Usiedliśmy z Henrykiem nad „testamentem ogrodowym": jeśli ja pierwsza - on podlewa begonie i pilnuje Stefanówki; jeśli on - przejmuję róże i karmię sikorki z jego balkonu. Podpisaliśmy przy herbacie, świadkowała Irena. Prawnik by się uśmiał. Ogród by nie. Ogrody traktują testamenty poważniej niż ludzie.

Tamtego dnia - był to początek maja, trzeci rok mojej emerytury - Henryk przyszedł z sąsiedniej działki z dwoma kubkami parującej herbaty i kartką wyrwaną z zeszytu w kratkę. Na kartce napisał: „TESTAMENT OGRODOWY" wielkimi literami, a pod spodem narysował linię dzielącą stronę na dwa. Po lewej: „Jeśli Bożena pierwsza". Po prawej: „Jeśli ja".

- Bożena, to nie żarty - powiedział, siadając na ławce pod jabłonką. - Widziałaś, co się stało z działką Kowalskich po Zdzisiu? Syn przyjechał z Wrocławia, wycięli forsycje, rozkopali grządki, wrzucili plastikowe meble ogrodowe. Za rok sprzedadzą.

Wiedziałam. Cała nasza uliczka na ROD-zie przy Szymanowskiego w Poznaniu wiedziała. Zdzisław Kowalski umarł w lutym, a już w kwietniu jego syn Tomek, który nigdy nie odróżnił piwonii od peoni, bo to jedno i to samo, jak mu tłumaczyłam - postawił tam plastikowy basen dla dzieci. Na grządce, gdzie Zdzisiek hodował pomidory Malinowe. Byłam pewna, że te pomidory by zapłakały, gdyby mogły.

Mam na imię Bożena. Sześćdziesiąt trzy lata, nauczycielka biologii w stanie spoczynku, jak mówi moja córka Agnieszka, kiedy chce być zabawna. Z Henrykiem znamy się od piętnastu lat - od kiedy dostałam przydział na działkę numer dwadzieścia siedem, a on był już na dwadzieścia osiem od dekady. Jego żona Halina żyła wtedy jeszcze. Mój mąż Andrzej - też.

Teraz oboje byliśmy sami. Nie razem - osobno, ale obok. Nasze działki dzielił drewniany płotek, przez który Henryk podawał mi pomidory, a ja mu kawałki sernika ze śliwkami. Sąsiadki z działek szeptały, że „coś między nami jest". Nie było. A może było, tylko nie to, co sobie wyobrażały. Było coś trudniejszego do nazwania niż romans - było zaufanie, że ktoś podleje twoje kwiaty, kiedy ciebie już nie będzie.

- Więc tak - Henryk poprawił okulary i zaczął dyktować sobie na głos, pisząc jednocześnie. - Jeśli ty pierwsza, ja przejmuję twoje begonie, bo one lubią regularność, a ja jestem regularny. Pilnuję Stefanówki, bo ta jabłoń potrzebuje męskiej ręki przy przycinaniu.

- Męskiej ręki - powtórzyłam i podniosłam brew.

- Doświadczonej ręki - poprawił się bez uśmiechu. - A jeśli ja pierwszy, ty bierzesz moje róże. Wszystkie osiemnaście krzewów. I karmisz sikorki z balkonu w bloku, bo one przychodzą o siódmej rano i o czwartej po południu, pamiętaj.

Zapisałam to. Osiemnaście krzewów róż - herbaciane, pnące, okrywowe. Sikorki o siódmej i o czwartej. Przez chwilę miałam ściśnięte gardło, ale Henryk mówił o tym tak rzeczowo, jakby ustalał grafik podlewania na lipiec, więc wzięłam się w garść.

Irena z działki trzydzieści przyszła po pół godzinie, bo dzwoniłam, że potrzebujemy świadka. Stanęła nad nami, wytarła ręce w fartuch od ziemi i powiedziała:

- Wy oboje zwariowaliście. Ale podpisać mogę, bo i tak nikt tego nie uzna.

Podpisała. Henryk złożył kartkę we czworo i schował do metalowej skrzyneczki, w której trzymał nasiona. Powiedział, że tam jest bezpieczniej niż w banku. Irena pokiwała głową, jakby sprawdzała, czy szaleństwo jest zaraźliwe, i wróciła do swoich truskawek.

To było dwa lata temu.

W marcu tego roku Henryk trafił do szpitala z zapaleniem płuc, które przeszło w coś gorszego. Nie pytałam lekarzy, bo nie jestem rodziną. Dowiadywałam się od jego syna Grzegorza, który dzwonił raz na tydzień i zawsze kończył rozmowę słowami: „Jak coś się zmieni, dam znać". Jakby ojciec był prognozą pogody.

Na działkę Henryka chodziłam codziennie. Odkręcałam wodę, sprawdzałam róże - ta Gloire de Dijon przy altance zaczęła wypuszczać pąki wcześniej niż zwykle, jakby wiedziała, że jej ogrodnik nie przyjdzie. Karmiłam sikorki na balkonie Henryka w bloku przy Hetmańskiej - miałam klucze, bo kiedyś podlewałam mu kwiaty, gdy jeździł do sanatorium w Ciechocinku. Sąsiedzi dziwnie patrzyli. Kobieta w pewnym wieku z siatką słonecznika, wchodzi do mieszkania samotnego mężczyzny. Niech sobie patrzą.

Pod koniec kwietnia Grzegorz przyjechał z Warszawy. Nie do szpitala - na działkę. Zastałam go, jak mierzył teren krokami.

- Dzień dobry - powiedziałam. - Tata wie, że tu jesteś?

Spojrzał na mnie jak na kogoś, kto wchodzi do cudzego domu bez pukania.

- Pani Bożeno, nie chcę być niegrzeczny, ale to jest działka ojca. Muszę zorientować się w sytuacji, bo… no, różnie może być.

- Wiem, że różnie może być. Dlatego podlewam mu róże.

- Róże - powtórzył i rozejrzał się po krzewach z miną człowieka, który widzi przeszkodę, a nie piękno. - Ile tego tu jest?

- Osiemnaście krzewów. Ta przy altance to Gloire de Dijon, sadzili ją z mamą.

Na moment coś mu drgnęło w twarzy. Tylko na moment.

- Pani Bożeno, ja mam rodzinę, dwójkę dzieci, kredyt. Nie jestem w stanie utrzymywać działki. Jeśli tata… jeśli nie będzie mógł wrócić, to będę musiał ją oddać albo sprzedać.

- Jest testament - powiedziałam, zanim pomyślałam.

Grzegorz zmarszczył brwi.

- Jaki testament? Tata nic mi nie mówił o żadnym testamencie.

Stałam przed nim z konewką w ręku i przez sekundę widziałam to oczami postronnego: szósty dziesiątek, gumowe kalosze, kartka z zeszytu w kratkę - podpisana przy herbacie - jako jedyny dowód, że ktoś chciał, żeby jego róże przetrwały. Żaden sąd by tego nie uznał. Żaden notariusz by na to nie spojrzał. Grzegorz miałby prawo się roześmiać.

Nie roześmiał się. Powiedział tylko:

- Pogadamy, jak sytuacja się wyjaśni.

I wyjechał.

Henryk wrócił do domu w połowie maja. Chudy, z chodzikiem, z tlenem na noc. Na działkę nie mógł pójść sam. Zawiozłam go taksówką - siedział na ławce pod Stefanówką, dotykał gałęzi i nic nie mówił. Róże kwitły jak szalone. Sikorki przyleciały o czwartej, punktualnie.

- Grzegorz był - powiedziałam w końcu.

- Wiem. Dzwonił. Mówił o sprzedaży.

- I co mu powiedziałeś?

Henryk długo milczał. Patrzył na Gloire de Dijon, jakby liczył pąki. Potem powiedział coś, czego się nie spodziewałam:

- Powiedziałem mu, że działka jest twoja. Że tak ustaliśmy.

- Henryk, to nie ma żadnej mocy prawnej.

- Dla niego nie. Ale dla ogrodu ma.

Zostałam na ławce, kiedy taksówka zabrała go z powrotem na Hetmańską. Kartka z testamentem leżała w metalowej skrzyneczce w szopce, między nasionami marchewki i kopru. Grzegorz miał prawo - prawo prawne, notarialne, spadkowe. Ja miałam kartkę z zeszytu w kratkę i osiemnaście krzewów róż, które znałam po imieniu.

Wyjęłam telefon i zaczęłam szukać numeru do Grzegorza. A potem schowałam go z powrotem do kieszeni.

Nie wiem, czy zadzwonię. Nie wiem, czy powinnam walczyć o coś, co prawnie nie jest moje, ale czuje się moje bardziej niż cokolwiek, co miałam w życiu. Wiem tylko, że jutro o siódmej rano sikorki będą czekać na balkonie Henryka. I że ktoś musi tam być.