Syn „uprościł" mi telefon, bo „po co ci tyle ikonek". Zniknęły numery trzech koleżanek z dawnej pracy i pani Krysi z klubu seniora. Zostały: syn, synowa, przychodnia. „Tyle ci wystarczy, mamo".

Siedziałam wtedy w kuchni i patrzyłam, jak Marek przesuwa palcem po ekranie mojego telefonu z taką pewnością siebie, jakby to był jego własny. Kasował, przesuwał, układał. Nawet nie zapytał. Ja trzymałam w dłoniach kubek z herbatą i milczałam, bo przecież syn wie lepiej. Syn ma czterdzieści lat, pracuje w banku, zna się na technologii. A ja mam sześćdziesiąt siedem lat i mieszkam sama w bloku na Gocławiu od czasu, gdy trzy lata temu umarł mój Tadek.

- No, mamo, gotowe - powiedział, kładąc telefon przede mną na stole. - Teraz będzie prościej. Duże ikony, żadnego bałaganu.

Kiwnęłam głową. Dopiero wieczorem, gdy chciałam zadzwonić do Wandy, żeby opowiedzieć jej o wizycie u lekarza, zobaczyłam, że Wandy w telefonie nie ma. Ani Wandy, ani Hani, ani Zosi. Ani pani Krysi, z którą chodziłam na gimnastykę w klubie seniora przy Saskiej. Zostały trzy kontakty. Trzy.

Pomyślałam, że to błąd. Że się coś przypadkiem skasowało. Zadzwoniłam do Marka.

- Mamo, po co ci te numery? Wandę widziałaś ostatnio kiedy? Dwa lata temu? A ta pani Krysia to w ogóle kto? - Jego głos brzmiał tak, jakby tłumaczył coś dziecku. - Jak będziesz potrzebowała lekarza, dzwonisz do przychodni. Jak czegoś potrzebujesz, dzwonisz do mnie albo do Basi. Proste.

Proste. To słowo wracało do mnie potem przez wiele nocy. Proste. Jakby moje życie dało się zredukować do trzech numerów w telefonie.

Wandę poznałam trzydzieści lat temu w księgowości fabryki kabli na Pradze. Siedziałyśmy biurko w biurko, osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu. Razem przeżyłyśmy transformację, zwolnienia grupowe, nowego dyrektora, który kazał nam przesiąść się na komputery, kiedy obie miałyśmy po czterdzieści lat i śmiertelnie się tego bałyśmy. Wanda trzymała mnie za rękę, kiedy Tadek miał pierwszy zawał. Ja trzymałam ją, kiedy jej mąż odszedł do innej.

Tak, ostatnio widywałyśmy się rzadziej. Wanda przeprowadziła się do córki do Piaseczna, ja gorzej chodziłam po tym kolanie. Ale dzwoniłyśmy do siebie. Co tydzień, w środy. Wanda o trzeciej po południu, po serialu, bo wiedziała, że wtedy kończę obiad. Gadałyśmy po dwadzieścia minut, czasem po czterdzieści. O niczym i o wszystkim. O cenach masła, o wnukach, o tym, że kiedyś to były czasy. Głupoty? Może. Ale te głupoty trzymały mnie przy życiu.

A pani Krysia? Pani Krysia to była drobna siedemdziesięciolatka z energią dwudziestolatki, która prowadziła naszą grupę seniorów i która pewnego razu, gdy ja po śmierci Tadka leżałam w łóżku trzeci tydzień z rzędu, przyszła pod moje drzwi z sernikiem i powiedziała: „Halina, wstawaj, bo ja z tym sernikiem pod klatką nie będę stała".

I wstałam.

Teraz ich numery zniknęły. A ja nie zapisałam ich nigdzie indziej, bo - jak mówił Marek - „po co ci notes, mamo, wszystko masz w telefonie".

Następnego dnia poszłam do klubu seniora. Liczyłam, że spotkam panią Krysię i wezmę od niej numer. Ale klub był zamknięty - remont, do końca miesiąca. Na drzwiach kartka z numerem telefonu kierownika, ale nie pani Krysi.

Zadzwoniłam do Marka jeszcze raz. Poprosiłam, żeby przywrócił kontakty. Że to ważne.

- Mamo, ja to robiłem z kopii, ale stara kopia się nadpisała. Nie dam rady przywrócić. - Cisza. - Ale słuchaj, naprawdę, po co ci to? Basia mówi, że mogłabyś częściej do nas wpadać zamiast się zamykać z tymi swoimi staruszkami. Olek pyta o babcię.

Olek. Mój wnuk. Pięć lat, oczy po Tadku. Oczywiście, że chciałam go widywać. Ale Basia - synowa - miała swój porządek. Wizyta babci to było coś, co się planowało z dwutygodniowym wyprzedzeniem, potwierdzało dzień wcześniej SMS-em i przeprowadzało w ściśle określonych godzinach, najlepiej w sobotę między dziesiątą a trzynastą, „bo potem Olek ma drzemkę".

Nie narzekam na Basię. Naprawdę. Ona jest porządna kobieta, dba o dom, o syna, o Marka. Ale czasem miałam wrażenie, że jestem w jej kalendarzu gdzieś między dentystą a przeglądem samochodu. I że Marek przejął od niej ten sposób myślenia: wszystko poukładane, wszystko pod kontrolą. Włącznie ze mną.

To nie zaczęło się od telefonu. Zaczęło się od kluczy. Pół roku wcześniej Marek zabrał mi zapasowy komplet kluczy do ich mieszkania. „Mamo, i tak dzwonisz przed przyjściem, więc po co ci klucze? Jeszcze zgubisz, to będziemy musieli wymieniać zamki". Potem były zakupy - Basia zaczęła zamawiać mi produkty przez internet, „bo po co masz dźwigać siatki, mamo, napisz listę, a ja zamówię". Napisałam raz, że chcę twaróg z Biedronki, ten w niebieskim opakowaniu. Przyjechał twaróg z Auchan, inny, jakiś ekologiczny. „Ten jest zdrowszy" - napisała Basia. Potem przyszedł telewizor - Marek wymienił mi stary na nowy, mądrzejszy, z pilotem jak z NASA. Pięćdziesiąt przycisków. „Mamo, tu masz Netflix, tu masz ten program zdrowotny, obejrzyj, zamiast siedzieć przy TVP". Nie umiałam wrócić do zwykłych kanałów przez dwa dni. Dzwoniłam do Marka pięć razy, za szóstym się zdenerwował.

Krok po kroku. Kawałek po kawałku. Jak obieranie ziemniaka - cienka skórka, ledwo widać, a na końcu zostajesz z gołym, bezbronnym środkiem.

Dwa tygodnie po tym, jak Marek uprościł mi telefon, szłam ulicą Zwycięzców i zobaczyłam panią Krysię. Stała przy kiosku, kupowała „Przyjaciółkę". Prawie się rozpłakałam.

- Halina! A gdzie ty się podziewasz? Dzwonię do ciebie, a tam głuchy telefon!

Usiadłyśmy na ławce. Opowiedziałam jej wszystko. O telefonie, o kluczach, o twarogu, o pilocie. Mówiłam i słyszałam, jak to brzmi - jak bzdury. Jak narzekanie starej kobiety na dobrego syna, który się o nią troszczy.

Ale pani Krysia nie powiedziała, że przesadzam.

- Halinko - powiedziała powoli, patrząc na mnie znad swoich okularów - on ci nie uprościł telefonu. On ci uprościł życie. Do siebie.

Siedziałam na tej ławce jeszcze długo po tym, jak pani Krysia poszła. Wpisałam jej numer do telefonu. Potem zadzwoniłam do Wandy - numer znalazłam w starej książce telefonicznej Tadka, która leżała na dnie szafki w przedpokoju. Wanda odebrała po pierwszym sygnale. „Halina! Myślałam, że mnie olałaś!"

Wieczorem długo patrzyłam na telefon. Trzy kontakty Marka i moje dwa nowe-stare. Myślałam o tym, co powiem synowi. Że mógłby oddać mi klucze. Że chcę sama kupować twaróg. Że nie potrzebuję, żeby ktoś wybierał za mnie, z kim mogę rozmawiać.

Albo może nic nie powiem. Może po prostu w środę o trzeciej zadzwonię do Wandy, a w piątek pójdę na gimnastykę z panią Krysią. I będę miała swoje życie obok tego, które Marek mi zaplanował.

Ale jest jedno pytanie, które nie daje mi spokoju. Marek naprawdę uważa, że robi to dla mojego dobra. I może częściowo ma rację - ja rzeczywiście gorzej widzę, gorzej chodzę, czasem zapominam, czy wzięłam leki. Może on po prostu się boi. Może widzi, jak się starzeję, i jedyne, co umie z tym zrobić, to uprościć. Zredukować. Zabrać to, nad czym nie ma kontroli.

Tylko że ja jeszcze żyję. I sama zdecyduję, ile ikonek potrzebuję.

Albo przynajmniej tak sobie powtarzam, patrząc na ten telefon z trzema kontaktami. Kto wie - może jutro Marek wpadnie z nowym pomysłem. Może wymieni mi zamek w drzwiach na taki z kodem, „żeby było bezpieczniej". I znowu będę musiała wybrać: powiedzieć mu prawdę czy pozwolić, żeby dalej mnie upraszczał.

Herbata wystygła. Za oknem na Gocławiu kwitły kasztany. Gdzieś w Piasecznie Wanda pewnie kończyła obiad. A ja siedziałam z telefonem w ręku i zastanawiałam się, czy syn, który odcina matkę od świata, robi to z miłości - czy ze strachu. I czy jest między tym jakakolwiek różnica.