
W kwiaciarni przy rynku pani uśmiechnęła się do męża: „to co zwykle, czerwone?". Kupuje tam co piątek - od roku, dodała. Mnie przynosi kwiaty raz w roku, na imieniny. Zawsze białe.
Stałam z torbą zakupów trzy kroki za nim i nie mogłam się ruszyć. Andrzej nie widział mnie - stał tyłem, pochylony nad ladą, wybierając z wiadra najładniejsze pąki. Kwiaciarka owinęła je w papier, zanim zdążyłam mrugnąć. Rutyna. Ich rutyna.
Wyszedł bocznymi drzwiami, nawet nie odwrócił głowy w moją stronę. Ja zostałam między wiadrami z tulipanami, ze ściśniętym gardłem i jedną myślą: co piątek. Od roku.
Nie poszłam za nim. Kupiłam pęczek koperku, bo po to przyszłam na rynek, i wróciłam do domu. Ugotowałam obiad. Ziemniaki, kotlety mielone, surówka z marchewki. Talerze postawiłam jak zwykle - naprzeciwko siebie, przy stole w kuchni, gdzie jadaliśmy we dwoje, odkąd Kasia wyjechała na studia do Wrocławia, a Maciek zamieszkał z dziewczyną na drugim końcu Poznania.
Andrzej wrócił o wpół do czwartej. Bez kwiatów. Oczywiście - nie był to dzień moich imienin, a piątek jak każdy inny. Umył ręce, usiadł, powiedział „pachnie". Zjadł dwa kotlety, pochwalił surówkę. Zerknął w telefon. Wstał, pocałował mnie w czubek głowy i poszedł do pokoju oglądać mecz.
Trzydzieści cztery lata małżeństwa. Pomyślałam sobie: trzydzieści cztery lata, a ja nie wiem, komu mój mąż nosi co piątek czerwone róże.
Poznaliśmy się na zabawie sylwestrowej w osiemdziesiątym dziewiątym. Andrzej pracował wtedy jako elektryk w zakładach na Wildzie, ja kończyłam technikum ekonomiczne i marzyłam o pracy w banku. Był spokojny, cichy, z takim uśmiechem, co to niby nic, a człowiek czuł się przy nim bezpiecznie. Pobraliśmy się szybko - w kwietniu dziewięćdziesiątego, w urzędzie, bo na wesele nie było pieniędzy. Moja mama upiekła sernik na trzy blachy i to było całe przyjęcie.
Dobrze nam było. Zwyczajnie, ale dobrze. Andrzej nie był romantykiem - nigdy nie powiedział „kocham cię" na głos, ale naprawiał wszystko, co się zepsuło, i zawsze wracał do domu o tej samej porze. Budowaliśmy to nasze życie cegiełka po cegiełce: mieszkanie spółdzielcze na Ratajach, potem większe na Piątkowie, kiedy urodził się Maciek. Kasia przyszła trzy lata później. Robiłam w księgowości w hurtowni budowlanej - dwadzieścia sześć lat w tym samym biurze, aż do emerytury.
Kwiaty na imieniny, dwudziestego trzeciego maja, zawsze białe - to była nasza tradycja. Andrzej wchodził wieczorem z bukietem, nic nie mówił, stawiał w wazonie, tym kryształowym po mojej babci. Ja robiłam herbatę. Tyle.
I nagle te czerwone róże. Co piątek. Od roku.
Przez tydzień nic nie mówiłam. Obserwowałam. W piątek znowu poszedł na rynek - „po warzywa", jak powiedział. Wrócił z papierówką pomidorów i bez kwiatów. Ale ja wiedziałam. Kwiaciarka wiedziała. Ktoś jeszcze wiedział.
Zaczęłam szukać. Nienawidzę tego słowa - szukać. Jakbym grzebała w śmieciach własnego życia. Telefon Andrzeja zawsze leżał na komodzie, nigdy go nie chował. Hasło - data urodzin Kasi. Znałam je od lat, bo sam mi kiedyś powiedział, „żebyś mogła zadzwonić, jakby mi się coś stało".
Nie znalazłam nic. Żadnych wiadomości, żadnych zdjęć, żadnych nieznanych numerów. Czysty telefon mężczyzny, który używa go do dzwonienia i sprawdzania pogody. Poczułam się głupio. A potem jeszcze gorzej - bo jeśli nie chodzi o kobietę, to o co?
W kolejny piątek wyszłam za nim.
Andrzej kupił czerwone róże - siedem sztuk, policzyłam - i poszedł na przystanek tramwajowy. Wsiadł w piątkę. Wsiadłam za nim, dwa wagony dalej, jak w jakimś głupim filmie. Wysiadł na Górczynie, przeszedł dwie przecznice i wszedł na cmentarz.
Stanęłam za drzewem jak złodziejka. Patrzyłam, jak Andrzej kuca przy grobie, zdejmuje stare kwiaty, stawia świeże, poprawia doniczkę z bratkami. Stał tak może pięć minut, z opuszczoną głową. Potem wytarł oczy wierzchem dłoni, wstał i poszedł.
Poczekałam, aż zniknie za bramą. Podeszłam do grobu. Kamień był szary, prosty, bez zdjęcia. „Lidia Wójcik, 1968-2023". Nic więcej. Daty się zgadzały - rok temu, marzec.
Lidia Wójcik. Nie znałam tego nazwiska.
Tamtego wieczoru nie potrafiłam na niego patrzeć. Nie dlatego, że się bałam odpowiedzi - bałam się, że odpowiedź będzie taka, której nie chcę usłyszeć, i jednocześnie taka, na którą nie mam prawa się gniewać. Bo co powiem? Że śledzę go po cmentarzach? Że zazdroszczę zmarłej kobiecie o siedem róż w piątek?
Dwa tygodnie z tym chodziłam. Schudłam trzy kilo, bo jedzenie stawało mi w gardle. Kasia dzwoniła, pytała, czy wszystko w porządku. „Wszystko dobrze, córeczko, tata zdrowy, ja zdrowa, pogoda ładna".
Zapytałam w niedzielę. Po obiedzie, kiedy Andrzej pił kawę z mlekiem przy stole, a ja zmywałam. Nie odwróciłam się od zlewu.
- Andrzej, kto to jest Lidia Wójcik?
Cisza. Słyszałam, jak odkłada filiżankę na spodek. Ten drobny, porcelanowy stuk.
- Skąd wiesz? - zapytał cicho.
- Byłam na cmentarzu. Widziałam kwiaty.
Długo milczał. Tak długo, że odkręciłam kran, żeby cokolwiek wypełniło tę ciszę. W końcu powiedział:
- Moja siostra.
Odwróciłam się. Patrzył w filiżankę.
- Andrzej, ty nie masz siostry.
- Miałem. Przyrodnią. Z pierwszego małżeństwa ojca, jeszcze zanim poznał matkę. Nikt w rodzinie o niej nie mówił. Ojciec zabronił. Lidia się odezwała do mnie trzy lata temu, napisała list. Spotkaliśmy się kilka razy. Nie zdążyłem... nie zdążyłem ci powiedzieć, bo ona zachorowała i wszystko potoczyło się szybko.
- Trzy lata, Andrzej. Trzy lata i nie zdążyłeś?
Podniósł głowę. Miał czerwone oczy.
- Nie umiałem. Nie wiedziałem jak. A potem już było za późno, bo umarła, i co miałem powiedzieć - „słuchaj, Bożena, miałem siostrę, ale już nie mam"? Że przez pół życia nawet nie wiedziałem, że istnieje? Że ojciec ją wyrzucił z rodziny jak starą szmatę i udawał, że jej nie ma?
Siadłam naprzeciwko niego. Woda leciała z kranu, ale żadne z nas nie wstało, żeby zakręcić.
- Mogłeś mi powiedzieć.
- Wiem.
- To dlaczego nie powiedziałeś?
Nie odpowiedział. Wziął filiżankę i zaniósł do zlewu. Zakręcił kran. Stał przy oknie z rękami w kieszeniach, jak wtedy, trzydzieści cztery lata temu, kiedy nie umiał powiedzieć, że chce się ze mną ożenić, i w końcu powiedziała to za niego moja mama.
Uwierzyłam mu. A przynajmniej chciałam uwierzyć. Bo historia była spójna - ojciec Andrzeja, Tadeusz, faktycznie miał za sobą jakąś niejasną przeszłość, o której nikt nie rozmawiał. Umarł w dwutysięcznym piątym i zabrał swoje tajemnice do grobu. A przynajmniej tak myśleliśmy.
Ale jest coś, czego nie mogę sobie ułożyć w głowie. Jeśli Lidia była siostrą - dlaczego czerwone róże? Siedem sztuk, co piątek, przez rok? I dlaczego ten grób jest taki zadbany, jakby to był najważniejszy człowiek w jego życiu? Ważniejszy niż ojciec, którego grobu Andrzej nie odwiedza od trzech lat?
Nie zapytałam go o to. Może kiedyś zapytam. A może nie.
Na imieniny w maju Andrzej jak zwykle przyniósł mi białe kwiaty. Postawił w wazonie po babci, nic nie powiedział. Zrobiłam herbatę. Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Wszystko jak zawsze.
Tylko że ja teraz wiem, że gdzieś w tym mieście jest grób, na który mój mąż nosi kwiaty piękniejsze niż te, które kiedykolwiek dostałam ode mnie. I nie wiem, czy to boli bardziej - jeśli Lidia naprawdę była siostrą, czy jeśli nie była.