
Po pogrzebie męża nauczyłam się jego skrzynki z narzędziami: wymieniłam uszczelkę, naprawiłam gniazdko od lampy. Syn załamywał ręce: „mamo, nie ruszaj, jeszcze coś zepsujesz, dzwoń po fachowca". W środę naprawiłam cieknący kran - u nich, w ich łazience. Fachowiec wziąłby dwieście.
Patrycja, synowa, stała w progu łazienki i patrzyła na mnie tak, jakbym właśnie rozbroiła bombę. Albo jakbym ją podłożyła - nie jestem pewna, który wariant bliższy prawdzie. Powiedziała „dziękuję, mamo", ale tym tonem, który znam aż za dobrze. Tym samym, którym mówi „jasne, świetny pomysł", kiedy Grzegorz proponuje, żebyśmy wspólnie spędzili Wigilię.
Wytarłam ręce w ścierkę, spakowałam narzędzia do metalowej skrzynki Tadeusza i wróciłam do siebie na trzecie piętro. Mieszkamy w tym samym bloku na Gocławiu - oni na pierwszym, ja wyżej. Kiedy Tadeusz żył, mówił, że to idealna odległość: wystarczająco blisko, żeby pomóc z wnuczką, wystarczająco daleko, żeby nie wchodzić sobie w paradę. Mądrze mówił. Tylko że od kiedy go nie ma, ta odległość się jakoś zmieniła. Dwa piętra w górę to nagle cała przepaść.
Tadeusz odszedł w styczniu. Trzustka. Cztery miesiące od diagnozy do końca. Przez dwadzieścia osiem lat małżeństwa nie naprawiłam w domu ani jednej rzeczy - nie dlatego, że nie umiałam, tylko dlatego, że on nie pozwalał. „Halina, odłóż ten młotek, bo sobie palec utniesz." Śmiałam się wtedy. Teraz, kiedy otwieram jego skrzynkę - tę starą, metalową, z zardzewiałym zamkiem - to czuję zapach smaru i trochę jego wody po goleniu. I nie śmieję się wcale.
Pierwszą rzecz naprawiłam tydzień po pogrzebie. Cieknąca spłuczka. Obejrzałam trzy filmy na YouTube, dwa razy się popłakałam, raz przekręciłam zawór w złą stronę i zalałam podłogę. Ale naprawiłam. Usiadłam na podłodze w łazience, mokra po łokcie, i poczułam coś, czego nie czułam od miesięcy. Że żyję. Że moje ręce jeszcze do czegoś się nadają.
Potem było gniazdko od lampy stojącej w salonie. Potem uszczelka w kranie kuchennym. Potem klamka w drzwiach balkonowych, która się obluzowała. Każda naprawiona rzecz była jak mały okruch normalności wyrwany z tej czarnej dziury, w którą wpadłam po pogrzebie. Wstawałam rano, piłam kawę, otwierałam skrzynkę Tadeusza i szukałam, co jeszcze mogę zrobić.
Grzegorz zareagował dopiero, kiedy zobaczyłam, że wymieniłam sam kontakt w przedpokoju. Przyjechał - znaczy, zszedł z pierwszego piętra - z taką miną, jakbym mu powiedziała, że wybieram się na spadochron.
- Mamo, to prąd. Prąd! Mogłaś się zabić.
- Wyłączyłam korki, Grzesiu.
- Skąd ty wiesz, jak się wyłącza korki?
- Z YouTube'a. I z instrukcji, którą tata trzymał w szufladzie w kuchni. Pod rachunkami za prąd, ironicznie.
Nie roześmiał się. Grzegorz w ogóle ostatnio mało się śmieje. Ma czterdzieści jeden lat, pracuje jako elektryk - tak, wiem, to jest zabawne - i chyba nie potrafi znieść myśli, że jego sześćdziesięciotrzyletnia matka naprawia kontakty, kiedy on od trzech tygodni nie znalazł czasu, żeby podłączyć mi nową lampę w kuchni.
Ale nie o lampę tu chodzi. To zrozumiałam, kiedy w środę zeszłam do nich naprawić ten kran.
Patrycja napisała mi rano SMS-a: „Mamo, kran w łazience cieknie, Grzesiek mówi, żeby zadzwonić po hydraulika, ale najwcześniej mogą w przyszłym tygodniu". Odpisałam: „Zejdę po południu, zobaczę". Nie czekałam na odpowiedź. Wzięłam skrzynkę i zeszłam.
Kran był prosty - stara uszczelka, nic wielkiego. Piętnaście minut roboty. Wnuczka, Zosia, siedziała obok na pralce i patrzyła z fascynacją. Ma osiem lat i pytała, czy może potrzymać klucz. Dałam jej potrzymać. Powiedziała: „Babciu, jesteś jak dziadek." I to było piękne, i bolało jednocześnie, tak jak wszystko, co dotyczy Tadeusza.
Wtedy wrócił Grzegorz.
Stanął w drzwiach łazienki. Zosia powiedziała: „Tato, babcia naprawiła kran!" A on milczał. Patrzył na skrzynkę z narzędziami na podłodze, na moje ręce, na klucz w dłoniach Zosi. I powiedział cicho:
- Mamo, możemy porozmawiać? Na osobności.
Usiedliśmy w kuchni. Patrycja zabrała Zosię na spacer. Grzegorz nalał mi herbaty do kubka z napisem „Najlepszy tata na świecie" - tego kubka, który dostał od Zosi na Dzień Ojca - i powiedział:
- Dlaczego to robisz?
- Bo ciekł kran.
- Nie o kran pytam. Dlaczego musisz... przejmować jego rolę?
Zamurowało mnie. Patrzyłam na niego i widziałam nie czterdziestoletniego mężczyznę, tylko chłopca, który boi się, że matka chce zająć miejsce ojca. Albo - i to mnie uderzyło jak obuchem - chłopca, który boi się, że to on powinien był to miejsce zająć i nie potrafił.
- Grzesiu - powiedziałam powoli - ja nikogo nie zastępuję. Ja się uczę żyć bez niego.
- Ale to wygląda tak, jakbyś... jakbyś go nie potrzebowała. Jakbyś nigdy go nie potrzebowała.
Cisza. Za oknem ktoś wołał dziecko z podwórka. Autobus przejechał ulicą. Odgłosy normalnego życia, które toczy się dalej, obojętnie.
- Potrzebowałam go bardziej, niż umiem powiedzieć - wyszeptałam. - Ale Grzesiu, on nie wróci. A kaloryfery dalej będą przeciekać. I co, mam siedzieć i czekać, aż ktoś łaskawie przyjdzie mi pomóc? Aż ty znajdziesz czas między jedną robotą a drugą?
Wiedziałam, że to zabrzmi ostro. Zabrzmiało. Grzegorz cofnął się na krześle, jakbym go uderzyła. I wtedy zobaczyłam, że ma mokre oczy. Mój syn, który na pogrzebie ojca stał jak słup i nie uronił jednej łzy. Mój syn, który od stycznia ani razu nie zapytał, jak się czuję.
- Ja nie mam czasu, mamo - powiedział i głos mu się łamał. - Nie mam czasu na nic. Patrycja mówi, że jestem jak duch, Zosia rysuje w przedszkolu rodzinę i mnie na rysunku nie ma, a ja dalej nie potrafię... Tata umarł, a ja dalej nie potrafię mu powiedzieć, że...
Nie dokończył. Schował twarz w dłoniach. Siedziałam naprzeciwko, z rękoma pachnącymi smarem, z brudnymi paznokciami, i nie wiedziałam, czy powinnam go objąć, czy pozwolić mu wreszcie poczuć to, czego unikał od miesięcy.
Wstałam, obeszłam stół, położyłam mu rękę na ramieniu. Trząsł się. Mój dorosły syn trząsł się jak dziecko.
- Grzesiu - powiedziałam. - Ja nie naprawiam kranów, żeby udowodnić, że cię nie potrzebuję. Ja naprawiam krany, bo to jedyne, co umiem teraz naprawić.
Długo siedzieliśmy w tej kuchni. Herbata wystygła. Nie powiedzieliśmy sobie nic więcej, co miałoby znaczenie. On nie przeprosił, ja nie obiecałam, że przestanę. Kiedy Patrycja wróciła z Zosią, Grzegorz miał już suche oczy, a ja pakowałam narzędzia.
Na klatce schodowej, między pierwszym a trzecim piętrem, przystanęłam. Metalowa skrzynka ciążyła mi w ręce. Myślałam o tym, co Grzegorz chciał powiedzieć Tadeuszowi i nie zdążył. O tym, że mój syn naprawia ludziom instalacje elektryczne osiem godzin dziennie, a w swoim domu nie potrafi naprawić niczego, co naprawdę jest zepsute.
Weszłam do mieszkania. Postawiłam skrzynkę pod wieszakiem w przedpokoju. Otworzyłam ją, żeby odłożyć klucz na miejsce, i zobaczyłam na dnie coś, czego wcześniej nie zauważałam - małą kartkę, złożoną na czworo, pożółkłą, zapisaną ręką Tadeusza. Dwa zdania: „Halinka, jak to czytasz, to znaczy, że dałaś radę. Wiedziałem."
Złożyłam kartkę i schowałam z powrotem. Zamknęłam skrzynkę. Usiadłam w przedpokoju na podłodze i nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać, więc robiłam jedno i drugie naraz.
Następnego dnia Grzegorz zadzwonił. Nie pytał, jak się czuję. Powiedział: „Mamo, u Kowalskich na czwartym piętrze cieknie rura. Dasz radę, czy mam iść z tobą?" Zastanawiałam się długo - może dwie sekundy.
Do dziś nie wiem, czy powinnam była powiedzieć „chodź ze mną", czy „dam radę sama". Powiedziałam jedno z tych dwóch. Ale które - to zostanie między mną a klatką schodową.