Nowa „przyjaciółka" z uniwersytetu trzeciego wieku: miesiąc kawy, komplementów, „też wdowa, rozumiem panią". W przychodni usłyszałam, jak tym samym zdaniem, słowo w słowo, zagaduje inną samotną panią. Tydzień później „zaprosiła nas na pokaz" - garnki za cztery tysiące. Poszłyśmy całą grupą z UTW: zjadłyśmy poczęstunek, wygrałam quiz, nie kupiła żadna.
Ale zanim do tego doszło, naprawdę ją polubiłam. I to jest w całej tej historii najgorsze.
Poznałam Renatę we wrześniu, na pierwszych zajęciach z historii sztuki na uniwersytecie trzeciego wieku w Poznaniu. Usiadła obok mnie, zanim zdążyłam położyć torebkę na sąsiednim krześle. Pachniała fiołkowym kremem - takim z Ziaji, rozpoznałam od razu, bo sama go kupuję w Rossmannie. „Wolne?" - zapytała, a ja skinęłam głową. Po wykładzie zaproponowała kawę na dole, w bufecie. Powiedziała, że jest nowa w mieście, przeprowadziła się z Kalisza po śmierci męża. Że córka namówiła ją na UTW, bo „mamo, musisz wyjść do ludzi".
Zrozumiałam ją natychmiast. Mój Tadeusz odszedł cztery lata temu, rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Cztery lata, a wciąż rano wyciągam z szafki dwa kubki, zanim się zorientuję. Sześćdziesiąt trzy lata, trzydzieści osiem lat małżeństwa, dwójka dorosłych synów w Warszawie - i cisza w mieszkaniu na Ratajach, od której czasem dzwoni w uszach. Więc kiedy Renata powiedziała „też wdowa, rozumiem panią" - poczułam ulgę, jakby ktoś wreszcie zdejmował mi z ramion mokry płaszcz.
Przez następne tygodnie spotykałyśmy się regularnie. Kawa po zajęciach, spacer nad Wartą, raz nawet kino - jakiś włoski film, którego żadna z nas do końca nie zrozumiała, ale śmiałyśmy się potem dobre pół godziny. Renata miała dar. Słuchała tak, jakby to, co mówisz, było najważniejszą rzeczą na świecie. Pochylała głowę, marszcząła brwi, powtarzała ostatnie słowa zdania - „naprawdę? trzy miesiące bez telefonu od synowej?" - i człowiek czuł się wysłuchany. Widziany.
„Grażynka, pani ma taki piękny uśmiech" - mówiła czasem. „Pani mąż musiał być szczęściarzem."
Nikt mi czegoś takiego nie powiedział od lat.
Pierwsza rysa pojawiła się w październiku. Siedziałyśmy w poczekalni u mojego lekarza rodzinnego na Wildzie - umówiłyśmy się na herbatę po mojej wizycie, Renata czekała na mnie w korytarzu. Poszłam do łazienki. Wracając, usłyszałam jej głos zza rogu, przy rejestracji. Rozmawiała z jakąś panią w bordowym płaszczu - drobną, siwą, z laską opartą o krzesło.
„Też wdowa, rozumiem panią" - powiedziała Renata. Tym samym tonem. Z tym samym pochyleniem głowy.
Stanęłam jak wryta. Nie chodziło tylko o te słowa. Chodziło o całą konstrukcję. „Przeprowadziłam się po śmierci męża, córka mnie namówiła, żebym wyszła do ludzi." Słowo w słowo. Jakby ktoś odtworzył nagranie.
Pani w bordowym płaszczu uśmiechnęła się nieśmiało, zaczęła opowiadać o swoim mężu. Renata słuchała z tym swoim zmarszczeniem brwi. Powtarzała ostatnie słowa zdań.
Poczułam coś dziwnego. Nie gniew - jeszcze nie. Raczej zimno. Takie samo, jak wtedy, gdy znalazłam rachunek za telefon Tadeusza i zobaczyłam dwadzieścia pięć połączeń z tym samym numerem. Wtedy okazało się, że to kolega z działki ROD, nic złego. Ale to zimno - instynkt, który mówi „sprawdź" - zapamiętałam na zawsze.
Nie powiedziałam Renacie, co widziałam. Poszłyśmy na herbatę. Ona gadała o wykładzie z przyszłego tygodnia, ja uśmiechałam się i myślałam: a może przesadzam? Może po prostu jest samotna, szuka kontaktu, powtarza się, bo to jedyny sposób, jaki zna, żeby zacząć rozmowę. Ludzie tak robią. Ja sama mam trzy anegdoty o Tadeuszu, które opowiadam każdemu nowemu znajomemu.
Tydzień później Renata zaprosiła mnie na „cudowny pokaz" - nowe garnki, zdrowe gotowanie, poczęstunek gratis. Powiedziała to lekko, jakby proponowała kolejny spacer. „Grażynka, pani tyle gotuje dla synów, jak przyjeżdżają, pani musi to zobaczyć." Zapytałam gdzie. Powiedziała adres - hotel Andersia, sala konferencyjna. Brzmiało poważnie.
Ale coś we mnie nie dawało spokoju. Zadzwoniłam do Hani, koleżanki z kursu angielskiego na UTW. Hania ma sześćdziesiąt osiem lat, jest byłą nauczycielką i ma radar na bzdury jak nikt inny.
„Garnki?" - Hania parsknęła. „Grażyna, to akwizycja. Moja siostra w Krotoszynie dała się na to nabrać, cztery tysiące za zestaw, który w Lidlu kosztuje trzysta złotych."
„Ale ona mówi, że to nie sprzedaż, tylko prezentacja…"
„One zawsze mówią, że to nie sprzedaż. A potem jest quiz, nagroda, aplauz, atmosfera jak na weselu, i biedna pani podpisuje umowę, bo wstyd odmówić przy wszystkich."
Powinnam była odmówić. Zamiast tego zrobiłam coś innego. Następnego dnia na UTW opowiedziałam o zaproszeniu - głośno, przy kawie, całej naszej grupie. Osiem kobiet, wiek od pięćdziesięciu dziewięciu do siedemdziesięciu trzech. Lucyna, Bożena, Jadwiga, Krysia, Ewa i reszta. Powiedziałam wprost: „Renata zaprasza na pokaz garnków, idę, ale chcę iść w grupie, bo nie zamierzam nic kupować i chcę mieć świadków."
Bożena, emerytowana księgowa z trzydziestoletnim stażem, uśmiechnęła się szeroko. „Grażynka, ja idę. Poczęstunek gratis? To ja im jeszcze quiz wygram."
I poszłyśmy. Dziesięć kobiet plus Renata. Sala w hotelu, białe obrusy, tacki z mini kanapkami, sok w dzbankach. Młody chłopak w garniturze mówił o nanotechnologii i „inwestycji w zdrowie rodziny". Pokazywał garnki, które „same gotują, same oszczędzają, same zmieniają życie". Cztery tysiące osiemset złotych za zestaw. Ale dziś, tylko dziś, specjalna cena - cztery tysiące równo.
Był quiz. Wygrałam termos. Bożena wygrała patelnię. Lucyna dostała blender za „najlepszą odpowiedź z sali".
A kiedy przyszedł moment na „kto chce skorzystać z wyjątkowej oferty" - cisza. Piękna, solidna, poznańska cisza. Dziesięć kobiet patrzyło na chłopaka w garniturze z uprzejmymi uśmiechami i żadna nawet nie drgnęła w stronę długopisu.
Renata siedziała z boku. Widziałam, jak bielały jej palce zaciśnięte na torebce. Nie patrzyła na mnie.
Po wyjściu z hotelu nikt nie wspomniał o garnkach. Bożena mówiła o patelni, którą dostała - „przyda się na działce do jajecznicy". Krysia żartowała, że termos to najlepsza nagroda, bo będzie nosiła w nim herbatę na cmentarz w listopadzie.
Renata szła z tyłu. Dogoniłam ją przy przystanku.
„Pani wiedziała" - powiedziała cicho. Nie jak pytanie.
„Wiedziałam."
Milczała chwilę. Potem odwróciła się i zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam. Nie złość. Zmęczenie. Takie głębokie, stare, wżarte w twarz jak zmarszczki.
„Myśli pani, że ja to lubię?" - szepnęła. „Cztery tysiące za garnki, ja dostaję trzysta od sztuki. Trzysta złotych, Grażynka. Za miesiąc kawy, uśmiechów i słuchania, jak komuś jest źle."
Nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że rozumiem? Nie byłam pewna, czy rozumiem. Że jej nie winię? Nie byłam pewna, czy nie winię.
Autobus przyjechał. Renata wsiadła, ja zostałam na przystanku z termosem w reklamówce i dziwnym uczuciem w piersi - jakby ktoś otworzył szufladę, w której trzymałam porządnie złożone emocje, i teraz leżały rozsypane, pogniecione, nie do ułożenia z powrotem.
Na następnych zajęciach z historii sztuki krzesło obok mnie było puste. Renata nie przyszła ani w tamten czwartek, ani w kolejny. Nikt o nią nie pytał. Jakby wyparowała.
Czasem myślę o tych trzystu złotych. O tym, jak musiała się przed kimś rozliczyć z nieudanego pokazu. O tym, czy fiołkowy krem i pochylanie głowy to naprawdę tylko technika - czy może gdzieś pod spodem była prawdziwa Renata, która rzeczywiście straciła męża i rzeczywiście była samotna, i po prostu nie umiała tego inaczej.
A czasem myślę o tej pani w bordowym płaszczu z przychodni. Czy ktoś ją też uprzedził. Czy wygrała quiz. Czy podpisała umowę.
Kubek Tadeusza stoi w szafce na swoim miejscu. Rano wyciągam jeden.