Na niedzielnych wideorozmowach każą mi się wyciszać - „echo od ciebie, mamo". Patrzę na nich godzinę jak w telewizor. W zeszłą niedzielę pomachałam i wyszłam z rozmowy po kwadransie. Nikt nie zauważył przez czterdzieści minut. Wiem, bo licznik połączenia biegł dalej.

Czterdzieści minut. Zdążyłam zaparzić herbatę, podlać fiołki na parapecie, wytrzeć blat w kuchni i usiąść z powrotem przy stole. Laptop stał otwarty, a na ekranie dalej migały trzy okienka - Kasia z Wrocławia, Tomek z Poznania, Ania z Warszawy. Śmiali się z czegoś, co powiedział mój zięć. Moje okienko było czarne, z napisem „Mama". Nikt nie zapytał, dlaczego zgasło.

Dopiero kiedy Kasia chciała się pożegnać, napisała na czacie: „Mamo, jesteś tam? Bo się rozłączamy". Odpisałam: „Jestem. Buziaki". I zamknęłam klapę laptopa tak cicho, jakby od tego zależało, czy ktoś usłyszy.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat mieszkam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Bielanach, w bloku z wielkiej płyty, trzecie piętro. Mąż, Zbyszek, odszedł w dwa tygodnie - trzustka. Był kierowcą autobusu miejskiego trzydzieści sześć lat, a potem był w szpitalu, a potem go nie było. Tak szybko, że do dziś czasem wyciągam z szafki dwa kubki zamiast jednego.

Troje dzieci. Dorosłe, poukładane, z własnymi rodzinami. Kasia uczy angielskiego we Wrocławiu, ma dwóch synów i męża informatyka. Tomek jest elektrykiem w Poznaniu, żona Magda prowadzi kwiaciarnię, córeczka Zuzia właśnie poszła do zerówki. Ania - najmłodsza, trzydzieści lat - pracuje w księgowości w Warszawie, ale po drugiej stronie miasta, na Ursynowie. Teoretycznie najbliżej. Praktycznie widuję ją raz na dwa miesiące.

Te wideorozmowy wymyśliła Kasia zaraz po pogrzebie Zbyszka. „Mamo, będziemy się łączyć w każdą niedzielę o osiemnastej, żebyś nie była sama". To był piękny pomysł. Na początku naprawdę rozmawialiśmy - o Zbyszku, o tym, jak się czuję, o tym, czy dam sobie radę z rachunkami i ZUS-em. Tomek tłumaczył mi, jak zrobić przelew przez telefon. Ania pytała, czy mam dość leków na ciśnienie.

Ale to było trzy lata temu. Teraz niedzielna rozmowa wygląda tak: łączę się o osiemnastej, widzę prostokąty z twarzami moich dzieci. Ktoś mówi „cześć, mamo". Potem Kasia opowiada o Filipku, który dostał piątkę z matmy. Tomek żartuje z Magdą o remoncie łazienki. Ania narzeka na korki na Puławskiej. Między sobą się przekrzykują, śmieją, kłócą o jakiś serial na Netflixie, którego nie oglądam.

A ja siedzę z wyciszonym mikrofonem i patrzę.

Kiedyś próbowałam się wtrącić. „A u mnie w piątek na bazarze były piękne truskawki, kupiłam dwa kilo, zrobiłam dżem jak dawniej". Cisza na sekundę, a potem Tomek: „Super, mamo. Kasia, a ty widziałaś ten filmik z kotem?". Albo mówię, że byłam u lekarza, że podnieśli mi dawkę na ciśnienie, a Ania odpowiada „dobrze, mamo, pilnuj się" - takim tonem, jakby odczytywała tekst z kartki.

Nie są źli. Muszę to powtarzać, bo inaczej sama siebie oszukuję, że mam prawo mieć do nich pretensje. Nie są źli. Są zajęci. Mają swoje dzieci, swoje kredyty, swoje zmęczenie. Kasia wstaje codziennie o piątej trzydzieści. Tomek jeździ po całej Wielkopolsce. Ania narzeka, że nie ma kiedy oddychać. Rozumiem to. Sama byłam taka, kiedy oni byli mali, a moja mama dzwoniła w soboty z Kielc i opowiadała o sąsiadce, a ja przewracałam oczami i parzyłam mleko Kasi, bo płakała.

Więc może to jest sprawiedliwość. Może to krąży - jak łańcuszek szczęścia, tylko bez szczęścia.

Ale tamta niedziela coś we mnie przełamała. Nie to, że wyszłam z rozmowy. To, że nikt nie zauważył. Czterdzieści minut. Filipek zdążył pokazać jakiś rysunek. Zuzia zaśpiewała piosenkę z przedszkola. Magda opowiedziała o kliencie, który zamówił wieniec pogrzebowy i się rozpłakał przy ladzie. Żyli sobie dalej, a moje czarne okienko wisiało jak wyłączony telewizor w rogu pokoju, o którym nikt nie pamięta.

W poniedziałek rano zadzwoniłam do Ani. Ania odebrała po piątym sygnale, zdyszana, bo biegła na autobus.

- Aniu, mogłabyś wpaść w weekend? Ugotowałabym rosół. - Mamo, w ten weekend nie dam rady, mamy z Piotrkiem wyjazd. Może następny? - Dobrze - powiedziałam. - Następny.

Następny weekend minął, Ania nie wpadła. Nie zadzwoniła, żeby odwołać. Po prostu nie wpadła, a ja nie przypomniałam. Bo co miałam powiedzieć? „Aniu, obiecałaś"? Jak małe dziecko?

W środę poszłam na działkę ROD, choć nie było tam nic do roboty - za wcześnie na sadzenie, ziemia jeszcze mokra po roztopach. Usiadłam na ławeczce, którą Zbyszek zbił z palet, i patrzyłam na pusty grządki. Obok działki pana Kazimierza jego żona Jadzia podcinała róże. Zawołała: „Halinka, herbaty?". Wypiłam trzy kubki i rozmawiałyśmy dwie godziny o niczym - o cenach sadzonek, o tym, że syn Jadzi znowu się rozwodzi, o serialu w TVP, o bólu kolan. Dwie godziny. Więcej niż moje dzieci poświęciły mi w rozmowie przez ostatni miesiąc.

Wróciłam do domu i usiadłam przy kuchennym stole. Patrzyłam na laptopa. Była środa, do niedzieli cztery dni. Pomyślałam: a co, jeśli w tę niedzielę się nie włączę? Czy ktoś zadzwoni? Kiedy? Po godzinie? Po dniu? Po tygodniu?

I wtedy poczułam coś strasznego. Nie smutek - to znałam. Coś gorszego. Ciekawość. Chciałam to sprawdzić jak eksperyment. Jak test, czy jeszcze istnieję w ich życiu poza prostokątem na ekranie.

Nadeszła niedziela. O osiemnastej siedziałam w fotelu ze skrzyżowanymi rękami i zamkniętym laptopem. Serce mi waliło, jakbym robiła coś zakazanego. O osiemnastej dwanaście zadzwonił telefon. Kasia. „Mamo, łączysz się? Czekamy".

Wzięłam głęboki oddech. Trzy słowa. Takie proste i takie trudne.

- Nie, Kasiu. Dzisiaj nie.

Cisza. Długa. Potem Kasia powiedziała zmieszanym głosem: „Ale… wszystko w porządku? Źle się czujesz?".

I tu stanęłam na krawędzi. Mogłam powiedzieć „tak, boli mnie głowa" - i wrócić do tego samego. Albo mogłam powiedzieć prawdę. Tę prawdę, która siedzi mi w gardle od miesięcy, może od lat.

- Czuję się dobrze - powiedziałam powoli. - Po prostu nie chcę siedzieć przez godzinę z wyciszonym mikrofonem i patrzeć, jak żyjecie beze mnie.

Kasia milczała. Słyszałam w tle głos Tomka: „Co jest? Mama się łączy?". Kasia nie odpowiedziała mu. Odezwała się do mnie cicho, innym tonem niż zwykle: „Mamo, o czym ty mówisz?".

- O tym, że w zeszłą niedzielę wyszłam z rozmowy po piętnastu minutach, a wy tego nie zauważyliście przez czterdzieści minut, Kasiu. O tym mówię.

Znowu cisza. A potem Kasia powiedziała coś, czego się nie spodziewałam: „Przepraszam". Tylko tyle. Żadnego „ale" ani „bo". Przepraszam.

Rozłączyłam się. Usiadłam przy stole, obie dłonie na blacie, i czekałam. Nie wiedziałam na co. Może na to, że telefon zadzwoni znowu. Może na to, że nie zadzwoni i będę miała pewność.

Minęła godzina. Telefon milczał. Potem - dwadzieścia po dziewiętnastej - rozległ się dzwonek do drzwi. Krótki, nieśmiały, jakby ktoś nie był pewien, czy ma prawo dzwonić.

Otworzyłam. Ania. Z mokrymi włosami, bez makijażu, w kurtce narzuconej na dres. Mieszka dwadzieścia kilometrów stąd. Nie powiedziała nic. Objęła mnie i stała tak w progu, a ja czułam, jak jej kurtka pachnie deszczem i tym tanim płynem do prania, którego używa od lat.

Zrobiłam herbatę. Usiadłyśmy. Ania kręciła łyżeczką i nie patrzyła mi w oczy.

- Kasia zadzwoniła. Powiedziała, co powiedziałaś. Mamo, ja nie wiedziałam, że…

- Że co? Że jestem samotna? - Nie chciałam, żeby to zabrzmiało tak ostro, ale zabrzmiało.

Ania podniosła wzrok. Miała oczy Zbyszka - szare, trochę za blisko siebie, zawsze lekko zmęczone.

- Że to tak wyglądało z twojej strony.

Siedziałyśmy do dwudziestej trzeciej. Rozmawiałyśmy o Zbyszku, o fiołkach, o bólu kolan, o tym, że rosół jest lepszy odgrzewany. O niczym i o wszystkim. Kiedy wychodziła, powiedziała: „W sobotę przyjedziemy z Piotrkiem na obiad. Naprawdę".

Zamknęłam drzwi i stałam w przedpokoju. Na wieszaku wisiała kurtka Zbyszka, której nie potrafię zdjąć. Dotknęłam jej rękawa. Jest czwartek, kiedy to piszę. Do soboty dwa dni. Nie wiem jeszcze, czy Ania przyjedzie. Nie wiem, czy następna niedzielna rozmowa będzie inna. Wiem tylko, że te trzy słowa - „dzisiaj nie, Kasiu" - były najtrudniejszym zdaniem, jakie powiedziałam od czasu, gdy lekarz kazał mi się pożegnać ze Zbyszkiem.

A może wcale nie najtrudniejszym. Może najtrudniejsze dopiero przede mną.