszałam automat i się rozłączyłam. I potem jeszcze raz. I jeszcze raz. Za czwartym razem Krysia wpadła na herbatę, zobaczyła mnie z telefonem i mokrymi oczami i zapytała, co się dzieje.
Opowiedziałam jej wszystko. Krysia siedziała, mieszała łyżeczką w szklance i milczała. Dopiero po chwili powiedziała:
- Bożenka, a dlaczego ty chcesz to oddawać?
- Bo po co mi sanatorium? Sama?
- A kto mówi, że sama?
Spojrzałam na nią. Krysia jest wdową od siedmiu lat. Jej Tadeusz odszedł po długiej chorobie, raku trzustki. Przez te siedem lat nauczyła się żyć sama - albo raczej, jak sama mówi, nauczyła się udawać, że umie żyć sama. Chodzimy razem na cmentarz pierwszego listopada. Razem robimy pierogi na Wigilię. Razem pijemy kawę po południu, kiedy cisza w pustym mieszkaniu robi się nie do zniesienia.
- Jedźmy - powiedziała Krysia. - Staszek by chciał, żebyś pojechała.
- Skąd wiesz, czego by chciał?
- Bo go znałam trzydzieści lat. I wiem, że jak kupował ten karnet, to myślał o tobie, nie o sobie.
Pojechałyśmy w drugiej połowie kwietnia. Autobus z Dworca Wschodniego, cztery godziny, Krysia zasnęła z głową na mojej torbie gdzieś za Kutnem. Ja nie spałam. Patrzyłam na pola za oknem - żółte od rzepaku - i myślałam o Staszku. O tym, jak by się cieszył z tego balkonu. Jak pewnie bym narzekała na jedzenie w stołówce, a on by mówił „Bożena, nie marudź, odpoczywaj".
W recepcji poszło sprawnie, do momentu z formularzem. Kiedy zobaczyłam jego imię, poczułam, jakby ktoś ścisnął mi żołądek. Recepcjonistka przepisała dane Krysi, oddała mi klucz i powiedziała, żebyśmy miały miły pobyt. Krysia wzięła mnie pod ramię i poszłyśmy szukać pokoju.
Pokój był ładny. Jasny, z widokiem na park. Dwa łóżka, szafka nocna, telewizor. Na balkonie dwa krzesła plastikowe i stolik. Krysia od razu wyszła na balkon, usiadła i powiedziała:
- No, Bożenka. Żyjemy.
Przez dwa tygodnie chodziłyśmy na zabiegi, piłyśmy solanki, spacerowałyśmy po deptaku. Krysia flirtowała z panem Jerzym z Poznania, który przyjeżdżał tu co roku po operacji biodra. Ja siedziałam na ławce i czytałam książki albo po prostu patrzyłam na ludzi. Byli tam sami emeryci - kobiety w grupkach, mężczyźni samotni albo w parach, małżeństwa trzymające się za ręce. Patrzyłam na te pary i nie czułam zazdrości. Czułam coś dziwnego - jakby ten karnet był ostatnim prezentem od Staszka, który wciąż działał. Wciąż dawał mi coś, czego sam już dać nie mógł.
Przedostatniego dnia zadzwonił Tomek. Nasz syn. Zapytał, jak się czuję, i kiedy powiedziałam mu, gdzie jestem, zamilkł.
- Mamo, ty pojechałaś do sanatorium? Tata miał jechać z Barbarą.
Zamarłam. Barbara to młodsza siostra Staszka. Mieszka w Radomiu, ma problemy z kręgosłupem, od lat narzeka na bóle. Nie przyszło mi do głowy. Ani razu.
- Skąd wiesz? - zapytałam cicho.
- Bo tata mi mówił. W październiku. Że Basia ma lecieć na operację albo jechać na rehabilitację, i że on jej załatwi sanatorium. Że pojedzie z nią jako opiekun, bo wujek Zdzisiek nie może wziąć urlopu.
Milczałam. Za oknem Krysia śmiała się z czegoś na balkonie pana Jerzego, piętro niżej.
- Mamo? Jesteś tam?
- Jestem - powiedziałam. - Jestem.
Odłożyłam telefon. Usiadłam na łóżku, na tym, które stało bliżej okna - bo Krysia wolała przy drzwiach. Patrzyłam na formularz leżący na szafce nocnej. „Osoba towarzysząca" - skreślone imię Staszka, dopisane imię Krysi.
Barbara do mnie nie zadzwoniła. Może nie wie. Może wie i nie chce mówić. A może Tomek się pomylił, albo Staszek zmienił plany i jednak chciał jechać ze mną. Nie dowiem się. Nigdy się nie dowiem, bo jedyna osoba, która znała prawdę, siedziała cztery miesiące temu na taborecie w naszej kuchni i powiedziała „Bożena, coś mnie łapie".
Następnego dnia rano, pakując walizkę, znalazłam na dnie koperty jeszcze jedną kartkę. Małą, wyrwaną z notesu. Staszek napisał na niej tylko: „Pamiętaj krem na kolana i wygodne buty". Nie napisał, dla kogo.
Schowałam kartkę do portfela, między zdjęcie wnuczki a bilet autobusowy. Krysia zawołała z korytarza, że taksówka czeka. Zamknęłam drzwi pokoju, oddałam klucz w recepcji i wyszłam na dwór. Było ciepło. Pachniało bzem. Gdzieś daleko ktoś kosił trawę. Pomyślałam, że powinnam zadzwonić do Barbary. Ale jeszcze nie wiedziałam, co jej powiedzieć.