Córka Henryka wpadła „przypadkiem" na obiad - z pytaniami jak z urzędu: jakie mam zamiary, co z majątkiem, czemu tak szybko. Odpowiedziałam uprzejmie: zamiary poważne - obiady, spacery, starość we dwoje; majątek - trzy pokoje i pies. Po przesłuchaniu podałam deser. Na pożegnanie dostałam dwa słoiki moich powideł. Śledztwo umorzono z braku zarzutów.

Ale zacznę od początku, bo ta historia zaczęła się nie od Henryka i nie od jego córki, tylko od jednego zdania, które wypowiedział mój syn Tomek na Wigilii, rok temu. Siedzieliśmy przy stole - ja, Tomek z żoną Agnieszką, moja wnuczka Zuzia, puste krzesło po Stefanie. Tomek nałożył sobie kapusty z grzybami, popatrzył na to krzesło i powiedział: „Mamo, może w przyszłym roku ktoś tu jednak usiądzie?"

Nie odpowiedziałam. Pokroiłam sernik. Stefan odszedł cztery lata temu - rak płuc, szybko, w trzy miesiące. Czterdzieści lat małżeństwa i nagle cisza tak gęsta, że słyszałam, jak tyka zegar w przedpokoju. Przez pierwsze dwa lata nie wychodziłam nigdzie poza sklep i cmentarz. Potem Lucyna z mojego piętra zaczęła mnie ciągnąć na gimnastykę dla seniorów w domu kultury przy Słowackiego. Poznań jest duży, ale nasze osiedle żyje jak wieś - wszyscy wszystko wiedzą.

Na tej gimnastyce, między przysiadami a rozciąganiem, zobaczyłam Henryka. Stał pod ścianą, niepewny, jakby ktoś go tu zostawił przypadkiem. Wysoki, trochę przygarbiony, w za dużej koszulce z napisem „Technikum Mechaniczne - Zjazd Absolwentów 2015". Miał sześćdziesiąt siedem lat i takie oczy, jakby ciągle szukał czegoś, co właśnie zgubił.

„Pani też pierwsza wizyta?" - zapytał, kiedy instruktorka kazała nam dobrać się w pary do ćwiczeń z piłką.

„Trzecia" - odpowiedziałam. „Ale wciąż nie wiem, po co tu przychodzę."

„To już wiemy tyle samo" - uśmiechnął się. I ten uśmiech - takie lekkie zdziwienie w kącikach ust, jakby sam siebie przyłapał na czymś niestosownym - tego uśmiechu nie zapomniałam przez resztę dnia.

Henryk był emerytowanym mechanikiem, wdowcem od sześciu lat. Jego Irena zmarła na serce, nagle, w niedzielny poranek - poszła po bułki i nie wróciła. Miał córkę Beatę, trzydzieści osiem lat, urzędniczkę w wydziale geodezji, i wnuka Filipa. O żonie mówił niewiele, ale zawsze z takim szacunkiem, jakby stała za jego plecami i słuchała. To mi się spodobało. Stefan też by chciał, żeby ktoś o nim tak mówił.

Zaczęło się niewinnie. Po gimnastyce kawa w Gałce Muszkatołowej przy rynku. Potem spacery nad Wartą - Henryk chodził wolno, bo kolano, ja chodziłam wolno, bo lubię patrzeć na kaczki. Pasowaliśmy do siebie tempem. A potem któregoś dnia, na ławce w parku Sołackim, Henryk położył mi rękę na dłoni i powiedział: „Bożena, ja nie chcę umierać sam. Ty chyba też nie."

Nie powiedział „kocham cię". Nie powiedział „bądź moja". Powiedział prawdę, prostą jak chleb. Miałam sześćdziesiąt trzy lata, artretyzm w prawej ręce i psa Borysa, który szczekał na listonosza. I pomyślałam: a dlaczego nie?

Tomek przyjął wiadomość spokojnie. „Mamo, jeśli jesteś szczęśliwa, to ja też" - powiedział przez telefon. Agnieszka przysłała emotikony z serduszkami. Zuzia zapytała, czy pan Henryk umie grać w Uno.

Problem zaczął się, kiedy Henryk powiedział Beacie.

Zadzwonił do mnie wieczorem, głos miał cichy, jakby mówił z szafy. „Beata... nie jest zadowolona. Mówi, że za szybko. Że mama dopiero co..."

„Henryk, twoja żona zmarła sześć lat temu."

„Wiem. Ale dla Beaty to zawsze będzie za szybko."

Rozumiałam to. Naprawdę rozumiałam. Kiedy Tomek kiedyś, jeszcze rok po pogrzebie Stefana, wspomniał o jakimś znajomym wdowcu, który „może by mnie odwiedził", trzasnęłam drzwiami tak, że odpadł kawałek tynku. Dzieci nie chcą widzieć rodziców z kimś nowym. Nie dlatego, że są złe. Dlatego, że boli.

Ale Beata nie trzasnęła drzwiami. Beata postanowiła przeprowadzić śledztwo.

Pierwszy telefon - uprzejmy, oficjalny. „Dzień dobry, pani Bożeno, jestem Beata, córka taty. Chciałabym panią poznać. Może wpadnę na obiad?" Zgodziłam się, bo co miałam powiedzieć? Ugotowałam rosół, kotlety mielone, sałatkę z pomidorów. Wyciągnęłam porcelanę po mamie - tę z niebieskim wzorem, której używam tylko na imieniny.

Beata przyszła z torbą, w której - jak się potem okazało - miała notatnik. Usiadła przy stole, zjadła pół talerza rosołu i zaczęła pytać. Ile zarabiam. Czy mam oszczędności. Jaka jest sytuacja mieszkaniowa. Czy zamierzam się przeprowadzić do taty, czy tata do mnie. Jak długo się znamy. Czy rozmawialiśmy o testamentach.

Słuchałam tego i miałam wrażenie, że jestem na przesłuchaniu w prokuraturze. Brakowało tylko lampy w twarz i protokołu.

Ale nie zdenerwowałam się. Bo patrzyłam na tę kobietę - trzydzieści osiem lat, zmęczona, z sińcami pod oczami, z obrączką, która kręciła się na za chudym palcu - i widziałam kogoś, kto się boi. Boi, że straci ojca. Boi, że jakaś obca kobieta zabierze jej to, co zostało po mamie. Boi, bo świat już raz zabrał jej coś nagle, w niedzielny poranek, między bułkami a powrotem do domu.

Więc odpowiedziałam spokojnie. Zamiary? Poważne - obiady, spacery, starość we dwoje. Majątek? Trzy pokoje w bloku na Winogradach i pies Borys, który je za trzech, ale nie liczy się jako majątek ruchomy. Na pytanie o testament powiedziałam, że jedyne, co zostawię po sobie, to przepis na szarlotkę i dwa regały książek - i że jeśli Beata chce, mogę jej zapisać w spadku oba.

Podałam szarlotkę. Beata zjadła dwa kawałki. Na pożegnanie oddałam jej dwa słoiki powideł śliwkowych, które robiłam jesienią z owoców z działki. Stałyśmy w drzwiach, ja w fartuszku, ona w płaszczu, i przez chwilę wyglądałyśmy chyba jak matka i córka po zwykłej niedzielnej wizycie.

„Smaczne te powidła?" - zapytał Henryk, kiedy zadzwonił wieczorem.

„Nie wiem. Ale śledztwo umorzono z braku zarzutów."

Zaśmiał się. Tym swoim cichym śmiechem, który brzmiał jak zdziwienie.

Minęły dwa miesiące. Henryk przychodzi do mnie na obiady w środy i soboty. Borys go polubił, co u Borysa graniczy z cudem. Tomek zaprosił nas obu na grilla. Zuzia nauczyła Henryka grać w Uno i przegrywa z nim regularnie.

A Beata? Beata milczy. Nie dzwoni, nie pisze. Henryk mówi, że to dobrze, że potrzebuje czasu. Ja nie jestem pewna. Czasami wieczorem, kiedy Henryk wychodzi, a ja zostaję z Borysem i ciszą, myślę o tym pustym krześle przy wigilijnym stole. I o tym, że w tym roku mogą przy nim siedzieć dwie osoby naraz - Henryk i duch jego żony, o której córka nie potrafi zapomnieć.

I nie wiem, czy powinnam prosić ją, żeby zapomniała.