Nasza telefoniczna czwórka została trójką - Ela odeszła w maju, we śnie. Łańcuszek o siódmej trzydzieści zadrżał: kto teraz dzwoni do kogo? W czwartek odezwała się wnuczka Eli: „dzwońcie do mnie na końcu, będę odbierać za babcię". Dzwonimy. Odbiera. Łańcuszek się nie urwał - dorobił ogniwo.

Ale zanim opowiem o tej wnuczce, muszę powiedzieć, skąd się wzięła nasza czwórka. Bo to nie jest historia jednego telefonu. To jest historia czterdziestu lat poranków.

Zaczęło się we wrześniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku, w pokoju nauczycielskim Szkoły Podstawowej numer dwadzieścia trzy na Pradze. Byłam świeżo po studiach, dwudziestotrzyletnia Bożena z dyplomem z polonistyki i trzęsącymi się kolanami. Ela uczyła matematyki, Krystyna - przyrody, Halina - muzyki. Wszystkie starsze ode mnie, wszystkie rozwścieczone na nowego dyrektora, który kazał im przychodzić na rady pedagogiczne w soboty. To nas złączyło szybciej niż jakiekolwiek wspólne zainteresowania.

Ela powiedziała wtedy coś, co zapamiętałam na zawsze: „Bożenka, koleżanki z pracy to jak buty - przymierzasz wiele par, ale wygodne okazują się może jedne". I okazałyśmy się tymi jednymi. Cztery baby, cztery charaktery, cztery różne życia - a jednak jeden rytm.

Łańcuszek telefoniczny narodził się w osiemdziesiątym szóstym. Halina zachorowała na zapalenie płuc, leżała w domu trzy tygodnie. Dzwoniłyśmy do niej po kolei, żeby się nie czuła odcięta. I potem jakoś tak zostało. Codziennie rano, przed pracą, krótki telefon. Ela dzwoniła do Krystyny. Krystyna do Haliny. Halina do mnie. Ja do Eli. Koło się zamykało. Pięć minut, czasem dziesięć. „Co słychać?", „Jak tam Zbyszek?", „Córka zdała?", „Kupowałaś pomidory na bazarze? Ile?". Bzdury. Absolutne bzdury, które okazały się fundamentem.

Przez czterdzieści lat ten łańcuszek nie przerwał się ani razu. Nawet kiedy Halina przeniosła się do Krakowa za mężem w dziewięćdziesiątym pierwszym - dzwoniła z Krakowa, płacąc horrendalne rachunki za międzymiastowe. Nawet kiedy Ela miała operację biodra i w szpitalu nie wolno było używać telefonu - pielęgniarka przymykała oko na pięć minut o siódmej trzydzieści. Nawet kiedy mój Andrzej umarł w dwutysięcznym ósmym roku i ja przez tydzień nie mogłam mówić - odbierałam, milczałam, a Halina milczała razem ze mną, i to wystarczało.

No a potem Ela. Piątego maja. We śnie, jak gdyby ktoś po prostu zgasił lampkę na stoliku nocnym.

Córka Eli, Marta, zadzwoniła do mnie o dziewiątej. Ja zadzwoniłam do Krystyny. Krystyna do Haliny. Łańcuszek zadziałał, ale tym razem niósł wiadomość, od której nogi się uginają.

Na pogrzebie stałyśmy we trzy - ja, Krystyna i Halina - w pierwszym rzędzie, zaraz za rodziną. Trzymałyśmy się za ręce. Krystyna szeptała: „Czterdzieści lat, dziewczyny. Czterdzieści lat, a ja nigdy jej nie powiedziałam, że ją kocham". Halina ścisnęła jej dłoń. „Wiedziała" - powiedziała cicho. „Dzwoniłaś codziennie. To więcej niż słowa."

Po pogrzebie wróciliśmy do domów i nazajutrz rano, o siódmej trzydzieści, stało się to, czego się bałam. Cisza. Krystyna dzwoni do Haliny - dobrze. Halina dzwoni do mnie - dobrze. Ja podnoszę słuchawkę, wybieram numer Eli - i nagle dociera do mnie, że nikt nie odbierze. Że ten numer już nie istnieje. Że koło się urwało.

Przez dwa tygodnie dzwoniłyśmy w trójkę. Krystyna do Haliny, Halina do mnie, ja do Krystyny. Trójkąt zamiast koła. Niby to samo, a jednak nie. Jak stół, któremu odpiłowano jedną nogę - niby stoi, ale chwieje się przy każdym dotyku.

Halina powiedziała mi kiedyś przez telefon, głosem, jakiego wcześniej u niej nie słyszałam: „Bożena, ja się boję. Ela była młodsza ode mnie o dwa lata. Jeśli kolejność jest taka, jak myślę, to ja następna. I kto wtedy będzie dzwonił do ciebie?"

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo Halina miała siedemdziesiąt osiem lat, ja sześćdziesiąt trzy, Krystyna siedemdziesiąt pięć. Matematyka była bezlitosna - ta sama matematyka, której Ela uczyła dzieciaki na Pradze.

A potem, w czwartek, trzy tygodnie po pogrzebie, zadzwonił telefon. Nie o siódmej trzydzieści, tylko po południu. Numer nieznany.

- Dzień dobry, mówi Zuzia. Zuzia Kamińska. Wnuczka babci Eli.

Wiedziałam, kim jest. Widziałam ją na pogrzebie - dwudziestoparoletnia dziewczyna z krótkimi włosami, studentka czegoś na Politechnice, trochę milcząca, trochę zagubiona. Ela mówiła o niej czasem: „Zuzia jest inna niż reszta wnuków. Zuzia słucha."

- Babcia mi opowiadała o waszym łańcuszku - powiedziała Zuzia. Głos jej drżał lekko, ale mówiła wyraźnie, jakby przygotowywała się do tego telefonu. - Wiem, że dzwoniłyście codziennie. Wiem, że teraz jest luka. Pomyślałam… to znaczy, jeśli pani pozwoli… dzwońcie do mnie na końcu. Będę odbierać za babcię.

Milczałam. Milczałam tak długo, że Zuzia dodała niepewnie:

- Przepraszam, jeśli to głupi pomysł.

- To nie jest głupi pomysł - wyszeptałam. Musiałam odłożyć słuchawkę i wziąć chusteczkę, bo łzy kapały mi na bluzę. Potem oddzwoniłam.

I od tamtej pory dzwonimy. Krystyna do Haliny o siódmej trzydzieści. Halina do mnie o siódmej trzydzieści pięć. Ja do Zuzi o siódmej czterdzieści. Koło się zamknęło. Nowe ogniwo - dwudziestoczteroletnie, z krótkimi włosami i głosem, w którym czasem, przysięgam, słyszę Elę.

Zuzia nie mówi jak my. Nie pyta o pomidory na bazarze. Mówi o projekcie na uczelnię, o kocie, którego przygarnęła z ulicy, o tym, że nie umie upiec sernika, choć babcia zostawiła jej przepis w zeszycie. Ja jej opowiadam o Eli - rzeczy, których Zuzia nie znała. O tym, jak Ela w osiemdziesiątym siódmym schowała mi w szafce butelkę wina na urodziny, a woźny ją znalazł i była afera. O tym, jak Ela uczyła Krystynę tańczyć walca na szkolnej zabawie karnawałowej, bo Krystyna się wstydziła, że nie umie.

Halina mówi, że to piękne, co Zuzia robi. Krystyna mówi, że Ela byłaby dumna.

A ja? Ja nie wiem.

Bo czasem, kiedy odkładam słuchawkę po rozmowie z Zuzią, myślę sobie: ta dziewczyna ma dwadzieścia cztery lata. Wstaje o siódmej trzydzieści, żeby odebrać telefon od obcej, w gruncie rzeczy, starszej pani. Ile to potrwa? Miesiąc? Pół roku? Co będzie, kiedy znajdzie chłopaka, przeprowadzi się, zacznie nową pracę? Co będzie, kiedy życie ją pochłonie tak, jak pochłania każdego dwudziestoparolatka?

A potem myślę o czymś gorszym. Co będzie, kiedy odejdzie Halina? Albo Krystyna? Czy Zuzia będzie dzwonić do mnie samej - ostatniej z czwórki, która pamięta pokój nauczycielski na Pradze?

Wczoraj Zuzia powiedziała mi coś, co nie daje mi spokoju.

- Pani Bożeno, ja się cieszę, że pani dzwoni. Ale niech pani wie - ja tego nie robię dla babci. To znaczy, na początku tak. A teraz robię to dla siebie.

Nie wiem, czy to zmienia wszystko. Nie wiem, czy łańcuszek z nowym ogniwem to wciąż ten sam łańcuszek, czy już zupełnie inny. Wiem tylko, że jutro rano podniosę słuchawkę o siódmej czterdzieści i wybiorę numer. I ktoś odbierze.

Może to wystarczy.