
Nasz chór walczył w internetowym głosowaniu o wyjazd na festiwal. Prosiłam rodzinę tydzień: „kliknijcie, to jedna minuta dziennie". Przegrałyśmy o siedemnaście głosów. „Zapomnieliśmy, mamo, tyle się dzieje". W rodzinie mam dwadzieścia jeden osób z telefonami - policzyłam dwa razy.
Siedemnaście głosów. Nie siedemset, nie siedem tysięcy. Siedemnaście. To jest mniej niż osób w mojej najbliższej rodzinie. I ta liczba nie daje mi spokoju od trzech tygodni, bo za nią stoi coś, co boli bardziej niż przegrany konkurs.
Wyniki ogłosili w piątek wieczorem. Siedziałam przy kuchennym stole z laptopem, herbata stygła obok, a ja odświeżałam stronę co minutę. Kiedy zobaczyłam, że Cantabile z Radomia wyprzedziło nas o siedemnaście punktów, przez chwilę myślałam, że to pomyłka. Przeliczyłam. Nie była.
Zadzwoniłam do Krysi, naszej dyrygentki. Milczała przez pięć sekund, potem powiedziała cicho: „Bożena, ja wiem. Widziałam". I się rozłączyła. Krysia nigdy się nie rozłącza pierwsza - to kobieta, która po każdej próbie zagaduje nas jeszcze dwadzieścia minut na klatce schodowej. Tamtego wieczoru nie miała słów.
Nasz chór istnieje jedenaście lat. Zaczęłyśmy we cztery w sali parafialnej na Pradze, teraz jest nas dwadzieścia sześć kobiet. Ja dołączyłam dziewięć lat temu, kiedy Andrzej - mój mąż - przeszedł na wcześniejszą emeryturę po wypadku na budowie i nagle okazało się, że przez cały dzień siedzimy naprzeciwko siebie w dwóch pokojach i nie mamy o czym rozmawiać. To Marzena z parteru powiedziała mi o chórze. „Bożena, przyjdź, pośpiewasz, odetchniesz". Poszłam, żeby odetchnąć. Zostałam, bo pierwszy raz od lat poczułam, że ktoś mnie słucha.
Festiwal w Rimini. Włochy. Dla nas - kobiet po pięćdziesiątce i sześćdziesiątce, księgowych, sprzedawczyń, emerytowanych nauczycielek - to było coś jak lądowanie na Księżycu. Krysia zgłosiła nas do konkursu, przeszłyśmy eliminacje nagraniowe, a potem został ten internetowy etap: zbierz głosy, pokaż, że masz społeczność. Dziesięć dni głosowania, raz dziennie, jedno kliknięcie z jednego urządzenia.
Ja mam dużą rodzinę. Troje dzieci - Tomek, Agnieszka, Paulina. Tomek żonaty, dwoje dzieci. Agnieszka z partnerem, jedno dziecko. Paulina singielka, ale aktywna w mediach społecznościowych, codziennie wrzuca zdjęcia kotów, które zbierają po sto lajków. Mam siostrę Halinę z mężem i dorosłym synem. Mam brata Zdzisława z żoną, dwójką dzieci i ich partnerami. Andrzej ma brata Jerzego z rodziną. Policzyłam wszystkich, którzy mają smartfony i dostęp do internetu. Dwadzieścia jeden osób. Wystarczyło, żeby każda z nich kliknęła raz dziennie przez dziesięć dni.
Przez tydzień wysyłałam wiadomości. Spokojne, grzeczne. „Kochani, jeśli macie minutkę, kliknijcie proszę link, głosujemy na nasz chór". Pierwszego dnia odpisali prawie wszyscy - kciuki w górę, serduszka, „jasne, mamo". Drugiego dnia - cisza u połowy. Trzeciego napisałam ponownie. Czwartego zadzwoniłam do Tomka.
- Tata, głosowałeś dzisiaj?
- Mamo, nie zdążyłem, byliśmy u dentysty z Kubą.
- To trwa minutę, Tomek. Dosłownie minutę.
- Dobra, dobra, kliknę wieczorem.
Nie kliknął. Sprawdziłam - strona pokazywała statystyki z regionów, a z naszej dzielnicy przyrost był zerowy. Piątego dnia napisałam do rodzinnej grupy na WhatsAppie. Szóstego zadzwoniłam do Pauliny.
- Paulinko, proszę cię, wejdź w link.
- Mamo, ja nie lubię takich konkursów, to jest nabijanie statystyk, to nie ma nic wspólnego z muzyką.
- Ale to ma wspólnego ze mną. Z moim chórem. Z czymś, co jest dla mnie ważne.
- No dobrze, jak będę miała chwilę.
Paulina tego dnia wrzuciła na Instagram trzy relacje ze spaceru z kotem i zdjęcie latte art z kawiarni na Hożej. Chwilę znalazła na pięć postów. Na jedno kliknięcie dla matki - nie.
Ostatniego dnia głosowania siedziałam z telefonem i pisałam do każdego osobno. Nie na grupę - prywatnie. Do każdego z dwudziestu jeden. „Proszę, to ostatni dzień, każdy głos się liczy". Odpisało dziewięć osób. Zagłosowało - nie wiem ile. Może pięć. Może trzy.
Wieczorem, kiedy zobaczyłam wynik, nie płakałam. Usiadłam i zaczęłam liczyć. Dwadzieścia jeden osób razy dziesięć dni to dwieście dziesięć potencjalnych głosów. Przegrałyśmy o siedemnaście. Gdyby dwie osoby z mojej rodziny klikały codziennie - dwie, nie dwadzieścia jeden - wygrałybyśmy.
Na niedzielnym obiedzie - bo u nas nadal jest niedzielny obiad, to jedyna tradycja, której pilnuję jak relikwii - powiedziałam o wyniku. Spokojnie, bez pretensji. „Przegrałyśmy o siedemnaście głosów".
Agnieszka podniosła wzrok znad telefonu. „Ojej, mamo, szkoda. Ale wiesz, te internetowe głosowania to i tak ustawka, pewnie ktoś kupił boty".
Tomek pokiwał głową. „No, mamo, nie przejmuj się, w przyszłym roku się uda".
Andrzej milczał. Andrzej zawsze milczy, kiedy mówię o chórze.
Zdzisław napisał później SMS-a: „Bożenka, sorry, zakręciłem się". Halina nie napisała nic.
I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o festiwal. Chodzi o to, że przez jedenaście lat śpiewania w tym chórze - jedynej rzeczy, którą robię wyłącznie dla siebie - nikt z moich bliskich nigdy nie przyszedł na koncert bez specjalnego zaproszenia. Że Andrzej był na dwóch z czternastu występów. Że Paulina nigdy nie udostępniła ani jednego naszego nagrania, choć udostępnia petycje o prawach kotów miejskich. Że kiedy rok temu nasza altówka Jola przeszła operację i zbierałyśmy na kwiaty, moja rodzina nie dorzuciła się, choć Jolę znali z moich opowieści od lat.
Następnego dnia po obiedzie wyjęłam z szuflady zeszyt i zapisałam daty. Wszystkie razy, kiedy ja byłam na meczu Kuby - wnuka. Na przedstawieniu w przedszkolu Zosi. Na wernisażu Pauliny, który okazał się spotkaniem miłośników kotów w kawiarni. Na imieninach Haliny, na których nie znałam nikogo oprócz siostry. Na przeprowadzce Tomka, gdzie nosiłam kartony z książkami po schodach na czwarte piętro. Lista zajęła trzy strony.
Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak rachunek krzywd. Może tak właśnie brzmi. Może dlatego nie pokazałam tej listy nikomu.
W środę poszłam na próbę chóru. Krysia przygotowała nowy repertuar - powiedziała, że skoro nie jedziemy do Rimini, to zrobimy koncert na osiedlu, dla naszych ludzi, w czerwcu, w parku przy szkole. Śpiewałyśmy „Szła dzieweczka" w nowym czterogłosowym aranżu i Marzena popłakała się na drugiej zwrotce, bo jej babcia śpiewała tę piosenkę na żniwach. Stałyśmy w tej sali parafialnej, dwadzieścia sześć kobiet, i w tamtej chwili czułam więcej bliskości niż przy niedzielnym stole z rodziną.
Nie wiem, co z tym zrobić. Nie wiem, czy powiedzieć im wprost: „Wasze zapomnienie bolało bardziej niż myślicie". Nie wiem, czy mam prawo wymagać od dorosłych dzieci, żeby interesowały się moim hobby - bo tak to nazywają, hobby. Tomek kiedyś powiedział: „Mamo, fajnie, że masz zajęcie na emeryturze". Jakby chór był czymś w rodzaju krzyżówki - żeby mózg nie zardzewiał.
Wczoraj wieczorem Paulina przysłała mi link do głosowania na najładniejszego kota w jakimś internetowym konkursie. „Mamo, kliknij, to jedna minuta dziennie".
Trzymałam telefon w ręku bardzo długo. Potem kliknęłam.
Ale nie wiem, czy jutro kliknę znowu.