Gienia z naszej klasy przestaje poznawać ludzi. Jej dzieci ograniczyły wizyty: „mama i tak nie wie, kto przyszedł". Jeżdżę co wtorek - pijemy herbatę i śpiewamy, bo „Szła dzieweczka" pamięta co do słowa. Jej syn dziwi się, po co jeżdżę, skoro ona „i tak nie wie". Może nie wie - ja wiem.

Ostatni raz Gienia powiedziała moje imię w grudniu. Stałam w progu z siatką mandarynek, bo ona je uwielbiała od zawsze, jeszcze w podstawówce wymieniała się nimi na drugie śniadanie. Spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała: „Wiesława, chodź, zrobię ci herbaty". A potem zaraz dodała: „Przepraszam, pani jest z opieki społecznej, tak?". I ten uśmiech zgasł, jakby ktoś zdmuchnął świeczkę. Ale na sekundę - na jedną, krótką sekundę - wiedziała, kim jestem.

Mam na imię Wiesława, za trzy miesiące skończę sześćdziesiąt cztery lata. Z Gienią - Genowefą Kubicką, z domu Walczak - chodziłam do jednej klasy w podstawówce numer siedem w Poznaniu. To było ponad pięćdziesiąt lat temu. Pięćdziesiąt lat, a ja nadal pamiętam, jak na apelu stała obok mnie i śpiewała tak głośno, że pani Krawczyńska pokazywała jej palcem, żeby ciszej. Gienia nigdy ciszej nie umiała.

Diagnozę postawili trzy lata temu. Alzheimer. Jej córka Magda zadzwoniła do mnie pewnego wieczoru, głos miała dziwny, suchy. „Ciociu Wiesiu - Magda zawsze mnie tak nazywała, choć żadną ciocią nie jestem - mama zgubiła się wczoraj między Biedronką a domem. Policja ją znalazła na przystanku, czekała na autobus do Swarzędza. Nie wiedziała po co".

Wtedy jeszcze Gienia miała dobre dni. Można było z nią porozmawiać, pośmiać się, nawet powspominać. Czasem myliła daty, mówiła o mężu Bogdanie, jakby żył, choć Bogdan odszedł osiem lat temu na raka płuc. Ale oczy miała żywe. Uśmiech ten sam co w klasie - szeroki, z dołeczkami.

Zaczęłam jeździć do niej we wtorki, bo to jedyny dzień, kiedy nie mam wnuków. Moja córka Ania pracuje na zmiany w szpitalu, więc w poniedziałki i czwartki siedzę z Olkiem i Zosią. We wtorki wsiadam o dziesiątej w tramwaj, jadę na Rataje, potem autobus i jestem pod jej blokiem koło jedenastej. Magda zostawia mi klucz pod wycieraczką, bo Gienia nie zawsze pamięta, żeby otworzyć.

Syn Gieni, Marek, pierwszy raz zadzwonił do mnie jakieś pół roku temu. Głos uprzejmy, ale w środku to słyszałam coś innego - zniecierpliwienie, może nawet irytację.

„Pani Wiesławo, ja nie chcę być niegrzeczny, ale po co pani tam jeździ? Mama nie wie, kto pani jest. Nie rozpoznaje nawet mnie, własnego syna. Pani się męczy, traci czas, a mama i tak nie wie".

Chciałam powiedzieć: bo twoja mama śpiewa ze mną. Bo kiedy zaczynam „Szła dzieweczka do laseczka", to ona podchwytuje, słowo po słowie, nuta po nucie, i wtedy na jej twarzy pojawia się coś, czego ty, Marek, nie widzisz, bo nie przyjeżdżasz. Ale powiedziałam tylko: „Nie szkodzi, Marku. To ja potrzebuję tych wtorków".

I to była prawda. Tylko nie cała.

Bo ja pamiętam Gienię, której nikt inny już nie pamięta. Gienię, która w szóstej klasie pożyczyła mi swoje jedyne dobre buty na wyjazd do Kórnika, bo moje były całe mokre, a mama nie miała na nowe. Gienię, która przepłakała ze mną cały wieczór, kiedy mój tata odszedł do innej kobiety i mama leżała twarzą do ściany. Gienię, która przyjechała do mnie do szpitala po porodzie Ani, z garnkiem rosołu, choć sama była w ósmym miesiącu ciąży z Magdą i ledwo się mieściła za kierownicą malucha Bogdana.

Kiedy jej o tym opowiadam, słucha. Nie wiem, co rozumie, co nie. Czasem kiwa głową. Czasem się uśmiecha. Raz powiedziała: „To ładna historia", jakby słyszała ją po raz pierwszy. I może słyszała.

Ale ja potrzebuję, żeby te historie istniały gdzieś poza moją głową. Żebym mogła je powiedzieć na głos, w jej kuchni, przy herbatach w tych samych kubkach z Cepelii, które kupiła trzydzieści lat temu. Jakby opowiadanie komuś - nawet komuś, kto zapomina - sprawiało, że to wszystko naprawdę się zdarzyło. Że ta Gienia naprawdę istniała.

Magda rozumie. Ostatnio powiedziała mi cicho, w korytarzu, żebym się nie przejmowała Markiem. „On nie potrafi patrzeć, jak mama odpływa. To go przerasta. Łatwiej mu powiedzieć, że mama i tak nie wie, niż przyjechać i zobaczyć na własne oczy".

Nie oceniam Marka. Naprawdę nie. Wiem, jak to jest, kiedy ktoś bliski staje się obcy. Kiedy patrzysz w oczy matki i widzisz, że w środku nikogo nie ma. To strach, jakiego nie da się opisać. Marek boi się - i robi jedyne, co umie. Ucieka. Dzwoni do siostry, pyta, czy mama wzięła leki, przelewa pieniądze na opiekunkę i mówi sobie, że robi, co może.

Ale ja we wtorki widzę coś, czego on nie widzi.

Kiedy zaczynam śpiewać, Gienia prostuje się na krześle. Dłonie, które zwykle leżą bezwładnie na kolanach, zaczynają stukać rytm o blat stołu. Usta się otwierają i wychodzą z nich słowa - czyste, wyraźne, właściwe. „Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego". Wie, co dalej. Pamięta wszystkie zwrotki, nawet tę trzecią, którą ja zawsze myliłam.

Pewnego wtorku - to było jakoś pod koniec marca - śpiewałyśmy i nagle Gienia przerwała w połowie zdania. Patrzyła na mnie, milczała. Myślałam, że odpłynęła, jak to się czasem zdarza. Ale potem wyciągnęła rękę, złapała mnie za nadgarstek mocno, aż mnie zabolało, i powiedziała: „Ty zawsze tu jesteś".

Nie: „Wiesława". Nie: „koleżanka". Nie: „pani z opieki". Powiedziała: „Ty zawsze tu jesteś". I trzymała mnie za rękę dobrych pięć minut, po czym wróciła do śpiewania, jakby nic się nie stało.

Nie wiem, czy mnie rozpoznała. Może po prostu rozpoznała stałość. Kogoś, kto przychodzi. Kogoś, kto jest. Może pamięć to nie tylko imiona i twarze. Może jest jakaś głębsza warstwa, pod językiem, pod imionami, pod faktami - warstwa, w której ciało pamięta, że ktoś obok jest bezpieczny.

Marek zadzwonił znowu w zeszłym tygodniu. Tym razem nie pytał, po co jeżdżę. Powiedział: „Magda mówi, że mama śpiewa z panią. Jak to? Ze mną nigdy nie śpiewała".

Chciałam powiedzieć: bo musisz być w pokoju, żeby ktoś z tobą zaśpiewał. Ale nie powiedziałam. Powiedziałam: „Przyjedź we wtorek, Marek. Naucze cię słów".

Przez chwilę milczał. Potem powiedział: „Pomyślę o tym".

Jutro jest wtorek. Mandarynki kupione, herbata pakowana. Jadę do Gieni. Nie wiem, czy mnie pozna, nie wiem, czy zaśpiewa, nie wiem, czy powie choć jedno słowo. Ale będę siedziała naprzeciwko niej, w tej kuchni z kubkami z Cepelii, i będę. Tyle mogę.

A czy Marek przyjdzie - to już jego historia. Nie moja.