Ciotka Celina zostawiła mi pięć tysięcy. Rodzina rozplanowała je w godzinę: „dołożysz do naszej łazienki". Rozplanowałam szybciej: kurs tańca z Henrykiem, a za resztę - teatr dla całej rodziny w święta, rząd środkowy. Celina całe życie powtarzała: „na radość nie żałuj". Nie żałuję. Łazienka niech się składa sama.
Ale żeby to opowiedzieć od początku, muszę wrócić do dnia, kiedy zadzwonił telefon. Byłam akurat w kuchni, kroiłam cebulę do bigosu - nie tego świątecznego, tego zwykłego, czwartkowego. Henryk siedział w pokoju z krzyżówką i co chwilę wołał: „Jolka, stolica Urugwaju, dziewięć liter!" Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo na wyświetlaczu pojawił się numer Grażyny, mojej kuzynki z Wrocławia.
„Celina umarła" - powiedziała bez wstępów. Głos miała taki dziwny, jakby się spieszyła, żeby to z siebie wyrzucić. „Wczoraj w nocy. Sąsiadka znalazła ją rano."
Usiadłam na taborecie i patrzyłam na tę cebulę, pokrojoną w nierówne półksiężyce. Celina miała osiemdziesiąt jeden lat, mieszkała sama w kawalerce na Bielanach, chodziła do teatru co miesiąc i do kościoła co niedzielę.
I nie lubiła, kiedy ktoś ją żałował. „Jolka, ja żyję pełną piersią" - mówiła, kiedy dzwoniłam zapytać, czy jej czegoś nie potrzeba. A ja zawsze myślałam: skąd ta kobieta bierze tyle energii? Samotna, z niewielką emeryturą po pracy na poczcie, w mieszkaniu, w którym nie było telewizora, bo - jak twierdziła - telewizor ogłupia, a radio wystarczy.
Celina była młodszą siostrą mojej mamy. Mama umarła dwanaście lat temu i od tamtej pory to Celina dzwoniła do mnie w każde urodziny. Nigdy nie zapomniała. Przywoziła mi czekoladki z likierem, bo wiedziała, że sama sobie takich nie kupuję. „Na radość nie żałuj" - to było jej motto, jej mantra, jej sposób na życie. Powtarzała to przy każdym spotkaniu, jakby chciała, żebym wreszcie to zrozumiała.
Na pogrzeb przyjechała cała rodzina. Moja córka Patrycja z mężem Darkiem z Poznania, syn Marcin z Warszawy, kuzynka Grażyna, jej brat Bogdan. Staliśmy na Bródnie w deszczu, pod parasolami, a ksiądz mówił o wiecznym odpoczynku. Myślałam wtedy, że Celina nie chciałaby wiecznego odpoczynku. Celina chciałaby wiecznego tańca.
Tydzień po pogrzebie zadzwonił notariusz. Celina zostawiła testament - krótki, napisany odręcznie na kartce w kratkę. Kawalerkę na Bielanach zapisała Grażynie, bo Grażyna pomagała jej w ostatnich miesiącach z zakupami.
A mnie zostawiła pięć tysięcy złotych w kopercie, schowanej w szufladzie pod rachunkami za prąd. Dokładnie tam, gdzie Celina chowała wszystko ważne.
Notariusz dodał, że do koperty był dołączony liścik. Jeden zdanie: „Jolka, wydaj to na coś, co zapamiętasz". Przeczytałam to w tramwaju, wracając z kancelarii, i musiałam przycisnąć dłoń do ust, żeby nie rozpłakać się między obcymi ludźmi.
W domu powiedziałam Henrykowi. Pokiwał głową, objął mnie i zaparzył herbatę z cytryną. Nic nie mówił o pieniądzach. Henryk jest taki - czeka, aż sama zacznę. Trzydzieści osiem lat małżeństwa nauczyło go cierpliwości, której kiedyś nie miał. Cierpliwości, i tego, że moja cisza nie jest milczeniem, tylko myśleniem.
Problem zaczął się następnego dnia. Zadzwoniła Patrycja. „Mamo, słyszałam o ciotce Celinie. Wiesz, bo my z Darkiem remontujemy łazienkę i brakuje nam właśnie takiej kwoty. Mogłabyś dołożyć? Bo to przecież rodzina, prawda?"
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo godzinę później odezwał się Marcin: „Mamo, Patrycja mówiła, że dostałaś pięć tysięcy. To akurat tyle, ile potrzebujemy na kafelki i armaturę do ich łazienki. Wiesz, wspólny prezent od ciebie i taty byłby w sam raz".
Patrzyłam na telefon i czułam, jak mi robi gorąco na karku. Moje dzieci - które kocham nad życie, dla których oddałam dwadzieścia pięć lat pracy w księgowości w fabryce na Woli, dla których rezygnowałam z wakacji, z nowych butów, z fryzjera - moje dzieci w godzinę rozplanowały pieniądze, które zostawiła mi kobieta, której jeszcze nie zdążyłam opłakać.
„Henryk" - powiedziałam wieczorem, kiedy siedzieliśmy przy kolacji. „Pamiętasz, jak kiedyś chciałeś się nauczyć tańczyć? Na weselu Patrycji stałeś pod ścianą i powiedziałeś, że następnym razem to ty poprowadzisz walca."
Henryk odłożył widelec. „Pamiętam. Czternaście lat temu."
„Jest szkoła tańca na Mokotowie. Kurs dla par - dwanaście spotkań. Kosztuje tysiąc osiemset za dwoje."
Patrzył na mnie długo. Henryk ma sześćdziesiąt cztery lata, jest emerytowanym elektrykiem z czterdziestoletnim stażem, ma bolące kolana i niechęć do publicznych wystąpień. Ale tamtego wieczoru zobaczył coś w moich oczach, bo powiedział tylko: „A kiedy zaczynamy?"
Za resztę kupiłam bilety do teatru. Dwanaście sztuk - na spektakl w Teatrze Narodowym, na Wigilię. Dla Patrycji z Darkiem, dla Marcina z dziewczyną, dla Grażyny, dla Bogdana z żoną, dla nas z Henrykiem i dla dwójki wnuków, które są już wystarczająco duże, żeby siedzieć spokojnie. Rząd środkowy, miejsca obok siebie.
Kiedy powiedziałam Patrycji, zapadła cisza. Taka cisza, która mówi więcej niż krzyk.
„Mamo, ale my naprawdę potrzebujemy tej łazienki."
„Wiem, córciu. Ja naprawdę potrzebuję tego tańca."
Kolejna cisza. Potem Patrycja powiedziała coś, co mnie zabolało: „Celina by zrozumiała. Ona zawsze mówiła, że rodzina jest najważniejsza".
„Celina" - odpowiedziałam powoli - „mówiła, żeby nie żałować na radość. Nie na kafelki."
Patrycja się rozłączyła. Marcin napisał SMSa: „Mama, chyba przesadzasz". Bogdan milczał - on zawsze milczy. Grażyna zadzwoniła późnym wieczorem i powiedziała tylko: „Jolka, dobrze zrobiłaś. Celina by klaskała."
Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Naprawdę nie wiem. Czasem w nocy budzę się i myślę, że mogłam podzielić te pieniądze - trochę na łazienkę, trochę na coś dla siebie. Że kompromis byłby łatwiejszy. Że Patrycja ma prawo być zła, bo rzeczywiście potrzebuje tej łazienki. Że może jestem egoistką w swetrze po mamie, która zamiast pomóc własnym dzieciom, wydaje spadek na walca.
Ale potem patrzę na kartkę w kratkę, przypiętą magnesem do lodówki. „Jolka, wydaj to na coś, co zapamiętasz." I wiem, że kafelków nie pamiętałabym. Byłyby białe, prostokątne, takie jak u wszystkich. A pierwszy taniec z Henrykiem po trzydziestu ośmiu latach - to zapamiętam. Jego rękę na moich plecach, jego śmiech, kiedy się pomyli, zapach jego wody kolońskiej, tej taniej, którą kupuje w Rossmannie od lat.
Wczoraj byliśmy na pierwszych zajęciach. Henryk potknął się dwa razy, ja trzy. Instruktor - młody chłopak, może trzydziestoletni - powiedział: „Państwo mają naturalny rytm". Henryk się zarumienił jak chłopiec. Nie widziałam tego od lat.
Wracaliśmy tramwajem przez wieczorną Warszawę. Henryk trzymał mnie za rękę - co robi rzadko, bo nie jest z tych czułych publicznie. A ja myślałam o Celinie, o jej kawalerce bez telewizora, o jej biletach do teatru kupowanych z emerytury, o tym, jak na osiemdziesiąte urodziny poszła sama na koncert Chopina i powiedziała potem, że to był najlepszy prezent, jaki sobie dała.
Patrycja się nie odzywa od tygodnia. Łazienka pewnie jakoś się złoży - dołożą z kredytu, pożyczą od Darka rodziców, rozłożą na raty u hydraulika. Łazienki zawsze się jakoś składają.
Ale czy moja córka mi wybaczy, tego nie wiem. I czy ja powinnam ją przeprosić - tego też nie wiem.
Wiem tylko, że w przyszłą środę idziemy z Henrykiem na drugie zajęcia. I że Celina gdzieś tam klaska.