Na każde święto robię stroiki dla trzech domów: wieńce adwentowe, palmy, koszyczki - „nikt nie uwije jak ty". W Niedzielę Palmową byłam w Dębkach; palmę miałam jedną, własną, kupioną pod kościołem od koła gospodyń. Rodzina wzięła swoje z marketu - „plastik, ale z daleka wygląda". Z daleka to i ja wyglądam. Z bliska bywam rzadziej.
Stałam przed tym kościołem w Dębkach, z palmą w ręku, i nagle poczułam coś dziwnego. Ulgę. Czystą, bezwstydną ulgę, że nie muszę dziś dostarczać trzech palm, dwóch koszyczków i jednego uśmiechu na zawołanie. Wiatr pachniał morzem i mokrym piaskiem. Pomyślałam: kiedy ostatnio oddychałam tak spokojnie?
Mam na imię Bożena, choć w rodzinie mówią na mnie Bożenka - zawsze zdrobnienie, jakbym była wiecznie mała, wiecznie gotowa do pomocy. Sześćdziesiąt dwa lata, z czego czterdzieści spędzone na robieniu rzeczy dla innych. Nie mówię tego z pretensją. A może mówię. Sama już nie wiem.
Zaczęło się niewinnie, jak wszystko, co potem wyrasta na monstrum. Kiedy w osiemdziesiątym ósmym roku wyszłam za Tadeusza, jego mama - pani Jadwiga - postawiła sprawę jasno. „Bożenka, ty masz złote ręce, to widać. U nas w rodzinie zawsze kobieta dba o oprawę świąt." Tadeusz pokiwał głową, jakby to było oczywiste jak to, że po obiedzie pije się kompot. A ja, dwudziestodwuletnia krawcowa z Poznania, przytaknęłam z dumą. Bo to był komplement, prawda?
Pierwszy wieniec adwentowy zrobiłam w grudniu osiemdziesiątego ósmego. Z gałązek świerkowych, które Tadeusz przyniósł z lasu za torami. Cztery świece, szyszki, kokardka z resztki satyny. Pani Jadwiga wzięła go w ręce, obejrzała i powiedziała: „No, ładnie. Zrobisz jeszcze jeden dla Tereski?" Teresa to siostra Tadeusza. Zrobiłam. Potem doszedł brat Andrzej. Trzy domy. Trzy wieńce adwentowe. Trzy palmy wielkanocne. Trzy koszyczki ze święconką. Trzy zestawy stroików bożonarodzeniowych na stół.
Przez pierwsze lata robiłam to z przyjemnością. Naprawdę. Lubiłam siedzieć wieczorami przy stole, z nożyczkami, drutem florystycznym, bibułą. Córki - Marta i Kasia - bawiły się obok, podawały mi wstążki. Tadeusz czytał gazetę i mówił: „Ładne, Bożenka." To wystarczało.
Ale potem pani Jadwiga zaczęła porównywać. „Teresa dostała z ostrokrzewem, a u nas bez? Bo co, gorzej nas traktujesz?" Albo: „Andrzej mówił, że jego koszyczek był mniejszy." Zaczęłam robić identyczne, odmierzane co do centymetra, żeby nikt się nie czepił. Na Wielkanoc wstawałam o czwartej, żeby zdążyć z trzema koszyczkami przed siódmą. Tadeusz spał.
„Mamo, przecież nikt cię nie zmusza" - powiedziała mi Marta jakieś pięć lat temu, kiedy w Wigilię zasnęłam przy stole, bo do drugiej w nocy kończyłam stroiki na trzy stoły wigilijne. Miała rację. Nikt mnie nie zmuszał. Nikt też nie zapytał, czy chcę. To było po prostu oczywiste. Jak kompot po obiedzie.
Tadeusz umarł trzy lata temu. Zawał na działce. Pomidory zostały niepodlane, a ja zostałam z trzema domami, które wciąż czekały na swoje stroiki. Myślałam, że po jego śmierci coś się zmieni. Że ktoś powie: „Bożenka, odpuść sobie w tym roku, sama dasz radę?" Nikt nie powiedział. Teresa zadzwoniła w październiku: „Bożenka, pamiętasz o wieńcach? W tym roku chcę z eukaliptusem, widziałam na Pintereście."
Na Pintereście. Teresa, która całe życie myliła jemiołę z jałowcem, nagle miała wizję z Pinterestu. Kupiłam eukaliptus. Za osiemdziesiąt złotych. Ze swoich pieniędzy, bo o pieniądzach nikt nigdy nie mówił. Stroiki były „od Bożenki" - jakby to była moja radość, mój prezent, moje powołanie.
Prawda jest taka, że przestałam lubić te stroiki gdzieś koło dwa tysiące dziesiątego roku. Dwanaście lat robiłam coś, co mnie męczyło, w milczeniu. Bo jak powiedzieć rodzinie, że to, z czego cię znają, co o tobie mówią, co cię w ich oczach definiuje - to już nie jest twoje? Że ręce bolą, plecy sztywnieją, a na sam widok drutu florystycznego robi ci się niedobrze?
W lutym tego roku Kasia - moja młodsza córka, ta rozsądniejsza - przysłała mi link do pensjonatu w Dębkach. „Mamo, pojedziesz nad morze? W marcu jest tanio. Odpoczniesz." Spojrzałam na kalendarz. W marcu jest Niedziela Palmowa. Trzy palmy do zrobienia: dla Teresy, dla Andrzeja, dla domu. Palmy, które zabierają tydzień pracy - suszenie kwiatów, barwienie, plecenie.
Zarezerwowałam pensjonat na tydzień obejmujący Niedzielę Palmową. Ręce mi się trzęsły, kiedy klikałam „potwierdź rezerwację". Jakbym robiła coś nielegalnego.
Zadzwoniłam do Teresy. „Tereso, w tym roku nie będzie palm ode mnie. Jadę nad morze." Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam, jak Teresa przetwarza informację, że świat nie działa tak, jak powinna.
„Jak to nie będzie? A Andrzej? A dziewczynki?" Dziewczynki - to moje wnuczki. Mają osiem i jedenaście lat i szczerze powiedziawszy, wolą tablety niż palmy.
„Kupicie w markecie" - powiedziałam i sama się zdziwiłam, jak spokojnie to zabrzmiało.
Teresa się obraziła. Andrzej napisał SMS-a do Marty: „Co jest z matką? Wszystko OK?" Jakby wyjazd nad morze był objawem choroby. Marta odpisała: „Dajcie jej spokój." Kasia zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Dobrze robisz, mamo." Ale w jej głosie usłyszałam niepokój. Bo przecież mama, która nie robi stroików, to mama, która się zmienia. A zmiana w rodzinie to zawsze zagrożenie.
W Dębkach było pusto i pięknie. Morze szare, niebo białe, piasek zimny pod stopami. Chodziłam po plaży godzinami. Jadłam rybę w smażalni, piłam herbatę w pensjonacie, czytałam książkę - pierwszą od lat przeczytaną do końca. W Niedzielę Palmową poszłam do kościoła. Przed wejściem stały panie z koła gospodyń wiejskich. Sprzedawały palmy - drobne, kolorowe, pachniały suszem i lawendą. Kupiłam jedną za piętnaście złotych. Trzymałam ją w kościele i myślałam, że jest najpiękniejszą palmą, jaką kiedykolwiek miałam w ręku. Bo była jedyna. Tylko moja.
Po mszy dostałam zdjęcie od Marty. Rodzinne selfie sprzed kościoła w Poznaniu. Marta, Kasia, Teresa, Andrzej, wnuczki, wszyscy z palmami. Plastikowymi, z Biedronki chyba, z tymi sztucznymi kwiatkami, co się kruszyły. Podpis: „Brakuje Cię, mamo!" I emotikon serduszka.
Patrzyłam na to zdjęcie długo. Wyglądali normalnie. Szczęśliwie nawet. Palmy były brzydkie, ale oni się uśmiechali. Świat się nie zawalił bez moich stroików. A ja nie wiedziałam, czy mnie to cieszy, czy boli.
Wróciłam do Poznania w środę. Na wycieraczce leżała kartka od Teresy: „Bożenka, wpadnij na kawę, pogadamy o Wielkanocy." O Wielkanocy. Czyli o koszyczkach. Trzy koszyczki, serwetki haftowane, baranki z masła, chrzan domowy. Cały rytuał.
Kartka leżała na wycieraczce, a ja stałam z walizką w ręku i kluczem w zamku. Mogłam ją podnieść i następnego dnia pójść do Teresy, usiąść przy jej stole i powiedzieć: „Dobrze, pokaż mi, co chcesz w koszyczku w tym roku." Mogłam też przekroczyć tę kartkę, wejść do mieszkania i zamknąć drzwi.
Klucz obrócił się w zamku. Popchnęłam drzwi stopą. Kartka od Teresy wsunęła się pod próg - połowa w korytarzu, połowa na klatce.
Leży tam do dzisiaj.