Po cioci Broni został „prawie nowy telefon" - dostałam go ja, „szkoda wyrzucać". Pierwszego dnia zadzwoniłam do córki; na jej ekranie wyświetliło się: „ciocia Bronia". Krzyknęła. Numer zmieniłam u operatora za dychę. Ciocię odinstalować trudniej.

Córka oddzwoniła po pięciu minutach. Głos miała taki, jakby zobaczyła ducha. „Mamo, ja myślałam, że... mamo, czemu dzwonisz z jej numeru?" - pytała szybko, jednym tchem. Tłumaczyłam, że dostałam telefon po cioci, że karta SIM była w środku, że nie pomyślałam. Ale Agnieszka już płakała. Cicho, jak zawsze - tak, żeby nie było słychać.

Bronia odeszła w lutym. Rak trzustki, od diagnozy do końca - cztery miesiące. Miała siedemdziesiąt jeden lat, całe życie przepracowała na poczcie w Poznaniu, na sortowni, potem przy okienku. Nigdy nie wyszła za mąż, nie miała dzieci. Miała nas - mnie, moją córkę i mojego brata Zbyszka, który po pogrzebie zabrał z jej mieszkania meblościankę i kryształowy wazon, bo „szkoda, żeby obcy wzięli". Telefon zostawił. Dla niego telefon cioci Broni - Samsung z pękniętą folią na ekranie - nie miał żadnej wartości.

Dla mnie miał. Tylko jeszcze nie wiedziałam, jaką.

Kiedy Agnieszka się uspokoiła, powiedziała mi coś, co mnie zatrzymało. „Mamo, nie kasuj z niego niczego. Proszę." Nie zapytałam dlaczego. Może powinnam była zapytać od razu.

Numer zmieniłam następnego dnia w salonie operatora. Młody chłopak za ladą powiedział, że to kwestia dziesięciu złotych i pięciu minut. Wychodząc, trzymałam w ręku ten sam telefon, ale już z moim numerem. Technicznie - mój. A jednak, kiedy wieczorem usiadłam przy herbacie i odblokowanym ekranie, poczułam się jak ktoś, kto bez zaproszenia wszedł do cudzego domu.

Tapeta - zdjęcie pelargonii na balkonie. Bronia je kochała, miała ich chyba dwadzieścia doniczek, a na zimę znosiła wszystkie do pokoju, całe mieszkanie pachniało wtedy ziemią i tą specyficzną, cierpką zielenią. W galerii były setki zdjęć tych kwiatów. I kilkanaście naszych. Agnieszka na komunii - to musiało być skanowane ze starego zdjęcia. Zbyszek z żoną na jakimś grillu. Ja przy stole wigilijnym, z opłatkiem w ręku. Bronia fotografowała nas, ale siebie - nigdy.

Potem znalazłam notatki. Bronia prowadziła coś w rodzaju dziennika - krótkie wpisy, po kilka zdań. „Dziś Danusia dzwoniła, pytała o ciśnienie. Dobrze, że pyta." To byłam ja. „Agnieszka przysłała zdjęcie Oliwki z przedszkola. Piękne dziecko, podobne do matki." Oliwka - moja wnuczka, wtedy trzylatka. „Zbyszek nie dzwonił od trzech tygodni. Pewnie zajęty. Nie będę zawracać głowy."

Czytałam to w kuchni, przy zgaszonym górnym świetle, tylko lampka nad blatem. Herbata stygła. Ręce mi drżały - nie od zimna, od czegoś innego. Od poczucia, że widzę kogoś, kogo znałam całe życie, ale nigdy tak blisko.

Bronia była siostrą mojej mamy. Mama umarła dwadzieścia lat temu, i od tamtej pory to ciocia stała się takim naszym centrum. Nie narzucała się. Dzwoniła raz w tygodniu, w niedzielę po obiedzie. Przyjeżdżała na święta - zawsze z sernikiem i z torbą prezentów dla Oliwki. Kiedy zachorowała, powiedziała mi dopiero po miesiącu. „Danusia, nie chciałam mącić, bo Agnieszka i tak ma swoje problemy." Agnieszka wtedy rozwodziła się z Pawłem. Bronia umierała cicho, żeby nam nie przeszkadzać.

Jeden wpis w notatkach nie dawał mi spokoju. Datowany na październik, dwa miesiące przed śmiercią. „Dzwonił adwokat. Podpisałam. Niech będzie, jak postanowiłam - dla Agnieszki i Oliwki. Zbyszkowi nie mówić, znając życie, zrobi awanturę."

Przeczytałam to trzy razy. Potem zamknęłam telefon i położyłam go ekranem w dół na stole. Wiedziałam, że powinnam zadzwonić do Agnieszki. Wiedziałam, że powinnam zadzwonić do Zbyszka. Nie zadzwoniłam do nikogo.

Przez następne dwa dni chodziłam z tym jak z kamieniem w kieszeni. Sprawdziłam resztę notatek - nic więcej o adwokacie, o testamencie, o pieniądzach. W kontaktach znalazłam numer oznaczony „Kancelaria M." i przez godzinę patrzyłam na niego, zanim wybrałam. Odebrała sekretarka. Powiedziałam, że jestem siostrzenicą zmarłej Bronisławy Kaczmarek. Pani na słuchawce milczała chwilę. „Proszę przyjść z dowodem osobistym i aktem zgonu. Mecenas Majewski wyjaśni sprawę."

Pojechałam w czwartek. Kancelaria w kamienicy na Jeżycach, drugie piętro, wąskie schody. Mecenas Majewski - drobny mężczyzna z siwymi wąsami - wyciągnął kopertę z szuflady. Bronia zostawiła testament. Mieszkanie, niewielkie oszczędności i działkę ROD na Strzeszynie - wszystko zapisała na Agnieszkę i Oliwkę. Zbyszkowi - nic.

„Pani ciotka była bardzo zdecydowana" - powiedział mecenas. „Prosiła, żeby nie informować brata do momentu otwarcia spadku." Spojrzał na mnie znad okularów. „Spadek trzeba otworzyć w sądzie. Wszyscy potencjalni spadkobiercy zostaną powiadomieni."

Wracałam tramwajem i myślałam o Zbyszku. O tym, jak po pogrzebie zabrał meblościankę i wazon, jakby to mu się należało. O tym, jak nie dzwonił do Broni tygodniami. O tym, jak na święta przyjeżdżał po obiedzie i wyjeżdżał przed kolacją, bo „daleko wracać". Ale myślałam też o czymś innym - o Broni, która przez całe życie nie powiedziała złego słowa o Zbyszku, a potem, umierając, pominęła go w testamencie. Co musiała czuć, podpisując ten dokument? Ulgę? Żal? Sprawiedliwość?

Zadzwoniłam do Agnieszki wieczorem. Powiedziałam jej o testamencie, o kancelarii, o działce na Strzeszynie, gdzie Bronia uprawiała pomidory i maliny, i gdzie kiedyś - sto lat temu - Agnieszka jako dziecko jadła te maliny prosto z krzaka.

Agnieszka płakała. Potem powiedziała: „Mamo, ja wiedziałam."

Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam tykanie zegara na ścianie i swój własny oddech.

„Jak to wiedziałaś?"

„Ciocia mi powiedziała. We wrześniu, jak ją odwiedziłam w szpitalu. Prosiła, żebym ci nie mówiła, bo się będziesz zamartwiać. I żebym... żebym nie kasowała niczego z jej telefonu. Wiedziała, że ci go dadzą."

Odłożyłam słuchawkę - a właściwie odłożyłam telefon cioci Broni na kuchenny stół, obok filiżanki po herbacie. Pelargonie na tapecie świeciły w ciemności ekranu. Bronia wiedziała, że dostanę ten telefon. Zaplanowała to. Notatki, kontakt do kancelarii - to nie był dziennik, który znalazłam przypadkiem. To był list, którego nie potrafiła napisać wprost.

Zostało mi jedno pytanie. Nie o testament - ten rozstrzygnie sąd. Nie o Zbyszka - ten się dowie, kiedy przyjdzie czas, i albo to przyjmie, albo nie. Pytanie było prostsze i trudniejsze zarazem: czy powiedzieć bratu to, co naprawdę myślała o nim Bronia? Pokazać mu te notatki, tygodnie milczenia policzony co do dnia? Czy pozwolić mu żyć w przekonaniu, że ciocia po prostu zapomniała?

Telefon leżał na stole. Ciocię Bronię zmieniłam u operatora za dychę. Ale jej głos - ten cichy, przepraszający, nigdy nikogo nieobarczający - słyszę za każdym razem, kiedy odblokowany ekran pokazuje mi pelargonie.