Do pani Lodzi chodziłam czterdzieści lat - czesała mnie na wesela i na pogrzeby. Umarła w maju. Do zakładu weszłam z ciężkim sercem, przy lustrze stała młoda. „Pani Aniela? Babcia zostawiła zeszyt. Pani strona: trwała, dwa palce, grzywki nie ruszać."

Zeszyt był zwykły, w kratkę, z zieloną okładką - taki, jakie się kupuje dzieciom do szkoły. Ale kiedy ta dziewczyna go otworzyła i pokazała mi stronę z moim imieniem, poczułam, jakby ktoś chwycił mnie za gardło. Pani Lodzia pisała drobnym, pochyłym pismem, takim samym, jakim podpisywała mi rachunki przez te wszystkie lata.

Obok notatek o mojej fryzurze był dopisek ołówkiem: „Aniela - zawsze przynosi ciastka z kremem. Nie lubi, jak się mówi o wnukach, bo sama nie ma."

Nie lubi, jak się mówi o wnukach.

Przeczytałam to zdanie trzy razy. Poczułam, jak krew napływa mi do twarzy. Dziewczyna - przedstawiła się jako Patrycja - stała za mną z grzebieniem i patrzyła na mnie w lustrze, niepewnie, jakby nie wiedziała, czy zrobiła dobrze, pokazując mi te zapiski.

- Babcia prowadziła ten zeszyt od lat osiemdziesiątych - powiedziała cicho. - Każda klientka ma swoją stronę. Fryzura, uwagi, czasem daty. Chciała, żebym wiedziała, jak się z kim obchodzić.

Jak się z kim obchodzić. Pani Lodzia wiedziała. Wiedziała lepiej niż moja własna siostra, lepiej niż koleżanki z pracy w księgowości, z której odeszłam na emeryturę pięć lat temu. Przez czterdzieści lat siadałam w tym fotelu mniej więcej co pięć tygodni, czyli jakieś czterysta razy, i za każdym razem mówiłam jej rzeczy, których nie mówiłam nikomu.

A teraz jej nie było. I zostałam ze swoją stroną w zeszycie.

- Herbaty? - zapytała Patrycja. Skinęłam głową. Robiła ją dokładnie tak samo jak babcia - w szklance, z cytryną, z łyżeczką cukru. Pewnie to też było w jakimś zeszycie.

Zaczęła mnie czesać. Miała lżejsze ręce niż pani Lodzia, ale ten sam nawyk - najpierw przeczesywała włosy na sucho, powoli, od końcówek. Milczałyśmy. Zakład wyglądał prawie tak samo jak kiedyś - ta sama wykładzina w kolorze łososiowym, te same sztuczne fiołki na parapecie, tylko lustro było nowe i leciała inna muzyka, coś z radia, czego nie znałam.

- Babcia dużo o pani mówiła - odezwała się Patrycja, owijając mi włosy na wałki. - Mówiła, że pani jest twardsza, niż sama myśli.

Zagryzłam wargę. Twardsza, niż sama myślę. To brzmiało jak pani Lodzia. Ona nigdy nie dawała rad wprost, nigdy nie powiedziała „powinnaś to zrobić" albo „on się nie zmieni". Mówiła przez lustro, jakby do siebie, a ja słuchałam i po jakimś czasie myślałam, że to moje własne myśli.

To ona powiedziała mi kiedyś, przeczesując mokre włosy: „Niektóre kobiety rodzą dzieci, a niektóre wychowują cudze. I jedne, i drugie mają potem czyste sumienie." Powiedziała to w roku dziewięćdziesiątym piątym, kiedy przyszłam do niej zupełnie rozbita, bo lekarz potwierdził to, co podejrzewałam od lat - z Andrzejem dzieci nie będzie. Nigdy.

Andrzej przyjął to lepiej, niż się spodziewałam. A może gorzej - przyjął to milczeniem. Nie krzyczał, nie płakał, nie mówił „znajdziemy sposób". Powiedział tylko: „To co, na działkę jedziemy w sobotę?". I pojechaliśmy. I tak jakoś jechaliśmy dalej, rok za rokiem, on ze swoimi silnikami w warsztacie, ja ze swoimi fakturami w księgowości. Działka ROD na Bielanach, auto, majówki, Wigilia we dwoje z karpiem i z telewizorem.

Ale ten dopisek pani Lodzi - „nie lubi, jak się mówi o wnukach, bo sama nie ma" - ugryzł mnie w samo serce. Bo to nie było do końca prawdą. Nie chodziło o wnuki. Chodziło o to, że moja siostra Bożena miała ich czworo i nigdy nie potrafiła o tym mówić bez tego specjalnego tonu. „Oj, Aniela, ty to masz spokój. My z Jurkiem to nie wiemy, gdzie ręce włożyć, bo Kacperek ma angielski, Zuzia ma balet, a Oliwka…" I tak dalej. Godzinami. Przez telefon, przy stole na imieninach, na cmentarzu w Zaduszki - wszędzie.

Pani Lodzia wiedziała. Pamiętam, jak kiedyś przyszłam do niej dzień po Wigilii u Bożeny. Byłam wściekła, bo szwagier Jurek powiedział przy stole: „Aniela, to weź chociaż naszego Kacperka na wakacje, bo ci się będzie nudzić na tej emeryturze." Wszyscy się śmiali. Andrzej też. Wtedy w zakładzie pani Lodzia tylko pokiwała głową i powiedziała: „Ludzie się śmieją, bo nie wiedzą, że bolą."

I nic więcej. Nie trzeba było nic więcej.

Patrycja skończyła ustawiać wałki i posadzała mnie pod suszarką. Siedziałam w ciepłym szumie i myślałam o tym zeszycie. O tym, że pani Lodzia go zostawiła wnuczce, jak instrukcję obsługi ludzi. I że to było zarazem piękne, i trochę przerażające - bo ile tam było takich dopisków? Ile sekretów, półsłówek, domysłów zebranych przez czterdzieści lat słuchania?

Kiedy Patrycja zdjęła mi wałki i zaczęła rozczesywać loki, zapytałam wprost:

- Czytałaś cały zeszyt?

Zawahała się. Widziałam to w lustrze - na ułamek sekundy opuściła wzrok.

- Nie cały - powiedziała. - Babcia kazała mi czytać tylko te strony, które są potrzebne do pracy. Reszta jest… prywatna. Mówi… mówiła, że fryzjerka to jak lekarz. Nie powtarza.

- Ale ty to przeczytasz kiedyś - powiedziałam. To nie było pytanie.

Patrycja milczała. Szczotka zatrzymała się na moment nad moim uchem. Potem znów zaczęła czesać, spokojnie, równo.

- Nie wiem - przyznała w końcu. - Babcia tego nie zabroniła. Ale też nie pozwoliła.

Andrzej umarł dwa lata temu, po udarze. Szybko, bez cierpienia, przynajmniej tak powiedzieli lekarze. Pochowałam go na Wólce, w kwaterze obok jego rodziców. Pani Lodzia czesała mnie na ten pogrzeb - upięcie, lakier, czarne spinki. Nic nie powiedziała wtedy o Andrzeju, ale kiedy skończyła, położyła mi ręce na ramionach i stałyśmy tak chwilę, w milczeniu, patrząc na siebie w lustrze. Dwie starsze kobiety, które wiedziały już, że niektóre straty się nie wyrównują.

Teraz patrzyłam na Patrycję. Miała może dwadzieścia pięć lat, cienkie nadgarstki, szybkie ruchy. Wyglądała jak pani Lodzia sprzed trzydziestu lat - te same ciemne oczy, ten sam nawyk odgarniania włosów z czoła wierzchem dłoni.

- Ładnie czesiesz - powiedziałam.

Uśmiechnęła się. Był w tym uśmiechu cały zakład, cała historia - wałki, suszarki, zielony zeszyt, herbata z cytryną.

Zapłaciłam. Przy drzwiach się odwróciłam.

- Patrycja?

- Tak?

- Ten dopisek o wnukach - popraw go. Napisz, że pani Aniela nie ma wnuków, ale lubi o nich słuchać. - Zawahałam się. - Przynajmniej chce spróbować lubić.

Wyszłam na ulicę. Maj pachniał lipą i spalinami. Dotknęłam włosów - trwała, dwa palce, grzywki nie ruszać. Idealnie. Tak jak przez ostatnie czterdzieści lat.

Tylko że teraz nie wiedziałam, czy to są jeszcze ręce pani Lodzi, czy już kogoś zupełnie nowego.