Przyszli z fachowcem i miarką: „przedzielimy ci salon ścianką - zostanie ci przytulna kawalerka, a resztę z osobnym wejściem wynajmiemy. Będziesz zarabiać!". Fachowiec mierzył, ja słuchałam. Potem podziękowałam fachowcowi za fatygę i opłaciłam mu dojazd - jedyny koszt tej inwestycji. Salon został w jednym kawałku. Wspomnienia też. Zarabiać będę spokojem.

Ale żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się o kilka miesięcy. Do dnia, w którym Ryszard odszedł. Nie od nas - po prostu odszedł. Cisza. Czwartek, dwunasta trzydzieści, telefon ze szpitala. Rozległy zawał. Mąż, z którym przeżyłam trzydzieści osiem lat, który jeszcze rano narzekał, że kawa za słaba, a drzwi na balkonie znowu się zacinają.

Przez pierwsze tygodnie nie czułam nic konkretnego. Taki odrętwiony bezruch. Sąsiadka Krysia przynosiła rosół, bo wiedziała, że sama nie ugotuję. Córka Magda dzwoniła codziennie z Wrocławia, syn Tomek wpadał co drugi dzień z żoną Agnieszką.

Wszyscy mówili: „Mamo, trzymaj się, mamo, dasz radę, mamo, jesteśmy". I byli. Naprawdę byli. Przez pierwsze dwa miesiące.

Potem życie wróciło do swojego rytmu. Magda miała dwoje małych dzieci, Tomek awans w firmie budowlanej, Agnieszka swoje sprawy. Telefony zrobiły się rzadsze - raz w tygodniu, potem raz na dwa tygodnie. Nie mam im tego za złe. Naprawdę nie mam. Mają swoje życie, a ja mam sześćdziesiąt jeden lat, emeryturę z ZUS-u po trzydziestu latach w księgowości i mieszkanie na Bielanach - trzypokojowe, z dużym salonem, w bloku z lat osiemdziesiątych.

To właśnie to mieszkanie stało się nagle tematem numer jeden.

Zaczęło się niewinnie. Tomek wpadł w niedzielę, usiadł przy stole w kuchni, ja stawiałam herbatę. Patrzył na mnie tak jakoś dziwnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale szukał odpowiednich słów.

- Mamo, zastanawialiśmy się z Magdą... No wiesz, to mieszkanie jest duże. Trzy pokoje na jedną osobę. Same rachunki ile kosztują.

- Daję radę - powiedziałam spokojnie, bo dawałam. Emerytura nie wielka, ale Ryszard zostawił trochę oszczędności, a ja nigdy nie byłam rozrzutna.

- No tak, ale pomyśl perspektywicznie. Mogłabyś wynająć jeden pokój. Albo dwa. Magda zna taką firmę, która pomaga to ogarnąć.

Pokiwałam głową, żeby temat zamknąć. Tomek wyszedł zadowolony. Myślałam, że to koniec. Nie był.

Tydzień później zadzwoniła Magda. Głos miała taki swój służbowy - energiczny, zdecydowany, jakby prezentowała projekt na zebraniu.

- Mamo, rozmawiałam z Tomkiem. Słuchaj, to naprawdę świetny pomysł. Wiesz ile ludzie płacą za pokój na Bielanach? Tysiąc pięćset, dwa tysiące. Mogłabyś mieć dodatkowe pieniądze, a poza tym nie byłabyś sama. Ktoś by mieszkał, ktoś by był obok.

- Córeczko, ja nie chcę kogoś obok. Mam Krysię piętro wyżej, mam sąsiadów, chodzę na spacery do parku.

- Ale mamo, bądźmy szczere. Tata nie żyje. Siedzisz w tym mieszkaniu sama. Po co ci salon, w którym nikt nie siedzi?

Zabolało. Nie dlatego, że Magda była złośliwa - nie była. Ale w tym salonie stoi fotel Ryszarda. Na parapecie jego kaktusy, które podlewam co dwa tygodnie, jak mnie nauczył. Na ścianie zdjęcie z naszego ślubu, rok osiemdziesiąty piąty, ja w sukni szytej przez mamę, on w pożyczonym garniturze. Na regale kryształowy wazon, prezent od teściowej, którego nigdy nie lubiłam, ale teraz nie jestem w stanie go ruszyć. Bo w tym wazonie jest Ryszard. W tym fotelu jest Ryszard. W każdym centymetrze tego salonu.

- Pomyślę - powiedziałam, żeby zakończyć rozmowę.

Dwa tygodnie ciszy. A potem przyszli oboje. W sobotę rano, bez zapowiedzi. Tomek, Agnieszka i mężczyzna w roboczych butach z żółtą miarką zwiniętą na pasku. Przedstawił się - pan Marek, fachowiec od remontów, kolega kolegi Tomka.

- Mamo, to nie zobowiązuje - powiedział Tomek w progu. - Po prostu pokażemy ci, jak to mogłoby wyglądać. Pan Marek zmierzy, policzy, a ty się zastanowisz.

Wpuściłam ich. Bo co miałam zrobić? Zamknąć drzwi przed własnym synem?

Pan Marek chodził po moim salonie jak po nieruchomości do wyceny. Mierzył ścianę od okna do drzwi. Stukał w tynk. Notował w telefonie. Agnieszka stała obok i tłumaczyła mi z entuzjazmem, jakby sprzedawała mi krem na zmarszczki w telezakupach.

- Proszę pani, tu by szła ścianka działowa. Lekka, z regipsów. Zostałby pani kawałek od strony kuchni - przytulna kawalerka, wszystko pod ręką. A ta część od strony przedpokoju - osobne wejście, można przerobić. Pokój z aneksem, łazienka jest blisko. Na Bielanach za coś takiego to ze trzy tysiące miesięcznie można wziąć. Pani Halino, to się samo spłaci!

Pani Halino. Synowa mówi do mnie po imieniu od dwóch lat, a ja wciąż nie mogę się przyzwyczaić.

Pan Marek mierzył. Agnieszka planowała. Tomek stał z rękami w kieszeniach i unikał mojego wzroku. A ja patrzyłam na żółtą miarkę rozciągniętą wzdłuż ściany, na której wisi zdjęcie ze ślubu, i myślałam o tym, jak Ryszard trzydzieści lat temu sam malował tę ścianę - poplamił całą podłogę i klął pod nosem, a potem powiedział: „Halinka, ten salon to będzie serce tego domu".

Serce domu. A oni chcą je przeciąć na pół regipsem.

Stałam i słuchałam. Nie przerywałam. Nie kłóciłam się. Kiedy pan Marek skończył mierzyć, kiwnęłam głową.

- Dziękuję panu za fatygę - powiedziałam. - Ile jestem winna za dojazd?

Pan Marek spojrzał na Tomka. Tomek na Agnieszkę. Agnieszka na mnie.

- Mamo, ale... co z tym remontem?

- Nie będzie remontu - powiedziałam. Spokojnie, bez złości, bez łez. - Salon zostaje taki, jaki jest.

Cisza. Ta gęsta, rodzinna cisza, w której każdy czeka, aż ktoś inny powie coś trudnego.

- Ale mamo, finansowo to ma sens - zaczęła Magda przez telefon, bo oczywiście Agnieszka natychmiast do niej zadzwoniła. - Pomyśl o przyszłości. A jeśli zachorujesz? A jeśli emerytura nie wystarczy? Nie możesz siedzieć w pustym mieszkaniu i...-

- Mogę - przerwałam jej. - Właśnie to mogę.

Opłaciłam panu Markowi trzydzieści złotych za paliwo. Podał mi rękę, uśmiechnął się ze zrozumieniem - chyba widywał takie sytuacje. Odprowadził się sam.

Tomek stał jeszcze chwilę w przedpokoju. Chciał coś powiedzieć, widziałam. W końcu powiedział tylko: „Dobrze, mamo. Jak uważasz".

Nie powiedział tego ciepło. Ale powiedział. I wyszedł.

Wieczorem zrobiłam sobie herbatę z cytryną, usiadłam w salonie na kanapie naprzeciwko fotela Ryszarda. Cisza. Ale inna niż ta po telefonie ze szpitala. Lżejsza. Moja.

Wiem, co myślą. Że jestem uparta. Że sentyment przesłania mi rozsądek. Że trzypokojowe mieszkanie dla jednej kobiety to rozrzutność, a pieniądze z wynajmu mogłyby mi zapewnić opiekę, gdybym jej kiedyś potrzebowała. Może mają rację. Może za pięć lat pożałuję. Może za dziesięć będę leżeć w tym salonie i nikt nie przyjdzie, bo salon jest za duży na jedną osobę, a dzieci za daleko.

Ale dzisiaj ten salon jest mój. Cały. W jednym kawałku. Z kaktusami, z wazonem, z plamą po farbie na parkiecie, którą Ryszard zasłonił dywanem. Ze wszystkim, co w nim było i czego już nie ma.

Magda dzwoni rzadziej. Tomek nie wpadł od trzech tygodni. Agnieszka przysłała SMS-a z linkiem do artykułu o samotnych seniorkach i kosztach opieki. Może to była troska. Może presja. Może jedno i drugie naraz.

Nie wiem, czy podjęłam dobrą decyzję. Wiem tylko, że podjęłam swoją.