W ankiecie przed bilansem była rubryka: „wsparcie bliskich: pełne / częściowe / brak". Długopis zawisł. Zakreśliłam „częściowe" - uczciwie. Doktor Maj spytała cicho: „czego brakuje do pełnego?". Obecności bez okazji - odpowiedziałam szybciej, niż pomyślałam. Zapisała w karcie. Medycyna zna już moje serce. Teraz zna i powód.

Wyszłam z przychodni na Żoliborzu o jedenastej, a na ławce przed wejściem siedziała kobieta mniej więcej w moim wieku i jadła bułkę z serem. Spojrzała na mnie, jakbym ją przyłapała na czymś wstydliwym. Uśmiechnęłam się. Ona też. I poszłyśmy w swoje strony - dwie obce kobiety po sześćdziesiątce, które pewnie w tych samych rubrykach zakreślają te same odpowiedzi.

Nazywam się Bożena. Mam sześćdziesiąt dwa lata, od trzech jestem na emeryturze - wcześniej prowadziłam księgowość w hurtowni budowlanej na Bemowie.

Mąż Ryszard, mechanik, zmarł osiem lat temu na zawał. Syn Marcin ma trzydzieści pięć lat, mieszka z żoną Patrycją i dwójką dzieci we Wrocławiu. Córka Agnieszka - trzydzieści dwa lata, singielka, Warszawa, Mokotów, dwadzieścia minut ode mnie autobusem. Dwadzieścia minut. Zapamiętajcie tę odległość.

Bo to właśnie o tych dwudziestu minutach jest ta historia.

Bilans zdrowia zlecił mi kardiolog po ostatnim badaniu. Arytmia, podwyższone ciśnienie, coś z zastawką - nic dramatycznego, ale wystarczająco dużo, żeby lekarka z poradni geriatrycznej chciała porozmawiać nie tylko o wynikach krwi. Doktor Maj była młoda, może trzydziestoparoletnia, ale miała sposób słuchania, jakby miała sto lat doświadczenia. Nie przerywała. Nie kiwała głową mechanicznie. Patrzyła i czekała.

- Pani Bożeno, jak wygląda pani typowy tydzień? - spytała, zanim jeszcze otworzyła wyniki.

Opisałam. Poniedziałek - zakupy na targu przy Marymonckiej. Wtorek - gimnastyka dla seniorów w domu kultury. Środa - nic szczególnego, sprzątanie, gotowanie na zapas. Czwartek - czasem kino, częściej serial. Piątek - spacer, jeśli pogoda. Weekend - działka ROD od maja do września. Zimą - książka, herbata, telefon do Marcina w niedzielę o osiemnastej.

- A córka? - spytała doktor Maj, przeglądając moje wcześniejsze notatki. - Mieszka blisko?

- Dwadzieścia minut autobusem.

- Widujecie się często?

Zawahałam się. I właśnie to wahanie było początkiem czegoś, co mnie potem nie puszczało przez tygodnie.

- Na święta. Na moje imieniny. Czasem na Dzień Matki, jeśli nie zapomni. Dzwoni w niedziele, ale krótko, bo zawsze gdzieś pędzi.

Doktor Maj nie skomentowała. Tylko wtedy podsunęła mi tę ankietę z rubryką o wsparciu bliskich.

Nie powiedziałam jej wszystkiego. Nie powiedziałam, że Agnieszka ostatni raz była u mnie w mieszkaniu w styczniu, na imieninach, i wyszła po półtorej godziny, bo „musiała jeszcze wpaść do znajomych". Nie powiedziałam, że kiedy w marcu wywróciłam się na oblodzonym chodniku i skręciłam kostkę, nie zadzwoniłam do niej, tylko do sąsiadki Teresy z trzeciego piętra. Bo wiedziałam, że Teresa przyjdzie. A z Agnieszką musiałabym najpierw wytłumaczyć, dlaczego to takie pilne, potem wysłuchać, że „mamo, trzeba było uważać", a na końcu i tak pojechałaby do apteki dopiero następnego dnia.

Nie powiedziałam też, że Marcin - choć daleko, we Wrocławiu - dzwoni co niedzielę punktualnie i pyta o ciśnienie, o leki, o to, czy hydraulik naprawił kran. A Agnieszka, te dwadzieścia minut autobusem, pisze SMS-y raz w tygodniu: „Cześć mamo, jak tam?", na który odpowiadam „Dobrze, a u ciebie?", i na tym się kończy.

Marcin przyjeżdża na każde Boże Narodzenie z rodziną. Patrycja pomaga mi lepić pierogi, wnuki biegają po mieszkaniu. Agnieszka przychodzi na Wigilię, siada, je, przegląda telefon, mówi „pyszny barszcz, mamo" i o dwudziestej drugiej wkłada kurtkę.

Kiedyś próbowałam z nią porozmawiać. Zadzwoniłam w środę, po prostu tak - bez okazji. Powiedziałam, że może wpadłaby na obiad w sobotę, zrobię gołąbki, te, które lubi.

- Mamo, w sobotę nie mogę, mam jogę i potem spotkanie. Może w następny weekend?

Następny weekend też się nie udał. I kolejny. Przestałam proponować.

Ryszard zawsze mówił, że Agnieszka jest „z innej gliny". Że kocha po swojemu, na dystans. Ja mu wierzyłam, bo chciałam wierzyć. Ale Ryszard nie żyje od ośmiu lat, a ja coraz częściej zastanawiam się, czy ta „inna glina" to nie jest po prostu obojętność, której nie chcę nazwać po imieniu.

Po wizycie u doktor Maj wracałam autobusem i minęłam przystanek przy bloku Agnieszki. Zobaczyłam jej okna na trzecim piętrze - zasłony zaciągnięte, choć był jasny, ciepły dzień. Przez chwilę miałam ochotę wysiąść, zadzwonić domofonem, powiedzieć: „Nie mam okazji. Przyszłam bez okazji. Mogę wejść?". Ale autobus ruszył, a ja zostałam na siedzeniu.

Teresa - sąsiadka, moja rówieśnica, wdowa jak ja - słuchała tego wieczorem przy herbacie i serniczku z Biedronki.

- Bożena, a powiedziałaś jej kiedykolwiek wprost, że ci brakuje? - spytała, mieszając łyżeczką.

- Nie wprost. Ale przecież to widać.

- Nie widać - powiedziała Teresa twardo. - Moja Kaśka też nie widziała, dopóki nie usiadłam i nie powiedziałam jej: „Córeczko, ja się boję samotności bardziej niż choroby". Płakała godzinę. Teraz przychodzi we wtorki bez zaproszenia.

Pomyślałam o tym wieczorem, leżąc w ciemnym pokoju. Za oknem szumiała lipa. Ryszard posadził ją, kiedy Agnieszka szła do pierwszej klasy. Teraz ma koronę większą niż nasz balkon.

Następnego dnia rano wyjęłam telefon. Napisałam do Agnieszki - nie „jak tam?", nie „co słychać?". Napisałam: „Agnieszko, byłam wczoraj u lekarza. Nic groźnego, ale chciałabym ci o tym opowiedzieć. Nie dlatego, że muszę. Dlatego, że chcę cię zobaczyć. Bez okazji. Kiedy możesz?"

Odpowiedź przyszła po czterech godzinach. Czytałam ją trzy razy, bo za pierwszym razem nie byłam pewna, czy dobrze rozumiem.

„Mamo, mogę w sobotę po południu. Ale napisz szczerze - co u lekarza?"

Sobota to za pięć dni. Mogłam poczekać. Mogłam napisać szczegóły. Zamiast tego odłożyłam telefon, podeszłam do okna i patrzyłam na lipę Ryszarda. Pąki już pękały, drobne, jasne listki wystawały spod brązowej łuski jak palce dziecka wychodzącego spod kołdry.

Nie wiem, co będzie w sobotę. Może Agnieszka przyjdzie i znów wyjdzie po półtorej godziny. Może powie „mamo, trzeba było wcześniej mówić". A może ja sam powiem jej to, czego nie umiałam powiedzieć doktor Maj - że obecność bez okazji to nie fanaberia starej kobiety, tylko jedyne lekarstwo, którego nie kupisz w aptece.

A może się okaże, że Agnieszka ma swoją wersję tej historii. I że jej dwadzieścia minut autobusem to odległość, której żadna z nas nie potrafiła pokonać pierwsza.

Długopis w przychodni zawisł nad „częściowe". Ale może powinnam była zapytać siebie, czy kiedykolwiek powiedziałam głośno, że chcę „pełne".