W moim telefonie są czterysta trzy zdjęcia: gołębie, pelargonie, wnuki, niebo nad blokiem. Mnie nie ma na żadnym - nie miał kto zrobić. W niedzielę pani z ławki powiedziała „proszę się uśmiechnąć" - uśmiechnęłam się.

I to było moje jedyne zdjęcie z ostatnich trzech lat. Zrobione przez obcą kobietę, której imienia nawet nie znam. Pokazała mi ekran - stałam tam w swoim beżowym płaszczu, z torbą z Biedronki w ręce, z uśmiechem, który wyglądał jak przeprosiny. Pomyślałam wtedy: Boże, Halina, kiedy ty zniknęłaś?

Zniknęłam powoli. Tak powoli, że sama tego nie zauważyłam.

Henryk odszedł siedem lat temu - nie od nas, od życia. Rak trzustki, cztery miesiące od diagnozy do końca. Córki przyjechały na pogrzeb, obie z mężami, z dziećmi. Ewa z Wrocławia, Kasia z Poznania. Blok na Bielanach nagle pękał w szwach, jak kiedyś na Wigilię. Potem wyjechały. I ja zostałam z mieszkaniem na trzecim piętrze, z emeryturą z ZUS-u, z pelargoniami na parapecie i z ciszą, która z tygodnia na tydzień robiła się głośniejsza.

Córki dzwoniły. Dzwoniły regularnie, tego nie mogę im odmówić. Ewa w każdy wtorek, Kasia w piątki, czasem w soboty. „Mamo, jak się czujesz? Mamo, jedz regularnie. Mamo, może byś wyszła na spacer?" Odpowiadałam, że tak, że dobrze, że wychodzę. I wychodziłam - do Biedronki po chleb i po twaróg, na ławkę pod lipą, gdzie siadałam z innymi starszymi kobietami, które też nie miały kto im zrobić zdjęcia.

Ale wtedy, w tę niedzielę, kiedy obca pani powiedziała „proszę się uśmiechnąć" i kliknęła, coś we mnie pękło. Wróciłam do domu, usiadłam w kuchni przy stole, na którym Henryk jadał swoje kanapki z szynką, i zaczęłam przewijać galerię w telefonie. Czterysta trzy zdjęcia. Liczyłam. Gołębie na balkonie - osiemdziesiąt siedem. Pelargonie - czterdzieści trzy. Wnuki - sto dwanaście, ale wszystkie przesłane przez córki przez ten komunikator. Niebo w różnych porach dnia - reszta. I ani jednego mojego zdjęcia. Jakbym była duchem we własnym życiu.

Tego wieczoru zadzwoniła Kasia. Piątek, jak zawsze.

- Mamo, co słychać?

- Kasiu - powiedziałam - czy ty masz jakieś moje zdjęcie?

Cisza. Długa, taka niezręczna.

- Mamo, no pewnie, że mam. Z pogrzebu taty chyba… Albo nie, z komunii Zosi. Czekaj, znajdę.

- Z komunii Zosi. To było pięć lat temu.

- No… tak. Mamo, ale czemu pytasz? Wszystko w porządku?

Nie powiedziałam jej wtedy prawdy. Powiedziałam, że w porządku, że po prostu tak sobie pomyślałam. Ale kiedy się rozłączyłam, siedziałam jeszcze długo przy tym stole. Patrzyłam na krzesło Henryka, które stoi naprzeciwko i którego nie przesunęłam ani o centymetr od siedmiu lat. I pomyślałam coś, co mnie samą przeraziło: że gdybym jutro umarła, moje córki nie miałyby nawet aktualnego zdjęcia do nekrologu.

Następnego dnia rano zrobiłam coś, czego nie robiłam od lat. Zadzwoniłam pierwsza.

- Ewa, chcę was odwiedzić.

- Mamo? Teraz? Ale… kiedy?

- W przyszły weekend. Mogę?

Ewa się ucieszyła. A przynajmniej tak brzmiała. „Oczywiście, mamo, Bartek się ucieszy, dzieci będą zachwycone!" Bartek to jej mąż. Dobry człowiek, spokojny, tylko że zawsze wygląda, jakby chciał być gdzie indziej. Ale dobrze - jadę.

Kupiłam bilet na intercity. Spakowałam torbę. Wzięłam sernik, bo Ewa zawsze lubiła mój sernik, ten na zimno, z budyniem. W pociągu siedziałam przy oknie i patrzyłam na pola, na te żółte rzepaki, i czułam się jak ktoś, kto ucieka z więzienia, choć nikt go nie pilnował.

We Wrocławiu na peronie stał wnuk Adaś, dziesięć lat, z kartką „BABCIA". Rozpłakałam się. On się przestraszył. „Babciu, co ci? Babciu?" - szarpał mnie za rękaw. „Nic, nic, kochanie - to ze szczęścia" - powiedziałam, a on patrzył nieufnie, bo dzieci wiedzą, kiedy dorośli kłamią.

Pierwszy dzień był piękny. Obiad, rozmowy, ogródek za domem, Ewa opowiadała o pracy w bibliotece, Bartek grillował kiełbaski. Wieczorem siedziałyśmy z Ewą w kuchni, piłyśmy herbatę z cytryną, i było prawie jak dawniej. Prawie.

Bo drugiego dnia usłyszałam, jak Ewa mówi do Bartka w sypialni. Nie podsłuchiwałam - ściana cienka, a ja wstawałam do łazienki.

- Ile ona tu zostanie? - zapytał Bartek.

- Nie wiem. Mówiła, że do niedzieli.

- To jeszcze cztery dni, Ewa.

- Wiem.

- Bo ja mam urlop, miałem garaż zrobić…

- To rób garaż. Mama poradzi sobie sama.

Ewa powiedziała to obronnym tonem, ale nie powiedziała: „To moja mama i cieszę się, że tu jest". Może to głupie, że zwróciłam na to uwagę. Może każda kobieta w moim wieku czyta za dużo między wierszami. Ale ja to usłyszałam i nie mogłam od-słyszeć.

Następnego ranka powiedziałam, że wrócę wcześniej. Że sąsiadka miała podlewać pelargonie, a nie podlała, bo dzwoniła i nikt nie odbiera. Wymyśliłam to na poczekaniu. Ewa nie protestowała zbyt mocno.

- Mamo, na pewno? Może chociaż do soboty?

- Nie, pojadę dziś. Spokojnie, dam radę.

Na dworcu Adaś znów stał z kartką, tym razem napisał „BABCIA WRÓĆ SZYBKO". Schowałam ją do torebki. Mam ją do dziś, między dowodem osobistym a legitymacją emeryta.

W pociągu powrotnym zrobiłam sobie zdjęcie. Pierwsze selfie w życiu. Wyszłam na nim zmęczona, z przekrzywionymi okularami, z tłem w postaci zagłówka siedzenia i kawałka okna. Ale byłam tam. Istniałam.

Wieczorem zadzwoniła Kasia.

- Mamo, Ewa mówi, że wyjechałaś wcześniej. Stało się coś?

- Nic się nie stało, córeczko.

- Mamo…

- Kasiu, mogę cię o coś prosić?

- No pewnie.

- Jak następnym razem przyjedziesz, zrób mi zdjęcie. Normalne, zwykłe, przy stole albo na balkonie. Żebym była.

Kasia milczała chwilę, a potem powiedziała cicho:

- Mamo, przepraszam.

Nie pytałam za co. Wiedziałam. Ona też wiedziała. I obie wiedziałyśmy, że przeprosiny to jeszcze nie zmiana.

Tamtą niedzielę spędziłam sama. Podlałam pelargonie, prawdziwe, te na parapecie. Usiadłam na balkonie z herbatą. Gołębie przyszły jak zwykle, bo karmię je od lat, mimo że sąsiad z czwartego piętro krzyczy, że brud. Wzięłam telefon i zrobiłam im zdjęcie. Czterysta piąte.

A potem odwróciłam aparat i zrobiłam czterysta szóste. Ze sobą. Z gołębiami w tle, z niebem nad blokiem, z pelargoniami po bokach. Z twarzą kobiety, która ma sześćdziesiąt pięć lat, emeryturę, dwie córki w innych miastach i krzesło naprzeciwko, na którym nikt nie siada.

Nie wiem, czy Kasia przyjedzie. Nie wiem, czy Ewa kiedyś powie Bartkowi, że matka w domu to nie problem do rozwiązania. Nie wiem nawet, czy ta pani z ławki jeszcze kiedyś mnie zobaczy. Ale wiem jedno - na tym zdjęciu się uśmiecham. I tym razem nie dlatego, że ktoś poprosił.