Na weselu wnuczka poprosiła wodzireja o drugi taniec - nie z ojcem, ze mną: „babciu, to ty mnie nauczyłaś walca, w kuchni, na ręczniku". Tańczyłyśmy do „Cichej wody", pół sali płakało. Ojciec tańczył trzeci. Ja pierwszy raz od pogrzebu dziadka.

Kiedy Olka podeszła do mikrofonu, myślałam, że będzie dziękować rodzicom. Że powie coś o tacie, o mamie, o tym, jak ją wychowali. Tak robią na weselach, prawda? Siedziałam przy stoliku numer trzy, z serwetką ściskając kieliszek z kompotem, bo alkoholu nie piję od lat. I wtedy usłyszałam swoje imię.

„Babciu Halinko, wyjdź do mnie."

Nie wstałam od razu. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Krysia, moja siostra, trąciła mnie łokciem i syknęła: „Idź, cała sala patrzy". Więc poszłam. Na tych nowych butach, które kupiłam w CCC tydzień wcześniej i które już wtedy ocierały mi piętę. Poszłam do mojej wnuczki.

Ale żeby opowiedzieć o tym tańcu, muszę cofnąć się daleko. Do kuchni w bloku na Gocławiu, do linoleum z lat dziewięćdziesiątych i do ręcznika rozłożonego na podłodze, żeby Olka nie poślizgnęła się na skarpetach.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt osiem lat. Przez trzydzieści pięć pracowałam na poczcie przy Grochowskiej - sortowałam przesyłki, potem obsługiwałam okienko. Mąż Stanisław był elektrykiem w zakładzie energetycznym. Umarł siedem lat temu, w marcu, na zawał. Odszedł w przedpokoju, w kurtce, bo właśnie wracał z działki. Róże przycinał. W kieszeni znalazłam sekator i dwa cukierki krówki - dla Olki, bo zawsze miał dla niej cukierki.

Po pogrzebie Stasia przestałam tańczyć. To brzmi dramatycznie, ale tak naprawdę to było proste - nie miałam z kim i nie miałam po co. Taniec to było nasze wspólne. Na potańcówkach się poznaliśmy, w Domu Kultury na Pradze, w siedemdziesiątym ósmym roku. Staś prowadził pewnie, choć był niewysokim, krępym facetem z wąsami i uszami trochę za dużymi. Walca tańczył jak nikt. Potem tańczyliśmy na naszym weselu, na weselach znajomych, na sylwestrach, na imieninach u szwagra w Radomiu. Ostatni raz - na pięćdziesiątej rocznicy jego rodziców, w restauracji na obrzeżach Warszawy, gdzie parkiet był krzywy i Staś żartował, że to nie walc, to slalom.

A z Olką to się zaczęło, kiedy miała pięć lat. Syn Tomek i synowa Agnieszka pracowali na zmiany - on w warsztacie samochodowym, ona na kasie w Biedronce. Olka zostawała u nas. Codziennie od poniedziałku do piątku, czasem w soboty. Staś ją uwielbiał, nosił na barana po całym osiedlu, a wieczorami siadał z nią przed telewizorem i oglądali bajki, które sam ledwo rozumiał, ale śmiał się głośniej od niej.

Ja uczyłam ją innych rzeczy. Lepienia pierogów - te jej pierwsze wyglądały jak zgniecione poduszki, ale zjadłam trzy talerze i powiedziałam, że pyszne. Szycia na maszynie - najpierw prostych woreczków na lawendę. I tańca. Bo kiedyś włączyłam radio, leciała jakaś wolna melodia, a Olka stanęła na moich stopach i powiedziała: „babciu, kręć mną". Więc kręciłam.

Potem to stało się naszym rytuałem. Każdy piątek, po obiedzie, rozkładałam ręcznik frotté na linoleum w kuchni - taki duży, niebieski, z wyblakłym delfinem - i uczyłam ją kroków. Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy. Olka rosła, ale piątkowe walce zostawały. W gimnazjum przychodziła rzadziej. Na studiach - jeszcze rzadziej. Ale gdy już przychodziła, czasem mówila: „babciu, połóż ręcznik".

Po śmierci Stasia wszystko się zmieniło. Nie od razu - nie było żadnej kłótni, żadnego wybuchu. Po prostu zaczęłam się kurczyć. Zwinęłam ręcznik z delfinem i schowałam na dno szafy. Wyłączałam radio, kiedy leciało coś wolnego. Tomek dzwonił, pytał, czy coś potrzebuję, a ja odpowiadałam: „nie, synku, wszystko dobrze". Kłamałam. Ale nie chciałam być ciężarem. Staś zawsze mówił, że najgorsze to być ciężarem dla własnych dzieci.

Z Olką było trudniej. Ona nie dawała się zbyć. Przyjeżdżała bez uprzedzenia, z sernikiem z cukierni albo z torbą pełną mandarynek. Siadała w kuchni, patrzyła na to linoleum, na pustą ścianę, gdzie kiedyś wisiał kalendarz ze Stasiem przy różach, i milczała razem ze mną. Nie poprawiała mnie. Nie mówiła „życie toczy się dalej" ani „dziadek by chciał, żebyś była szczęśliwa". Za to kiedyś powiedziała coś, co mnie zabolało i jednocześnie ocuciło.

„Babciu, nie chcę, żebyś umarła jeszcze za życia."

Miała wtedy dwadzieścia dwa lata. Stała w progu mojej kuchni z reklamówką z Biedronki i patrzyła na mnie takimi oczami, że musiałam odwrócić wzrok. Nie odpowiedziałam. Zrobiłam herbatę. Ale tamte słowa zostały.

Potem poznała Bartka. Porządny chłopak, informatyk, trochę cichy, ale uprzejmy. Przychodził ze mną rozmawiać, pytał o Stasia, o kwiaty na działce. Nie udawał zainteresowania - naprawdę słuchał. Tomek go polubił. Agnieszka powiedziała, że „wreszcie ktoś normalny, nie jak ten poprzedni z gitarą".

Kiedy Olka oznajmiła zaręczyny, ucieszyłam się. Szczerze, bez zastrzeżeń. A potem usłyszałam, że wesele będzie w maju, i poczułam ukłucie w żołądku. Wesele to muzyka. Muzyka to taniec. Taniec to Staś. Nie byłam pewna, czy dam radę tam siedzieć.

Przez dwa miesiące przed ślubem źle spałam. Krysia radziła mi wziąć coś na uspokojenie. Tomek pytał, czy na pewno chcę iść. „Głupie pytanie" - odpowiedziałam. „To wesele mojej wnuczki." Kupiłam sukienkę, te nowe buty i lakier do paznokci w kolorze brudnego różu, bo ekspedientka powiedziała, że pasuje do mojego typu urody. Pierwszy raz od lat pomyślałam o swojej urodzie.

A potem nadszedł ten wieczór. Kościół, przysięga, Olka w sukni, która wyglądała jak ta ze zdjęcia mojej matki z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku, tylko nowocześniejsza. Sala weselna pod Otwockiem, z widokiem na las. Pierwszy taniec młodej pary - coś nowoczesnego, czego nie znałam. I wtedy Olka podeszła do wodzireja.

Usłyszałam swoje imię. Wstałam. Poszłam. Olka wzięła moją dłoń i pochyliła się do mojego ucha. „Babciu, to ty mnie nauczyłaś walca, w kuchni, na ręczniku. Chcę z tobą."

Wodzirej puścił „Cichą wodę". Orkiestra zaczęła grać. I ja - sześćdziesięcioośmioletnia emerytowana pocztowiczka z bolącą piętą, w butach za sto dwadzieścia złotych - zaczęłam prowadzić. Raz, dwa, trzy. Nogi pamiętały. Ciało pamiętało. Olka położyła głowę na moim ramieniu, jak wtedy, kiedy miała pięć lat i stała na moich stopach.

Pół sali płakało. Tomek siedział z kamienną twarzą, ale widziałam, jak zaciskał szczękę. Agnieszka zakrywała usta serwetką. Bartek stał z boku i kiwał głową, jakby dokładnie o to chodziło.

Ojciec tańczył trzeci. Nie drugi - trzeci. Tomek podszedł do Olki dopiero po mnie, i tańczył z córką do czegoś szybszego, uśmiechał się, ale widziałam coś w jego oczach. Coś, czego nie umiałam od razu nazwać.

Następnego dnia, kiedy sprzątałam torebkę z wesela, znalazłam w niej złożoną serwetkę. Na odwrocie, Tomkowym pismem, trzy słowa: „Mogłaś mnie nauczyć".

Długo patrzyłam na tę serwetkę. Potem schowałam ją do szuflady, obok sekatora Stasia i dwóch papierków po krówkach, które trzymam od siedmiu lat.

Ręcznik z delfinem wyjęłam z szafy. Leży znowu na podłodze w kuchni. Ale nie wiem, czy umiem jeszcze tańczyć sama.