
Na dziewięćdziesiąte ósme urodziny mamy rodzina machnęła ręką: „po co tort, przecież nawet nie zje". Zrobiłam wszystko: tort bezowy, świeczki, dwie żyjące koleżanki z dawnych lat, pan z akordeonem. Mama zdmuchnęła świeczki za drugim razem i śmiała się do łez. „Po co" nie pyta się przy życiu. Życie się świętuje, póki zdmuchuje.
Ale zanim do tego doszło, był grudzień i telefon od brata.
- Słuchaj, Bożena, ja w tym roku na urodziny mamy nie przyjeżdżam - powiedział Ryszard tym swoim tonem, jakby odwoływał wizytę u dentysty. - Danusia ma kolano, wiesz. Operacja dwudziestego stycznia, musi odpoczywać.
Wiedziałam, że Danusia ma kolano. Danusia miała kolano od trzech lat. Wiedziałam też, że Ryszard ma do Krakowa z Poznania trzy i pół godziny autem, a urodziny mamy wypadają osiemnastego lutego. Ale nic nie powiedziałam, bo mnie nauczono nie mówić. Mama nas tego nauczyła - „nie rób scen, Bożenko, ludzie mają swoje sprawy".
Potem zadzwoniła Jadzia, siostra. Jadzia mieszka we Wrocławiu, ma sklep z materiałami krawieckim i wiecznie nie ma czasu. „Mamo, przyjadę w marcu, dobrze? W lutym mam inwentaryzację, a Grzesiek się przeprowadza."
Grzesiek, jej syn, przeprowadzał się od dwóch lat - z jednego pokoju we Wrocławiu do drugiego pokoju we Wrocławiu. Ale to oczywiście wymagało obecności matki.
Zrozumiałam, że jeśli ja nie zorganizuję urodzin, to nikt ich nie zorganizuje. Że mama skończy dziewięćdziesiąt osiem lat w domu opieki na Podgórzu, z jedną pielęgniarką, która powie „sto lat" przy obiedzie, i z programem trzecim Polskiego Radia w tle. I że następnego dnia nawet nie będzie pamiętała, że miała urodziny, bo nikt jej nie da powodu, żeby pamiętać.
Mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzydziestu pracuję w księgowości w firmie budowlanej na Kazimierzu. Mąż Andrzej odszedł siedem lat temu - nie od nas, od życia. Rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do końca. Mam córkę Kasię, trzydzieści osiem lat, dwójka dzieci, mieszka na Ruczaju. Kasia jest jedyną osobą z mojej rodziny, która kiedy powiedziałam „zrobię mamie urodziny", odpowiedziała: „Dobrze, mamo. Powiedz, co kupić."
Reszta rodziny reagowała inaczej.
Ryszard przez telefon westchnął tak głośno, że słyszałam, jak Danusia w tle mówi „co znowu?". - Bożena, mama ma demencję. Ona nie wie, ile ma lat. Po co robić przedstawienie?
- Mama nie ma demencji - odpowiedziałam spokojnie. - Mama ma problemy z pamięcią krótkotrwałą. Ale jak zaśpiewasz jej „Hej, sokoły", to zaśpiewa z tobą wszystkie zwrotki.
- No to zaśpiewaj jej przez telefon - rzucił i się rozłączył.
Jadzia była łagodniejsza, ale równie nieobecna. „Bożenka, ja ci prześlę pieniądze na kwiaty, dobrze? Zamów coś ładnego, napisz, że od nas wszystkich." Od nas wszystkich. Jakby podpis na kartce zastępował obecność.
Zaczęłam planować w styczniu. Tort bezowy, bo mama całe życie robiła bezę na Wielkanoc i zawsze powtarzała, że to jedyne ciasto, które „nie kłamie" - albo wychodzi, albo nie. Zamówiłam go u Krysi, koleżanki z parafii, która piecze na zamówienie. Powiedziałam: dziewięćdziesiąt osiem świeczek. Krysia spojrzała na mnie i zapytała: „Zmieszczą się?". Zmieszczą się. Kupiłam dwa opakowania.
Potem zaczęłam dzwonić. Do pani Lucyny, dziewięćdziesięcioletniej, która z mamą chodziła do szkoły powszechnej w Nowym Sączu przed wojną. Pani Lucyna mieszka u córki w Wieliczce i kiedy usłyszała, powiedziała: „Dziecko, ja tam dojadę, choćby mnie na noszach nieśli." Drugą koleżanką była pani Zofia, osiemdziesiąt dziewięć lat, poznały się na kursie krawiectwa w pięćdziesiątym trzecim roku. Pani Zofia powiedziała: „Zaraz, Hela żyje? Matko Boska, to ja muszę nowe buty kupić!"
Został akordeonista. Kasia znalazła mi pana Tadeusza, emerytowanego nauczyciela muzyki z Nowej Huty. Siedemdziesiąt dwa lata, akordeon Weltmeister z siedemdziesiątego szóstego roku, repertuar od „Czerwonych maków" po „Szła dzieweczka". Powiedział, że za darmo zagra, bo jego matka też umarła samotna w domu opieki i żałuje, że nie zrobił jej takiego przyjęcia. Nie chciałam o tym myśleć. Wzięłam jego numer i odłożyłam słuchawkę.
Osiemnastego lutego, sobota. Przyjechałam do domu opieki o dziesiątej rano z tortem w dwóch pudełkach, świeczkami w reklamówce, balonami, obrusem w kwiaty i strachem, że mama mnie nie pozna. Bo tak się zdarza. Są dni, kiedy patrzy na mnie i mówi „dzień dobry", jakbym przyszła odczytać licznik. Są dni, kiedy chwyta mnie za rękę i mówi „Bożenka, a ty już taka duża".
Tego dnia otworzyła oczy, zobaczyła balony i powiedziała: „O Jezu, co wy kombinujecie?"
To był dobry dzień.
Pani Lucyna przyjechała z córką. Weszła o lasce, stanęła w drzwiach, zobaczyła mamę w fotelu i obie przez chwilę milczały. Jakby musiały się upewnić, że to naprawdę ta sama osoba - tamta dziewczynka z warkoczykami, tamta panna z potańcówki w Nowym Sączu. Potem pani Lucyna powiedziała: „Hela, ty się wcale nie zmieniłaś", a mama zaśmiała się i odpowiedziała: „Ty kłamiesz lepiej niż mój pierwszy mąż."
Pani Zofia przyjechała taksówką z Podgórza w nowych butach, jak obiecała. Przyniosła zdjęcie z kursu krawiectwa - osiem dziewczyn przy maszynach Singer, mama trzecia od lewej, z włosami zapiętymi pod chustkę. Mama wzięła zdjęcie, przyłożyła do oczu i powiedziała: „To ja? To niemożliwe. Ja byłam taka ładna?"
Byłaś, mamo. Byłaś.
Pan Tadeusz zagrał „Szła dzieweczka do laseczka". Potem „Hej, sokoły". Potem coś, czego nie znałam - jakąś melodię z Sądecczyzny, starą, chropawą. I mama zaczęła śpiewać. Cicho, łamiącym się głosem, z zamkniętymi oczami. Nie pamiętała, co jadła na śniadanie, ale pamiętała słowa piosenki sprzed osiemdziesięciu lat.
Kiedy wniesiono tort ze świeczkami - wszystkie dziewięćdziesiąt osiem, płonące jak mały pożar - mama patrzyła na nie długo. Za pierwszym razem nie dała rady zdmuchnąć. Zabrakło jej oddechu. Zobaczyłam, jak zaciska usta, jak zbiera powietrze, jak pani Lucyna ściska ją za rękę. Za drugim razem dmuchnęła. Nie zgasły wszystkie - może dwadzieścia zostało. Pomogłam. Nie musiała wiedzieć.
I wtedy się roześmiała. Śmiała się do łez, dosłownie - łzy leciały jej po policzkach, a ona się śmiała i powtarzała: „Ale cyrk, ale cyrk!"
Ryszard zadzwonił wieczorem. „I co, było warto? Mama pewnie jutro nie będzie pamiętać." Może nie będzie. A może będzie pamiętać śmiech i zapach bezy. A może nic nie będzie pamiętać i to w porządku, bo to nie dla jej pamięci to zrobiłam. Zrobiłam to, żeby w dniu, kiedy żyje, ktoś świętował, że żyje.
Jadzia przysłała kwiaty. Doręczono je dziewiętnastego, dzień po urodzinach. Na kartce było: „Kochanej Mamie - od dzieci." Postawiłam je na szafce obok łóżka mamy. Mama powąchała i powiedziała: „Ładne. Od kogo?"
- Od Jadzi i Ryszarda - powiedziałam.
- A, to miło. A czemu ich nie ma?
Na to pytanie nie odpowiedziałam. Są pytania, na które dziecko nie powinno odpowiadać za rodzeństwo. I są pytania, na które matka zna odpowiedź, nawet jeśli pamięć ją zawodzi.
Wracałam do domu tramwajem. Za oknem Kraków tonął w lutowej mżawce, ludzie kulili się w kurtkach, na Plantach stały nagie drzewa. Myślałam o Ryszardzie, o Jadzi, o tym, że może mieli rację - może mama jutro nie będzie pamiętać. Ale ja będę pamiętać. Pani Lucyna będzie pamiętać. Pan Tadeusz będzie pamiętać. I gdzieś w ciele mamy, w mięśniach policzków, które się śmiały, w płucach, które dmuchnęły te świeczki - tam zostanie ślad, nawet jeśli nie znajdzie słów.
Czasem myślę, czy powinnam powiedzieć Ryszardowi i Jadzi to, co naprawdę czuję. Że ich nieobecność jest jak te świeczki, których mama nie zdołała zgasić za pierwszym razem. Że ktoś musi pomagać dmuchać. Że kiedyś mama nie zdmuchnie żadnej i wtedy zostanie im tylko żal, że nie przyjechali - a żal jest tortem, którego nikt nie zje.
Ale może nie powiem. Może po prostu za rok znowu zamówię bezę u Krysi. Dziewięćdziesiąt dziewięć świeczek. Jeśli się zmieszczą.