
Po pogrzebie chciałam oddać telefon męża wnukowi. Wyczyściłam kontakty, został jeden - „Serwis pralki", bo pomyślałam, że się przyda. W środę „Serwis pralki" napisał: „Janku, czemu nie odbierasz od dwóch tygodni? Martwię się".
Siedziałam wtedy w kuchni, w tym samym miejscu, w którym siedziałam od trzydziestu ośmiu lat - przy stole pod oknem, z herbatą z cytryną w ręku. Telefon Janka leżał obok cukierniczki, już wyczyszczony, gotowy do oddania. Kiedy ekran się zaświecił, zerknęłam odruchowo. I świat się zatrzymał.
„Janku, czemu nie odbierasz od dwóch tygodni? Martwię się".
Serwis pralki. Serwis pralki się martwi o mojego męża.
Mój mąż nie żył od siedemnastu dni. Umarł cicho, we śnie, obok mnie - tak jak zawsze mówił, że chciałby odejść. Janek Kowalczyk, sześćdziesiąt osiem lat, emerytowany kolejarz z Poznania, człowiek, który przez całe życie wstawał o piątej, nawet w niedzielę. Człowiek, którego znałam lepiej niż siebie samą. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Odłożyłam herbatę. Wzięłam telefon do ręki. Wiadomość była krótka, ale ten ton - „Martwię się" - nie brzmiał jak wiadomość od serwisanta. Serwisant napisałby: „Dzień dobry, czy jest pan zainteresowany przeglądem?". Nie napisałby „Janku". Nie napisałby „martwię się".
Palce mi się trzęsły, kiedy przewinęłam wiadomości w górę. Był tam cały wątek. Dziesiątki wiadomości. Setki. Nie liczyłam, ale przewijałam, przewijałam, i nie mogłam dojść do początku. Większość skasowanych - zostały tylko te z ostatnich dwóch miesięcy. Janek pewnie czyścił regularnie. Mój ostrożny, systematyczny Janek.
„Spotkamy się w czwartek jak zwykle?" - to Serwis pralki, sprzed trzech tygodni.
„Będę o 11. Halinka jedzie do Krysi na imieniny" - to Janek. Halinka to ja. Halina Kowalczyk, sześćdziesiąt pięć lat, emerytowana księgowa. I tak, pojechałam wtedy do Krysi na imieniny. Pamiętam, bo wiozłam sernik, który mi się nie do końca udał - trochę opadł na środku.
A Janek został „w domu". Miał rzekomo naprawiać kran w łazience.
Czytałam dalej. Wiadomości były ostrożne - żadnych wyznań miłosnych, żadnych czułości, które by mnie uderzyły jak obuchem. To było gorsze. Pisali do siebie jak ludzie, którzy się znają od lat. Naturalnie. Swobodnie. „Kupiłem ten ser, który lubisz". „Pogoda ładna, szkoda siedzieć w czterech ścianach". „Bolą mnie te kolana, ale przejdę się do ciebie".
Do ciebie. Przejdę się do ciebie.
Szukałam zdjęć - nic. Szukałam numeru - był zapisany pod „Serwis pralki", nic więcej. Żadnego imienia, żadnego adresu. Mój mąż, emerytowany kolejarz, który ledwo umiał wysłać SMS-a, potrafił najwyraźniej prowadzić podwójne życie z precyzją rozkładu jazdy pociągów.
Nie zadzwoniłam od razu. Nie byłam w stanie. Wyłączyłam telefon, schowałam go do szuflady pod rachunkami za prąd i poszłam podlać kwiaty na balkonie. Było ciepło, majowe popołudnie, sąsiadka z dołu trzepała dywanik na balkonie. Normalny dzień. Świat się nie zawalił. A powinien, prawda?
Przez dwa dni chodziłam jak cień. Robiłam to, co zwykle - zakupy w Biedronce, spacer do parku Sołackiego, rozmowa z córką Agnieszką przez telefon. „Mamo, jak się czujesz?". „Dobrze, córeczko, daję radę". Kłamałam. Nie dawałam rady. Ale nie dlatego, że tęskniłam za Jankiem - tęskniłam, oczywiście - ale dlatego, że nagle nie wiedziałam, za kim właściwie tęsknię.
W piątek wieczorem otworzyłam szufladę. Włączyłam telefon. Były dwie kolejne wiadomości od „Serwisu pralki".
„Janek, odezwij się proszę".
I potem: „Jeśli coś się stało, to ja nie mam jak się dowiedzieć. Nie znam nikogo z Twoich bliskich. Proszę".
To „proszę" mnie złamało. Nie złość, nie obrzydzenie, nie poczucie zdrady - zwykłe ludzkie „proszę" kogoś, kto nie wie, że człowiek, na którego czeka, już nigdy nie przyjdzie.
Usiadłam na łóżku - naszym łóżku, na którym Janek umarł - i zaczęłam pisać.
„Dzień dobry. Tu żona Janka. Janek zmarł osiemnastego kwietnia. Przepraszam, że dopiero teraz".
Odpowiedź przyszła po dwóch minutach.
„O Boże. O Boże. Nie. Przepraszam. Bardzo przepraszam. Nie wiem co napisać".
I po chwili: „Proszę mi wybaczyć, że piszę, ale... byliśmy przyjaciółmi. Nazywam się Zdzisław. Chodziłem z Jankiem do technikum kolejowego. Odnaleźliśmy się cztery lata temu na zjeździe absolwentów".
Przyjaciółmi.
Odpisałam: „Dlaczego Janek zapisał pana jako Serwis pralki?".
Cisza. Długa. Potem: „Bo się wstydził. Powiedział, że Pani nie lubi, jak on się z kimś spotyka. Że Pani uważa, że starzy ludzie nie powinni łazić po knajpach. Że Pani się martwi o jego zdrowie i że nie chce Pani denerwować. Więc wymyślił, że to serwisant, żeby mieć spokój".
Siedziałam z telefonem w dłoniach i czułam, jak twarz mi płonie. Bo to była prawda. Nie dokładnie tak, jak to przedstawił Zdzisław - bo Janek pewnie przerysował - ale w gruncie rzeczy prawda. Kiedy dwa lata temu Janek powiedział, że chce chodzić na piwo z kolegą ze szkoły, zrobiłam mu awanturę. Że w jego wieku po piwach? Z sercem? Po zawale? Że co ludzie powiedzą, emeryt łazi po knajpach? Że mamy wnuki, obowiązki, że ja siedzę w domu, a on sobie będzie hulał?
Janek wtedy zamilkł. Tak jak zawsze milkł, kiedy się kłóciliśmy. Wzruszył ramionami, powiedział „dobrze, Halinka, jak chcesz" i poszedł do łazienki naprawić kran. Ten sam kran, który potem naprawiał co czwartek.
Zadzwoniłam do Zdzisława następnego dnia. Rozmawialiśmy godzinę. Dowiedziałam się, że chodzili razem na ryby nad Wartę. Że Janek opowiadał mu o mnie - ciepło, z humorem, nigdy źle. Że Zdzisław jest wdowcem od sześciu lat i że Janek był jego jedynym bliskim człowiekiem. Że kiedy Jankowi dwa lata temu pogorszyło się z kolanami, to Zdzisław zawoził go do lekarza, bo nie chciał mnie „obarczać".
- Janek o pani bardzo dbał - powiedział Zdzisław na koniec. - Tak bardzo, że wolał kłamać, niż panią martwić.
Powinnam była poczuć ulgę. To nie była kochanka. Nie było zdrady, nie było drugiego życia. Był tylko starszy człowiek, który chciał raz w tygodniu napić się piwa z przyjacielem i musiał to robić w tajemnicy przed własną żoną.
Ale ja nie czułam ulgi. Czułam coś gorszego. Czułam, że przez trzydzieści osiem lat budowałam dom, w którym mój mąż nie mógł powiedzieć mi prostej rzeczy. „Idę na piwo ze Zdzisławem". Cztery słowa. I wolał wymyślić serwis pralki.
Agnieszka dzwoni codziennie. „Mamo, jak się czujesz?". Mówię, że dobrze. Że daję radę. Telefon Janka schowałam z powrotem do szuflady. Wnukowi dam swój stary.
Zdzisławowi napisałam jeszcze raz. Że może wpadnie kiedyś na herbatę. Że opowie mi o tych rybach nad Wartą. Że chciałabym usłyszeć o Janku, którego najwyraźniej nie znałam.
Nie odpisał.
Może się boi. A może ja powinnam się bać - tego, co jeszcze usłyszę o mężczyźnie, z którym przespałam trzynaście tysięcy nocy, a który swoje czwartki wolał spędzać z kimś, przed kim nie musiał udawać.