Zapisałam się do pani psycholog w przychodni - w moim wieku podobno „wstyd i fanaberia". Przez godzinę mówiłam, a ona słuchała i nie przerwała ani razu. Na koniec spytała: „kto pani słuchał wcześniej?". Policzyłyśmy razem: nikt.

To pytanie wbiło mnie w fotel jak gwoźdź. Wracałam do domu autobusem 174, trzymałam się poręczy i powtarzałam w głowie: nikt, nikt, nikt. Sześćdziesiąt dwa lata. Czterdzieści lat małżeństwa. Dwoje dorosłych dzieci. I nikt.

Nie tak sobie to wyobrażałam, kiedy w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim wychodziłam za Ryszarda. Miałam dwadzieścia dwa lata, dyplom z księgowości i przekonanie, że życie to prosta droga - szkoła, ślub, dzieci, emerytura, wnuki. Ryszard był elektrykiem w zakładach na Woli, wysoki, milczący, z takim spokojem w oczach, który wzięłam za głębię. Dopiero po latach zrozumiałam, że to nie głębia. To była po prostu cisza.

Ale nie o Ryszardzie chcę opowiadać. Znaczy - też o nim. Ale przede wszystkim o tym, jak można żyć sześćdziesiąt dwa lata i nie wiedzieć, że się jest niesłyszaną.

Wszystko zaczęło się od Wigilii. Tej ostatniej, w grudniu. Córka Magda przyjechała z Wrocławia z mężem i dwójką dzieci. Syn Tomek - sam, bo Ania znów „nie mogła". Ryszard kupił karpia, ja lepiłam uszka od piątej rano. Dwanaście potraw, obrus od mojej mamy, serwetki złożone w trójkąty, jak lubił tata. Usiedliśmy do stołu.

I wtedy Magda powiedziała: „Mamo, może w tym roku bez tych dwunastu potraw? Nikt tego nie je, a ty się wykańczasz".

Tomek dodał: „No, serio, mamo. Kutia? Kto w ogóle je kutię?".

Ryszard nic nie powiedział. Łamał opłatek z wnuczką.

A ja stałam z wazą barszczu w rękach i poczułam, że coś we mnie pęka. Nie głośno. Cicho, jak nitka w swetrze. Postawiłam wazę, usiadłam i powiedziałam: „Dobrze. W przyszłym roku róbcie sobie sami". Magda się roześmiała. „No, nie przesadzaj, mamo".

Ale ja nie przesadzałam. Po raz pierwszy od lat mówiłam dokładnie to, co myślałam. I po raz pierwszy nikt tego nie usłyszał.

Po świętach zaczęłam liczyć. Ile razy dziennie ktoś mnie pyta, co u mnie. Odpowiedź: zero. Ryszard rano mówił „jest kawa?", wieczorem „co na kolację?", a pomiędzy siedział przed telewizorem albo szedł na działkę. Magda dzwoniła w niedziele, ale rozmowa wyglądała tak: dwadzieścia minut o dzieciach, dziesięć minut o pracy, pięć minut o tym, że jest zmęczona, i na koniec „a u ciebie, mamo?", kiedy już szła z telefonem do łazienki. Tomek pisał SMS-y: „Cześć mamo, wszystko ok?". Odpisywałam: „Ok, synku". I tyle.

W styczniu poszłam do lekarza, bo nie mogłam spać. Doktor Jankowski - dobry człowiek, stary przyjaciel rodziny - przepisał mi melisę i powiedział: „Pani Halino, to nerwy. W pani wieku to normalne. Trzeba się czymś zająć. Może wnuki?".

Wnuki. Jakbym nie zajmowała się nimi przez pół życia.

Wróciłam do domu, usiadłam w kuchni i zadzwoniłam do przychodni. Zapisałam się do psychologa. Rejestratorka spytała po co, jakby to było dziwne. „Chcę z kimś porozmawiać" - odpowiedziałam. Cisza w słuchawce. Potem: „Najbliższy termin za trzy tygodnie".

Przez te trzy tygodnie robiłam to co zawsze. Gotowałam. Sprzątałam. Prasowałam Ryszardowi koszule, chociaż chodził na emeryturze w polarze. Robiłam to wszystko jak automat, ale jednocześnie zaczęłam słuchać - siebie. I odkryłam coś przerażającego: nie miałam pojęcia, co lubię. Nie „co powinnam lubić". Co naprawdę lubię. Jaki film. Jaką herbatę. Czy w ogóle lubię herbatę, czy piję ją od czterdziestu lat, bo Ryszard lubi z cytryną, a jak parzę jemu, to sobie też

Tego nie powiedziałam pani psycholog na pierwszej wizycie. Na pierwszej wizycie mówiłam o Wigilii, o Magdzie, o Tomku, o Ryszardzie, o koszulach, o kutii, o tym, że nikt nie pyta. Mówiłam i mówiłam, a ona słuchała. Młoda dziewczyna, trzydzieści parę lat, obrączka na palcu, notatnik na kolanach. I nie przerwała ani razu.

A potem zadała to pytanie. „Kto pani słuchał wcześniej?".

Zaczęłam liczyć. Mama? Mama umarła, kiedy miałam trzydzieści osiem lat, ale nawet za jej życia - ona mówiła, ja słuchałam. Taki był układ. Ryszard? Ryszard nigdy nie pytał „jak się czujesz". Kiedyś, na początku, opowiadałam mu o pracy, o koleżankach z księgowości, o tym, że szefowa mnie skrzyczała. Słuchał z uprzejmym wyrazem twarzy, a potem mówił: „No, trudno. Jutro będzie lepiej". I włączał telewizor. Przyjaciółki? Miałam kiedyś Krysię z trzeciego piętra. Piłyśmy kawę, gadałyśmy. Ale Krysia przeprowadziła się do córki do Gdańska osiem lat temu. Pisałyśmy do siebie, potem coraz rzadziej. Teraz - kartka na święta.

Policzyłyśmy razem: nikt.

Wracając autobusem, myślałam o swojej mamie. Ona też tak miała. Ojciec milczał, ona gotowała. My - dzieci - brałyśmy, a ona dawała. I nigdy nie usłyszałam, żeby ktoś spytał mamę, co ona czuje. Może dlatego ja też nie umiałam tego wymagać. Bo skąd miałam wiedzieć, że można?

Umówiłam się na kolejną wizytę. I następną. I jeszcze jedną. Ryszardowi powiedziałam, że chodzę do lekarza. Nie skłamałam - nie powiedziałam jakiego. On nie dopytał. Magdzie nie powiedziałam nic.

Po szóstej wizycie pani psycholog zapytała: „Czego pani chce?". Nie „czego pani potrzebuje" - czego chcę. Patrzyłam na nią i nie umiałam odpowiedzieć. Sześćdziesiąt dwa lata i nie wiem, czego chcę.

Ale wieczorem, kiedy Ryszard oglądał wiadomości, a ja zmywałam talerze po kolacji, powiedziałam głośno, nie odwracając się od zlewu: „Ryszard, ja chodzę do psychologa".

Cisza. Potem szuranie kapci. Stanął w drzwiach kuchni.

„Do psychologa? A po co?". Nie złośliwie. Naprawdę nie rozumiał.

„Bo chcę, żeby ktoś mnie słuchał".

Patrzył na mnie długo. Potem powiedział: „Ja cię słucham".

„Nie, Ryszard. Nie słuchasz. Od czterdziestu lat nie słuchasz".

Stał w tych swoich wytartych kapciach, w polarze, z pilotem w ręku. I zobaczyłam na jego twarzy coś, czego nie widziałam od lat. Nie gniew. Nie obojętność. Zagubienie. Jakby ktoś nagle zapalił światło w pokoju, w którym siedział po ciemku i myślał, że tak ma być.

Odłożył pilota na blat. Usiadł przy stole. I powiedział cicho: „To mów".

Stałam z gąbką w ręku, z pianą kapiącą na podłogę. I nie wiedziałam, od czego zacząć. Od kutii? Od koszul? Od czterdziestu lat ciszy? Od mamy, która też nigdy nie powiedziała głośno, że jest samotna?

Nie wiem, czy Ryszard naprawdę potrafi słuchać. Nie wiem, czy jedno „to mów" wystarczy po czterdziestu latach. Nie wiem nawet, czy ja potrafię mówić - do niego, nie do obcej pani w przychodni.

Ale usiadłam naprzeciwko. Odłożyłam gąbkę. I otworzyłam usta.