
W rodzinie losujemy prezenty: „po jednym, mądrze". Mój dla synowej: szal, który podziwiała we wrześniu - trafiony. Mnie wylosował zięć: „nie zdążyłem, oddam po świętach". Minęło osiem tygodni. Szal widuję co niedzielę. Swojego losu - jeszcze nie.
Widzę go w każdą niedzielę na szyi mojej synowej. Miękki, w kolorze starego złota, z delikatną frędzlą, którą Agata co chwilę nakręca na palec. Kupiłam go we wrześniu, dzień po tym, jak razem wracałyśmy z targu na Starym Kleparzu i Agata stanęła przed straganem z paszmianami jak wryta. „O matko, jaki piękny" - powiedziała, dotknęła materiału i odłożyła go z powrotem. Zapamiętałam. Tak robię od zawsze.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata, mieszkam w Krakowie, na Krowodrzy, w bloku, w którym zajmuję to samo trzypokojowe mieszkanie od trzydziestu siedmiu lat.
Mąż Tadeusz odszedł pięć lat temu - nie od nas, po prostu odszedł, trzeci zawał. Córka Marta mieszka z mężem Konradem i dziećmi dwie przecznice dalej. Syn Bartek z Agatą - po drugiej stronie Wisły, na Podgórzu. To o Konradzie będzie ta historia. O moim zięciu, którego do niedawna uważałam za porządnego człowieka.
Losowanie prezentów to pomysł Marty sprzed czterech lat. „Mamo, nie stać nas na kupowanie dla wszystkich. Losujemy po jednym, ale porządnym. Nie za dwadzieścia złotych, tylko z głową. Coś, co tamta osoba naprawdę chce." Zgodziłam się. To ma sens. Napisaliśmy imiona na karteczkach, wyciągnęliśmy z miski babcinego salaterka - i od tamtej pory tak jest co roku. Pierwszego grudnia, na rodzinnej kolacji, ciągniemy losy. Zasada jest prosta: jeden prezent, przemyślany, bez ścigania się na kwoty.
W tym roku wylosowałam Agatę. Konrad wylosował mnie.
Tego samego wieczoru, kiedy jeszcze zmywałam naczynia po kolacji, Konrad podszedł do mnie w kuchni. Stał oparty o framugę, z rękami w kieszeniach, i powiedział: „Teściowa, kupię pani coś ekstra. Niech się pani nie martwi." Uśmiechnęłam się. Lubiłam go za to, że mówił „teściowa" z takim ciepłem, jakby to było zdrobnienie. Lubiłam go, kropka.
Wigilia przyszła jak co roku - pachniała bigosem, karpiem i choinką, którą Bartek przywiózł z tartaku. Przy stole dwanaście osób, łącznie z moją siostrą Lucyną i jej mężem. Prezenty tradycyjnie po kolacji, przed pasterką. Agata rozwinęła paczkę z szalem, przyłożyła do policzka i powiedziała: „Pani Bożenko, on jest jeszcze piękniejszy niż wtedy na targu." Objęła mnie. Naprawdę mnie to cieszyło.
Potem przyszła kolej na mój prezent. Konrad wstał, przejechał dłonią po karku i powiedział: „Teściowa, przepraszam. Nie zdążyłem. Oddam po świętach, słowo."
Marta zrobiła wielkie oczy. „Konrad, miałeś miesiąc" - syknęła, ale cicho, żeby dzieci nie słyszały. Machnęłam ręką. „Dajcie spokój, to tylko prezent. Odda po świętach, nie ma sprawy." Bo naprawdę tak myślałam. Boże Narodzenie, gorączka, sklepy, kolejki - rozumiem. Nie jestem osobą, która robi awanturę o prezent.
Styczeń minął. Nie wspomniałam. Nie chciałam być tą teściową, która wbija szpilki, więc czekałam, aż Konrad sam podniesie temat. Nie podniósł.
Na początku lutego byliśmy wszyscy na obiedzie u Marty. Agata przyszła w moim szalu - siedziała w nim przy stole, popijała herbatę, a frędzla zwisała jej z ramienia prosto do talerza z sernikiem. Konrad siedział naprzeciwko mnie, jadł, śmiał się, opowiadał o remoncie łazienki. Nawet na mnie nie spojrzał w sposób, który by sugerował, że pamięta.
A ja patrzyłam na niego i czułam coś dziwnego. Nie złość. Raczej takie powolne zdumienie, jak kiedy odkrywasz, że ktoś, kogo dobrze znasz, ma w sobie lukę, której wcześniej nie widziałaś.
„Konrad" - powiedziałam, kiedy Marta poszła do kuchni po kompot. „Pamiętasz o moim losie?"
Podniósł wzrok znad talerza. Przez ułamek sekundy widziałam, jak coś w nim pracuje - zaskoczenie, a może irytacja. „A, tak, teściowa. Kupię, kupię. Muszę jeszcze wymyślić co." I wrócił do rozmowy z Bartkiem o jakichś płytkach ceramicznych.
Wymyślić co. Miesiąc na wymyślenie, co kupić dla kobiety, którą znasz od ośmiu lat. Która pilnuje ci dzieci trzy razy w tygodniu. Która gotuje ci rosół, kiedy Marta jeździ na delegacje.
Wracałam do domu tramwajem i myślałam o Tadeuszu. Tadeusz nigdy nie zapomniał. Nawet kiedy pracował na dwie zmiany w zajezdni, nawet kiedy ledwo wiązał koniec z końcem - na imieniny zawsze stała na stole mała paczka. Czasem perfumy za trzydzieści złotych, czasem książka z bazarku. Raz, w osiemdziesiątym dziewiątym, dał mi suszarkę do grzybów - sam zrobił z jakiejś blachy i wentylatora. Brzydka jak noc, ale działała piętnaście lat. Nie o wartość chodzi. Chodzi o to, że ktoś o tobie pomyślał.
Kolejna niedziela. Obiad u mnie. Robiłam schabowe, surówkę z marchewki i kompot z jabłek. Dwanaście osób przy stole, bo znowu Lucyna z Romkiem. Agata w szalu. Konrad rozłożony na kanapie po obiedzie, telefon w ręku, nogi na pufie. Dzieci biegały po korytarzu.
Marta podeszła do mnie przy zlewie. „Mamo, widzę, że się gryziesz."
„Nie gryzę się."
„Gryziesz. Znam cię. Chodzi o ten prezent?"
„To nie chodzi o prezent, Marta."
Córka stała chwilę w ciszy, ścierką wycierając talerz, który już dawno był suchy. Potem powiedziała: „Wiem. Mnie też czasem nie szanuje."
To zdanie zawisło między nami jak dym z gasnącej świeczki. Nie rozwinęła. Ja nie zapytałam. Odłożyła talerz do szafki i wróciła do salonu.
Osiem tygodni minęło. Potem dziesięć. Szal widuję co niedzielę. Mojego prezentu nie ma i - jestem już prawie pewna - nie będzie. Konrad nie jest złym człowiekiem. Nie pije, nie krzyczy, naprawia dzieciom rowery, wozi Martę do lekarza. Ale jest w nim ta luka. Taki cichy komunikat: jesteś na liście, ale nisko.
Lucyna mówi, żebym mu powiedziała wprost. „Bożena, weź go na stronę i powiedz: Konrad, czekam." Ale ja nie chcę czekać na prezent wymuszony wyrzutami sumienia. Chcę, żeby ktoś pomyślał o mnie tak, jak ja pomyślałam o Agacie w tamten wrześniowy dzień na Kleparzu.
Wczoraj Marta zadzwoniła. „Mamo, w niedzielę przyjdziemy na obiad. Konrad mówi, że ma dla ciebie niespodziankę."
Odłożyłam telefon. Stałam w kuchni, patrzyłam przez okno na podwórko, na kasztanowiec, który właśnie puszcza pierwsze liście. I pomyślałam, że nie wiem, czy chcę tę niespodziankę przyjąć. Nie wiem, czy potrafię się uśmiechnąć, powiedzieć „dziękuję" i udawać, że te osiem tygodni nic nie znaczyły. Bo one znaczyły. Nie z powodu prezentu.
Z powodu wszystkiego, co ten brakujący prezent mi powiedział.