W listopadzie dzieci ustalały przy stole, „kto bierze mamę na święta". Syn zaproponował: „ciągnijmy zapałki, będzie sprawiedliwie". Ciągnęli przy mnie, z powagą. Wstałam i podziękowałam za grę: „święta spędzę u siebie. Wygrały zapałki".

Cisza, jaka wtedy zapadła, trwała może pięć sekund, ale ja ją pamiętam jak minutę. Patrzyli na mnie - Marek, Agnieszka i Kasia - jakby powiedziałam coś w obcym języku. Marek trzymał jeszcze tę swoją zapałkę w palcach, krótszą od reszty. Przegrał. To znaczy - wygrał. Bo miał mnie wziąć na święta. Opuścił rękę i powiedział: „Mamo, nie przesadzaj".

Nie przesadzałam. Przez sześćdziesiąt trzy lata życia nauczyłam się rozpoznawać moment, w którym człowiek przestaje być osobą, a zaczyna być problemem do rozwiązania. I właśnie to zobaczyłam w ich oczach, kiedy Marek wyciągał te zapałki z pudełka i łamał jedną na krótszą. Logistyka. Kto ma większy pokój gościnny, u kogo teściowa przyjeżdża, a u kogo nie, kto ma dzieci w wieku, w którym trzeba jeszcze kłaść wcześnie.

Założyłam płaszcz, wzięłam torebkę. Agnieszka podeszła do mnie w przedpokoju. „Mamo, my nie chcieliśmy cię urazić. Po prostu chcieliśmy się zorganizować." Pogłaskałam ją po policzku. Naprawdę nie byłam zła. Byłam tylko smutna w taki sposób, na który nie ma lekarstwa - bo nikt mi przecież krzywdy nie zrobił.

Wróciłam do domu na Bielanach, do swojego bloku, do mieszkania, w którym trzydzieści osiem lat temu Tadek kładł panele, a ja malowałam ściany w kuchni na żółto, żeby było weselej. Tadek umarł pięć lat temu. Rozejrzałam się po tym mieszkaniu i pomyślałam, że dawno nie robiło mi się w nim tak pusto.

Herbata z cytryną, fotel, telewizor wyłączony. Siedziałam i próbowałam zrozumieć, od kiedy to się zaczęło. Bo przecież nie od dzisiaj. Nie od zapałek.

Może od zeszłorocznej Wigilii u Agnieszki, kiedy zięć Darek powiedział przy stole, nie do mnie, ale tak, żebym słyszała: „Twoja mama mogłaby chociaż raz zostać u siebie, bo moja matka nigdy nas nie odwiedza". A może jeszcze wcześniej - od Wielkanocy u Marka, kiedy synowa Patrycja organizowała stół dla dwunastu osób, a mnie posadziła w rogu, przy dzieciach, bo „tam będzie pani wygodniej". Pani. Jestem jej teściową od ośmiu lat, a wciąż jestem panią.

A może jeszcze wcześniej. Może od momentu, kiedy Tadek odszedł, a ja z żony, matki i gospodyni stałam się „mamą, o którą trzeba się martwić". Tylko że oni się nie martwili. Oni się organizowali.

Kasia zadzwoniła następnego dnia rano.

- Mamo, nie bądź taka. - Jaka, Kasiu? - Dramatyczna. Marek mówi, że zrobiłaś scenę. - Wstałam od stołu. To jest scena? - Mogłaś powiedzieć, że ci to przeszkadza, zamiast wychodzić. - A kiedy miałam powiedzieć? Przed ciągnięciem czy po?

Kasia milczała chwilę. Potem westchnęła i powiedziała coś, co mnie zabolało bardziej niż te zapałki: „Mamo, ty nie rozumiesz. Każde z nas ma swoje życie. My chcemy, żebyś była z nami na święta, ale musimy to jakoś pogodzić. To nie jest proste".

Nie jest proste. Wychowywałam ich trzydzieści lat. Pracowałam jako księgowa w firmie budowlanej, a po godzinach szyłam pościel na zamówienie, bo Tadek jako kolejarz zarabiał nieźle, ale trójka dzieci to trójka dzieci. Odrabiałam z nimi lekcje, chodziłam na wywiadówki, gotowałam obiady, na które teraz wszyscy wspominają z rozrzewnieniem. „Mamo, nikt nie robi takiego bigosu jak ty." Tak, Marku. Nikt. Ale ten bigos nigdy nie sprawił, że poczułam się jak problem logistyczny.

Przez dwa tygodnie po tamtym spotkaniu nikt nie dzwonił. Znaczy - Agnieszka napisała SMS-a: „Mamo, jak się czujesz?". Odpisałam: „Dobrze". I tyle. Czekałam, aż ktoś z nich powie to, co powinien powiedzieć. Że im przykro. Że to był głupi pomysł. Że chcą mnie u siebie, a nie muszą mnie u siebie mieć.

Pod koniec listopada zadzwonił Marek. „Mamo, słuchaj, rozmawiałem z dziewczynami. Agnieszka weźmie cię na Wigilię, a Kasia na pierwszy dzień świąt. U mnie będziesz na drugiego."

Jak paczka. Pięknie zapakowana, z kokardką i harmonogramem dostaw.

- Marku - powiedziałam spokojnie - mówiłam ci. Święta spędzę u siebie. - Sama? Mamo, to bez sensu. - Czterdzieści lat robiłam wigilię dla was wszystkich. Chyba potrafię nakryć dla jednej osoby. - Tata by nie chciał, żebyś... - Nie mów mi, czego by chciał tata.

Chyba go to zatkało, bo przez chwilę słyszałam tylko jego oddech. Potem, już ciszej: „Jak chcesz, mamo".

I wtedy poczułam, że coś pęka. Nie z hukiem, nie dramatycznie. Po cichu, jak szew, który puścił w swetrze - niby nic, ale wiatr wchodzi do środka.

Wigilia przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Dwudziestego trzeciego grudnia posprzątałam mieszkanie, dwudziestego czwartego usmażyłam karpia, zrobiłam barszcz z uszkami i sałatkę jarzynową. Nakryłam do stołu na dwa miejsca - jedno dla mnie, drugie puste, dla Tadka albo dla kogoś, kto by zapukał. Postawiłam opłatek na talerzyku. Zapaliłam świeczkę.

O szesnastej zadzwonił domofon. Myślałam, że sąsiadka z opłatkiem. Ale w głośniczku usłyszałam głos Kasi: „Mamo, otwórz. Jest zimno".

Stały na klatce we trójkę. Kasia z torbą pełną prezentów, Agnieszka z sernikiemtym swoim, który jej nigdy nie wychodzi - i Marek. Marek trzymał pudełko zapałek. Podał mi je i powiedział: „Wyciągnij jedną".

Popatrzyłam na niego. Potem na dziewczyny. Agnieszka miała zaczerwienione oczy. Kasia przygryzała wargę.

Wzięłam to pudełko. Otworzyłam je. W środku nie było zapałek - były małe karteczki, pozwijane w ruloniki. Na każdej coś napisane. „Przepraszam", „Kocham cię, mamo", „Bigos w styczniu?", „Zadzwonię jutro rano".

Stałam w tych drzwiach z pudełkiem w ręku i nie wiedziałam, co zrobić. Bo byłam wzruszona - tak, byłam. Ale ta część mnie, która dwa miesiące temu wstała od tamtego stołu, ta część wciąż pytała: czy przyszli, bo chcieli, czy dlatego, że wyrzuty sumienia nie dały im spokojnie usiąść do własnych wigilii?

Wpuściłam ich. Nakryłam dodatkowe talerze. Łamaliśmy się opłatkiem. Marek przepraszał, Kasia płakała, Agnieszka nakładała wszystkim sałatkę, jakby jedzenie mogło naprawić to, co się stało.

Może mogło. Nie wiem. Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy barszcz, a ja patrzyłam na swoje dzieci - dorosłe, zmęczone własnym życiem, niedoskonałe - i myślałam o tym, że miłość to nie jest coś, co się rozwiązuje zapałkami. Ale nie byłam pewna, czy oni to naprawdę zrozumieli, czy tylko się przestraszyli, że matka spędzi Wigilię sama i będą musieli z tym żyć.

Następnego ranka obudziłam się w pustym mieszkaniu. Pojechali w nocy - każde do siebie, do swoich rodzin. Na stole w kuchni leżało pudełko z karteczkami. Wzięłam jedną, tę ostatnią, której wczoraj nie przeczytałam. Rozwinęłam. Ręka Marka, te jego krzywe literki.

„Mamo, wygrałaś. Ale co dalej?"

Dobre pytanie, Marku. Naprawdę dobre pytanie.