Rodzice nie dotarli na jasełka - „coś wypadło". Poszłam ja. Wnuk grał trzecią owcę: dwie kwestie i jedno „bee" z przytupem. Nagrałam całość. Rodzice obejrzeli piętnaście sekund: „a gdzie on właściwie jest?". U mnie na bisie - oglądamy co niedzielę przy kakao, owca dostaje brawa za każdym razem. Sława ma u babci stały repertuar.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się od jasełek. Zaczęła się od telefonu, który zadzwonił dziesięć minut przed przedstawieniem. Stałam już na korytarzu szkoły przy ulicy Kochanowskiego, między innymi babciami i dziadkami, bo rodziców - jak to zwykle bywa - było tam może z połowę. Kurtka rozpiętą, szalik zrzucony na ramię, w dłoni telefon. Na ekranie: „Kinga".
- Mamo, nie damy rady dojechać. Filipowi coś wypadło w pracy, a ja nie zdążę z Mokotowa. Przepraszam. Nagraj, dobrze?
Nie powiedziała, co konkretnie wypadło. Nie pytałam. Odkąd Kinga i Filip prowadzą razem tę swoją firmę - jakiś marketing internetowy, do dziś nie rozumiem tego do końca - wszystko im „wypada". Wypada spotkanie, wypada konferencja, wypada deadline, cokolwiek to jest. A ja stoję na szkolnym korytarzu i pachnę piernikami, bo przed wyjściem robiłam ciasto dla Kubusia na jutro.
- Dobrze, nagram - powiedziałam. I nagrałam.
Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt trzy lata, emerytowana księgowa z Wrocławia. Trzydzieści jeden lat przepracowałam w jednej firmie budowlanej, aż zamknęli oddział. Mąż Ryszard odszedł osiem lat temu - nie umarł, po prostu odszedł, do kobiety z sanatorium w Kołobrzegu, ale to inna historia na inny wieczór. Mam jedną córkę, Kingę, i jednego wnuka - Kubusia, sześć lat, pierwsza klasa, wielki fan dinozaurów i trzecia owca w jasełkach.
Kubuś wszedł na scenę w kostiumie z białego polaru, z uszami z filcu przyczepionymi do opaski na głowę. Jedno ucho się odczepiło jeszcze przed jego pierwszą kwestią. Nie przejął się tym. Stanął na swoim miejscu, między drugą owcą a osłem, i powiedział wyraźnie, patrząc prosto przed siebie: „A betlejemska gwiazda świeci nad nami!". Potem było to „bee" - głośne, z przytupem prawą nogą i taką miną, jakby to było najważniejsze słowo na świecie. Na widowni ktoś się zaśmiał. Ja nie. Ja miałam łzy w oczach i trzymałam telefon tak, żeby mu nie drżał obraz.
Drugie zdanie Kubusia było krótsze: „Chodźmy do żłóbka!". Powiedział je z takim przekonaniem, jakby naprawdę szedł do Betlejem, a nie do kartonu oklejonego złotym papierem. Potem się skłonił. Jeden głęboki ukłon, razem z innymi dziećmi. Ja klaskałam tak, że pani obok spojrzała z lekkim niepokojem.
Po przedstawieniu Kubuś podbiegł do mnie z rozpiętym polarem i jednym uchem w kieszeni.
- Babciu, widziałaś? Widziałaś moje „bee"?
- Widziałam, kochanie. Najlepsze „bee" jakie słyszałam w życiu.
- A mama? A tata?
Coś mi ścisnęło gardło. Nie kłamałam, ale nie powiedziałam całej prawdy.
- Mama i tata będą oglądać na filmiku. Nagrałam wszystko od początku do końca.
Kubuś pokiwał głową. Nie wyglądał na smutnego. Bardziej na - przyzwyczajonego. I właśnie to mnie zabolało najbardziej. Sześciolatek nie powinien być przyzwyczajony do tego, że rodziców nie ma na jasełkach.
Wieczorem wysłałam Kindze nagranie. Cały występ, jedenaście minut i dwadzieścia sekund. Odpisała po godzinie: „Dzięki mamo! Super, że poszłaś". Potem, jakieś dwadzieścia minut później: „Obejrzeliśmy z Filipem, ale nie możemy znaleźć Kubusia - a gdzie on właściwie jest?". Napisałam: „To ta owca z lewej, z jednym uchem". Przeczytane. Bez odpowiedzi.
Następnego dnia, w sobotę, Kubuś przyjechał do mnie na cały weekend. Kinga i Filip mieli jakieś szkolenie wyjazdowe. Albo targi. Nie pamiętam, bo to się zlepiło w jedną ciągłą litanię wyjazdów, szkoleń, „musimy", „nie mamy wyjścia", „to teraz albo nigdy".
W niedzielę rano zrobiłam kakao. Prawdziwe, z mleka, z łyżeczką miodu, tak jak robiła mi moja mama, Halina, w kuchni na Nadodrzu, czterdzieści pięć lat temu. Kubuś siedział przy stole w pidżamie z dinozaurami i machał nogami, bo nie sięgał do podłogi.
- Babciu, możemy obejrzeć moje jasełka?
Włączyłam nagranie na tablecie. I wtedy to się zaczęło. Kubuś oglądał siebie z takim zachwytem, z jakim dorosły człowiek nie potrafi na nic patrzeć. Kiedy na ekranie pojawił się ten przytup i „bee", krzyknął: „Jeszcze raz!". Puściłam od początku. Potem jeszcze raz. I jeszcze.
Od tamtej niedzieli mamy rytuał. Co tydzień, kiedy Kubuś jest u mnie - a jest coraz częściej, bo Kinga „potrzebuje luzu" - siadamy na kanapie, ja robię kakao, on przynosi koc, i oglądamy jasełka. Od początku do końca. Owca dostaje brawa. Kubuś klaszcze sam sobie, a potem kłania się przede mną, dokładnie tak jak na scenie. Ja mówię: „Brawo, trzecia owco!". On się śmieje. To jest nasz mały teatr.
Kinga powiedziała mi kiedyś przez telefon, w jednym z tych rozmów, kiedy słyszałam w tle stukanie klawiatury:
- Mamo, ty go rozpieszczasz tym ciągłym oglądaniem. To było jedno przedstawienie, a ty robisz z tego kult.
Nie odpowiedziałam od razu, bo musiałam policzyć do dziesięciu. Potem powiedziałam spokojnie:
- Kingo, on chce, żeby ktoś to widział. Żeby ktoś klaskał. Tylko tyle.
Cisza. Potem: „Muszę kończyć, oddzwonię". Nie oddzwoniła.
Nie mówię, że Kinga jest złą matką. Nie jest. Kubuś jest zadbany, najedzony, chodzi na pływanie i angielski. Ma pełen pokój zabawek, o jakich ja w jego wieku mogłam marzyć. Kinga go kocha - w to wierzę. Problem w tym, że kocha go trochę tak, jak się kocha kwiatek na parapecie. Podlewa, kiedy sobie przypomni, i jest szczerze zdziwiona, gdy więdnie.
Ryszard, mój były mąż, kiedyś tak samo kochał Kingę. Pracował, zarabiał, dawał pieniądze na zeszyty i wycieczki, ale na wywiadówki chodziłam ja. Na jasełka chodziłam ja. Na zakończenie roku chodziłam ja. A potem Kinga miała do niego pretensje, że jej nie zna, że nigdy go nie było, że „tata to obcy człowiek w domu". I teraz robi dokładnie to samo własnemu synowi. Widzę to tak wyraźnie, jakbym patrzyła na ten sam film puszczony od nowa - z innymi aktorami.
Próbowałam o tym rozmawiać. Raz, w lutym, przy obiedzie u nich na Mokotowie. Filip kręcił się po kuchni z telefonem przyklejonym do ucha, Kinga mieszała sos do makaronu i jednocześnie odpisywała na maile.
- Córeczko - zaczęłam ostrożnie - Kubuś za dwa tygodnie ma pokaz gimnastyczny. Przyjdziecie?
- Jasne, mamo. Wpisane w kalendarz.
Nie przyszli. Coś wypadło.
Teraz jest kwiecień. Kubuś przygotowuje się do szkolnego konkursu recytatorskiego. Wybrał wiersz o kocie, ćwiczy go u mnie na balkonie, bo „tam jest dobra kustyka" - tak mówi na akustykę. Zrobił sobie wąsy z czarnego papieru i doczepia je na taśmę klejącą. Pyta, czy nagram.
- Babciu, a potem będziemy oglądać w niedzielę? Tak jak owcę?
- Tak jak owcę - obiecuję.
Wczoraj wieczorem zadzwoniła Kinga. Tym razem bez stukania klawiatury w tle. Głos miała dziwny, trochę przyciśnięty, jakby coś ją bolało.
- Mamo, Kubuś wczoraj powiedział Filipowi, że chce zamieszkać u ciebie. Na stałe.
Milczałam.
- Mamo, słyszysz?
- Słyszę.
- To jest twoja zasługa, wiesz? Te kakao, te niedziele, te brawa - on myśli, że u ciebie jest lepiej.
Usłyszałam w jej głosie coś, czego się nie spodziewałam. Nie złość. Zazdrość. Czystą, surową zazdrość matki, która dowiaduje się, że jej dziecko woli kogoś innego. I chciałam powiedzieć: „Bo u mnie ktoś na niego patrzy". Ale nie powiedziałam. Ugryzłam się w język tak mocno, że poczułam smak krwi.
- Kinga, porozmawiamy o tym przy spotkaniu. Nie przez telefon.
- Dobrze. W sobotę?
- W sobotę.
Jest czwartek. Za dwa dni usiądę z córką w mojej kuchni na Kochanowskiego i będę musiała wybrać. Mogę powiedzieć jej prawdę - że Kubuś tęskni za obecnością, nie za zabawkami. Że powtarza schemat, który już raz zniszczył tę rodzinę. Że te piętnaście sekund, po których nie mogła znaleźć własnego syna na nagraniu, mówi więcej niż tysiąc słów. Mogę to powiedzieć i ryzykować, że córka zamknie się przede mną jak ostryga, tak jak zamknęła się przed Ryszardem piętnaście lat temu.
Albo mogę nalać herbaty, pogłaskać ją po ręce i powiedzieć: „Dasz radę, córeczko". I dalej nagrywać. I dalej klaskać. I dalej być tą widownią, którą Kubuś powinien mieć w swoich rodzicach.
Na tablecie wciąż jest nagranie z jasełek. Jedenaście minut i dwadzieścia sekund. Trzecia owca z jednym uchem, przytup i „bee", które zna na pamięć. Kubuś ogląda je już od trzech miesięcy i ani razu nie powiedział: „Wyłącz". Za to za każdym razem pyta: „Babciu, jeszcze raz?".
Jeszcze raz. Zawsze jeszcze raz. Bo czasem miłość wygląda dokładnie tak - jak jedno „bee" z przytupem i ktoś, kto chce je zobaczyć.