
Mama ma dziewięćdziesiąt siedem lat. Z jej trójki dzieci żyjemy dwoje - ja i brat z Gdyni. Brat „dzieli się opieką": telefon w pierwszą niedzielę miesiąca, piętnaście minut, głośnomówiący. Ja jeżdżę co czwartek: czeszę, czytam Sienkiewicza na głos. Mama myli już imiona, ale czwartki pamięta: „dziś przyjdzie ta moja". Ta jej. Co czwartek.
Ostatni czwartek marca zaczął się inaczej. W autobusie na Wolę zadzwonił telefon. Numer brata. Ryszard dzwoni poza pierwszą niedzielą - to jak alarm przeciwpożarowy w bloku, gdzie nigdy nic się nie pali. Odebrałam z sercem w gardle.
- Danuta, muszę z tobą porozmawiać o mamie - powiedział tym swoim rzeczowym tonem, jakby referował raport kwartalny. Bo Ryszard jest księgowym. Był księgowym. Teraz jest emerytem, który gra w brydża i chodzi na basen. - Chodzi o kwestie formalne. Notariusz mi powiedział, że powinniśmy uregulować pełnomocnictwo, zanim... no wiesz.
Wiedziałam. Zanim mama umrze. Ale Ryszard nigdy nie powie tego słowa. Mama umrze - to brzmi za bardzo jak coś, co wymaga obecności.
- Przyjedź, to pogadamy - odpowiedziałam. - Dawno nie widziałeś mamy.
Cisza. Potem to jego typowe chrząknięcie, które znam od sześćdziesięciu lat.
- Przyjadę w sobotę. Ale Danuta, to naprawdę trzeba załatwić. Mieszkanie jest na mamę, a w jej stanie żaden notariusz...
- W sobotę - powtórzyłam i się rozłączyłam.
Mam sześćdziesiąt trzy lata, od trzydziestu pracuję jako bibliotekarka w filii na Bielanach, choć od dwóch lat jestem już na emeryturze. Nadal pomagam na pół etatu, bo nie potrafię rano nie mieć dokąd iść. Mój mąż Tadeusz zmarł osiem lat temu - wylew, w warsztacie, między rozłożonym silnikiem a kubkiem niedopitej kawy. Mam córkę Kasię w Poznaniu i syna Marcina tu, w Warszawie, choć „tu" to za dużo powiedziane - Marcin żyje w swoim świecie programisty i widujemy się na Wigilię.
Ryszard jest ode mnie starszy o cztery lata. Przeprowadził się do Gdyni w osiemdziesiątym szóstym, za żoną Ireną, córką oficera marynarki. Irena zawsze uważała, że Warszawa to prowincja z pretensjami - takie miała poczucie humoru. Trzecie z nas, Kazio, nie dożył pięćdziesiątki. Wątroba. O tym się nie mówi na głos. Mama do dzisiaj ustawia mu nakrycie na Wigilię i nikt jej nie poprawia.
Nasz środkowy brat, pijący Kazio, był jedynym z trójki, który mieszkał z mamą do końca. Znaczy - do swojego końca. To on chodził do apteki, wynosił śmieci, robił za kierowcę do lekarza. Nie był idealny, ale był. Kiedy umarł, mama została sama w tym mieszkaniu na Woli, w bloku z wielkiej płyty, drugie piętro, winda zepsuta od zawsze. Miała wtedy osiemdziesiąt dwa lata i jeszcze gotowała sobie rosół w każdą niedzielę.
Piętnaście lat. Tyle jeżdżę do mamy co czwartek. Najpierw autobusem, potem tramwajem, potem kawałek piechotą pod górkę. Godzina w jedną stronę. Godzina z powrotem. Między nimi - trzy, cztery godziny, podczas których czeszę jej włosy (cienkie, białe, jak pajęczyna), czytam na głos, parzę herbatę z cytryną, sprawdzam, czy opiekunka Pani Jola nie pomija leków.
Kiedyś mama pytała: „Danusia, a Rysiek?". Przestała pytać jakieś pięć lat temu. Może zapomniała, że ma syna. A może po prostu przestało ją to boleć - jest taki etap, wiem to z doświadczenia, kiedy rana tak długo nie goi się, że wreszcie skóra po prostu twardnieje i już nie czujesz.
Ryszard przyjechał w sobotę Pendolino, jak zapowiedział. Przywióz teczkę z dokumentami, karton wedlowskich czekoladek i tę swoją szczególną energię człowieka, który chce szybko załatwić sprawę i wrócić do normalnego życia. Stał w przedpokoju mamy i rozglądał się, jakby widział to mieszkanie po raz pierwszy.
- Tu się nic nie zmieniło - powiedział.
Nie odpowiedziałam, że zmieniło się wszystko. Że kiedyś w tym przedpokoju stały trzy pary dziecięcych butów, a teraz stoi balkonik rehabilitacyjny i leży dywanik antypoślizgowy. Że meblościanka wciąż ta sama, ale za szkłem zamiast kryształów stoją pudełka z lekami podpisane flamastrem: RANO, OBIAD, WIECZÓR.
Mama siedziała w fotelu przy oknie. Kiedy weszliśmy, uniosła głowę i powiedziała:
- O, przyszła moja. A ten pan to kto?
Ryszard zamarł. Widziałam, jak mu drga mięsień przy wardze. Chciałam powiedzieć coś łagodzącego, ale - Boże, niech mi to wybaczy - przez ułamek sekundy poczułam coś strasznego. Satysfakcję.
- Mamo, to Rysiek. Twój syn - powiedziałam po chwili, kładąc mu rękę na ramieniu.
Mama przekrzywiła głowę, jak ptak, i popatrzyła na niego uważnie.
- Rysiek to dzwoni w niedzielę - oznajmiła z absolutną pewnością. - A dziś jest sobota.
Ryszard usiadł na brzegu kanapy. Otworzył teczkę, zamknął ją. Znowu otworzył. Ręce mu drżały. Nie od wzruszenia - od tego, że rzeczywistość nie pasowała do jego planu. Przyjechał załatwić pełnomocnictwo, a mama nie wie, kim jest.
- Danuta, porozmawiajmy w kuchni - powiedział cicho.
W kuchni, przy stole nakrytym ceratą w słoneczniki, Ryszard rozłożył dokumenty. Pełnomocnictwo notarialne, wycena mieszkania, jakieś wydruki z rejestru gruntów. Patrzył na mnie znad okularów i mówił o „zabezpieczeniu majątku", „kosztach opieki", „podziale po równo". Słuchałam i liczyłam w głowie: piętnaście lat razy pięćdziesiąt dwa czwartki, minus te, kiedy byłam chora - to jakieś siedemset wizyt. Siedemset razy herbata z cytryną. Siedemset razy „Ogniem i mieczem" od początku, bo mama i tak nie pamięta, gdzie skończyłyśmy.
- Po równo - powtórzyłam. - Rysiek, powiedz mi jedno. Kiedy ostatnio tu byłeś?
Nie odpowiedział od razu. Poprawił okulary.
- Sytuacja jest skomplikowana, mieszkam daleko, miałem problemy z kolanem...
- Trzy lata temu. Na pogrzebie sąsiadki z parteru. Wpadłeś na dwie godziny.
- Danuta...
- Nie kończ. - Wstałam i nastawiłam czajnik, bo potrzebowałam odwrócić się do niego plecami. - Nie chodzi mi o pieniądze. Chodzi mi o to, że mama ma w głowie dwie rzeczy: czwartki i niedzielne telefony. I z tych dwóch rzeczy rozpoznaje tylko czwartki.
Milczał. Czajnik bulgotał. Z pokoju dochodził głos mamy, która nuciła coś pod nosem - chyba kołysankę, tę samą, którą śpiewała nam wszystkim trójce.
- Mogę częściej dzwonić - powiedział w końcu.
Zalałam herbatę. Dwie szklanki, z cytrynami, jak mama lubi. Postawiłam przed nim.
- Możesz - powiedziałam. - Ale to nie o dzwonienie chodzi, Rysiek.
Wieczorem odprowadzałam go na przystanek. Szliśmy w milczeniu obok bloków, które pamiętają nas jako dzieci. Koło sklepu, którego już nie ma, Ryszard powiedział coś, czego się nie spodziewałam:
- Myślisz, że ona jest szczęśliwa?
Pomyślałam o mamie w fotelu, o jej cienkich włosach, o tym, jak mówi „ta moja" i jak jej oczy się zapalają w czwartki. Pomyślałam o Kaziu, którego nakrycie wciąż stoi na wigilijnym stole. O Ryszardzie, który za godzinę wsiądzie w pociąg do Gdyni i wróci do swojego brydża.
- Nie wiem - odpowiedziałam. - Ale czwartki pamięta. Może to wystarczy.
Ryszard kiwnął głową, wsiadł w tramwaj i odjechał. Dokumenty zostały u mamy na kuchennym stole, pod cukiernicą. Nie wiem, czy wróci po nie. Nie wiem, czy wróci w ogóle.
W najbliższy czwartek pojadę jak zwykle. Uczeszę mamę, zaparzę herbatę, otworzę Sienkiewicza na pierwszej stronie - bo mama i tak nie pamięta, a ja znam już te zdania na pamięć. I kiedy powie „przyszła moja", nic jej nie poprawię. Bo może w tym „moja" jest więcej prawdy niż we wszystkich dokumentach Ryszarda razem wziętych. A może po prostu tak sobie to tłumaczę, żeby nie musieć się zastanawiać, kto z nas dwojga bardziej potrzebuje tych czwartków.