Na trzy tygodnie ich urlopu w Chorwacji dostałam listę: podlewać, wietrzyć, kot, kuweta codziennie, odbierać paczki. Jeździłam do nich dzień w dzień, dwa autobusy. Paczek odebrałam jedenaście. Pocztówki nie było ani jednej.

Tę listę Magda przykleiła magnesikiem na lodówce, obok kalendarza z widoczkiem Dubrownika. Spisana starannym pismem na kartce wyrwanej z notesu, z numerowanymi punktami. Punkt siódmy: „Mamo, jak coś pilnego, to pisz SMS-a, bo roaming". Nie dzwoń. Pisz. I to tylko jak coś pilnego.

Kot nazywał się Figaro. Rudy dachowiec, który patrzył na mnie tak, jakbym to ja była intruzem w jego mieszkaniu. W sumie miał rację - to było mieszkanie Magdy i Dariusza, ich królestwo, a ja byłam tylko serwisem sprzątającym. Wchodziłam rano, wymieniałam wodę, sypałam karmę, czyściłam kuwetę, podlewałam te ich paprocie i storczyki, otwierałam okna na rozcież, potem zamykałam, sprawdzałam skrzynkę na paczki i jechałam z powrotem na Bemowo. Godzina czterdzieści w jedną stronę, bo z przesiadką na Marszałkowskiej autobus czasem trzeba było czekać dwadzieścia minut.

Trzeciego dnia napisałam do Magdy: „Figaro chyba tęskni, miauczy przy drzwiach". Odpisała po czterech godzinach: „To norma, nie przejmuj się. Paczka z Allegro powinna przyjść jutro, podpiszesz?".

Podpisałam. Tę i kolejne dziesięć.

Mam na imię Krystyna, sześćdziesiąt trzy lata, emerytowana księgowa z zakładu odzieżowego, który dawno nie istnieje. Mieszkam sama od śmierci Zbyszka - to już osiem lat. Magda jest moją jedyną córką. Kiedy wychodziła za Dariusza, cieszyłam się, że znalazła kogoś solidnego. Elektryk z własną firmą, przyzwoity zarobek, mieszkanie kupili na kredyt na Ursynowie. Dariusz jest w porządku, nie mam mu nic do zarzucenia. To znaczy - nie miałam. Do tego urlopu.

Bo widzicie, paczki to jedno. Ale ja w tym mieszkaniu spędzałam codziennie po półtorej godziny. I zaczęłam zauważać rzeczy.

Nie szukałam niczego. Naprawdę. Szafek nie otwierałam, szuflad nie przeglądałam. Ale piątego dnia Figaro zrzucił doniczkę z parapetu w sypialni i musiałam posprzątać ziemię. Sięgnęłam po szczotkę do szafki przy łóżku i wtedy zobaczyłam. Na nocnym stoliku Dariusza, pod książką o grillowaniu, leżała koperta zaadresowana do jakiejś Patrycji Nowak. Adres - ten sam co Magdy i Dariusza. Ursynów, Kazury, numer mieszkania się zgadzał.

Odłożyłam kopertę. Zamiotłam ziemię. Wróciłam na Bemowo.

Ale nie mogłam spać. Kto to jest Patrycja Nowak? Może sublokatorka, o której nie wiem? Może pomyłka poczty? Może dawna właścicielka mieszkania? Tłumaczyłam sobie to na sto sposobów, a każdy kolejny był mniej przekonujący niż poprzedni.

Następnego dnia, podlewając storczyki, zauważyłam przy lustru w łazience szampon, którego Magda nigdy nie używała - do włosów blond. Magda ma ciemne włosy, prawie czarne, po Zbyszku. Szampon był w połowie zużyty.

Zamknęłam łazienkę i poszłam do kuchni zrobić sobie herbatę. Siedziałam z kubkiem przy stole, Figaro wskoczył mi na kolana, a ja patrzyłam na tę listę na lodówce i myślałam: czy ja naprawdę chcę to wiedzieć?

Dziewiątego dnia odebrałam paczkę. Kurjer poprosił o podpis. Spojrzałam na nazwisko odbiorcy - Patrycja Nowak. Podpisałam się „Krystyna Walczak" i kurjer nawet nie mrugnął okiem. Postawiłam paczkę przy drzwiach obok trzech pozostałych. Ale ta paczka nie dawała mi spokoju. Była z drogerii internetowej, niewielka, lekka.

Zadzwoniłam do Magdy. Nie na SMS-a - zadzwoniłam. Nie odebrała. Oddzwoniła wieczorem.

- Mamo, coś się stało? Figaro okej?

- Figaro jest zdrowy. Magda, kto to jest Patrycja Nowak?

Cisza. Taka cisza, w której słyszysz szum morza po drugiej stronie telefonu, muzykę z baru, śmiech Dariusza gdzieś w tle.

- Skąd znasz to nazwisko? - spytała wreszcie, a jej głos się zmienił. Stwardniał.

- Paczki przychodzą na to nazwisko. Na wasz adres. I jest koperta na stoliku nocnym Dariusza.

- Mamo. - Głęboki oddech. - Mamo, to ja. Patrycja Nowak to ja.

Nie zrozumiałam od razu. Magda zaczęła mówić szybko, nerwowo, jakby bała się, że przerwie połączenie, zanim zdąży wyjaśnić. Że prowadzi sklep internetowy pod innym nazwiskiem. Że to pseudonim handlowy, bo nie chciała, żeby klientki z pracy ją rozpoznały. Że sprzedaje kosmetyki naturalne, które sama robi - kremy, balsamy, mydła. Że Dariusz wie, pomaga jej z wysyłką. Że paczki to surowce, opakowania, etykiety.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś?

Znowu cisza. Krótsza niż poprzednia, ale cięższa.

- Bo ty byś powiedziała, że to głupota. Że mam dobrą pracę w urzędzie i po co mi kombinowanie. Że Zbyszek by się nie zgodził.

Otworzyłam usta, żeby zaprzeczyć. I zamknęłam je, bo Magda miała rację. Dokładnie tak bym powiedziała. Słowo w słowo.

- Wyślij mi link do tego sklepu - powiedziałam.

Wysłała. Wieczorem przeglądałam stronę na swoim starym laptopie. Ładna strona, zadbana, z opiniami klientek - same piątki. Na zdjęciach ręce Magdy mieszające coś w miseczce, słoiczki z napisem „Patrycja Naturals", suszone kwiaty, miód. Pod jednym zdjęciem podpis: „Każdy produkt robię z taką samą miłością, z jaką moja mama robiła sernik na Wigilię".

Rozpłakałam się nad tym laptopem jak głupia.

Ale potem otarłam oczy i zaczęłam liczyć. Bo jestem księgową, to się nie zmienia. I wiecie co? Liczyłam recenzje, zamówienia, produkty. Ten mały sklepik Magdy zarabiał. Nie miliony, ale zarabiał. Moja córka robiła coś, co ludzie chcieli kupować, coś twórczego, własnego - i bała się mi o tym powiedzieć.

Wrócili z Chorwacji w niedzielę wieczorem. Opaleni, uśmiechnięci. Dariusz wniósł walizki, Magda od progu sprawdziła storczyki - żywe - i Figara - zdrowego. Paczki stały w przedpokoju, wszystkie jedenaście.

- Dzięki, mamo - powiedziała Magda i pocałowała mnie w policzek. Szybko, w przelocie, już idąc do kuchni sprawdzić lodówkę.

- Magda - powiedziałam. - Zamówiłam u ciebie ten krem z rokitnikiem. Zamówienie numer trzysta czternaście. Patrycja Nowak mi go chyba wyśle?

Stanęła w pół kroku. Odwróciła się. Patrzyłyśmy na siebie długą chwilę - ja z krzesła w przedpokoju, ona z progu kuchni.

- Za darmo ci wyślę - powiedziała cicho.

- Nie. Zapłaciłam jak każda klientka. Pięć gwiazdek ci dam.

Dariusz zabrał walizki do sypialni i zamknął za sobą drzwi. Figaro otarł się o moje nogi. Magda stała i milczała, a ja widziałam, że walczy ze sobą - czy zapytać, ile jeszcze wiem, co jeszcze zobaczyłam, co myślę naprawdę.

Nie zapytała. Ja nie powiedziałam.

Wracałam na Bemowo ostatnim autobusem. Za oknem Warszawa migała latarniami, ciepła, lipcowa. Myślałam o tej liście na lodówce - siedem punktów, żadnego „kocham cię, mamo". O jedenastu paczkach i zero pocztówkach. O tym, że moja córka woli być Patrycją Nowak, bo Patrycji nikt nie powie, że to głupota.

I o tym, że może ja bym też chciała być kimś innym. Kimś, do kogo dzwoni się nie tylko wtedy, gdy trzeba podpisać paczkę.