Na sylwestra rodzina planowała „skromnie u nas - przyniesiesz uszka i sałatkę, mamo?". Klub wynajął salkę z DJ-em, składka pięćdziesiąt. O 00:03 oddzwoniłam na czwarte nieodebrane połączenie córki: „gdzie ty JESTEŚ?!" - „Na parkiecie. Sałatka w lodówce, kartka na drzwiach". Rok zaczęłam od walczyka.
Ale od początku. Bo ten sylwester nie wydarzył się nagle - dojrzewał we mnie od miesięcy, jak ciasto na zakwasie, powoli, w cieple, bez mojej pełnej zgody.
Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt dwa lata, od trzech na emeryturze po trzydziestu latach pracy w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej w Poznaniu. Mąż Ryszard umarł siedem lat temu - zawał, nagle, w warsztacie, przy naprawie kosiarki sąsiada. Został mi blok na Ratajach, córka Magda z mężem Darkiem i dwójką dzieci, syn Tomek w Anglii, i kalendarz, w którym wszystkie ważne daty obracały się wokół potrzeb innych ludzi.
Wigilia - u Magdy. Wielkanoc - u Magdy. Dzień Matki - Magda wpadnie z kwiatami, jeśli Darek skończy wcześniej zmianę. Imieniny wnuków, urodziny wnuków, komunia Zosi, wywiadówka Kuby, bo Magda ma nocną, a Darek znowu w delegacji. Byłam jak taki szwajcarski scyzoryk - w jednym narzędziu babcia, opiekunka, kucharka, sprzątaczka i bankomat na nagłe wydatki.
Nie narzekałam. Naprawdę. Kochałam te dzieci. Kochałam Magdę. Nawet Darka lubiłam, choć potrafił siedzieć przy stole i patrzeć, jak zmywam po obiedzie dla ośmiu osób, nie ruszywszy palcem. Ryszard by mu powiedział. Ja nie potrafiłam.
Wszystko zaczęło się psuć - albo raczej stawać na właściwe miejsce - w październiku. Hala, moja sąsiadka z czwartego piętra, wróciła z sanatorium w Ciechocinku odmieniona. Schudła pięć kilo, ufarbowała się na kasztanowo i opowiadała o jakimś Stefanie, z którym tańczyła fokstroty „do trzeciej w nocy, a potem kawy i gadanie do świtu".
- Bożena - powiedziała, patrząc mi prosto w oczy - ile razy w tym roku zrobiłaś coś dla siebie? Nie dla Magdy, nie dla wnuków, nie dla pamięci Ryśka. Dla siebie.
Otworzyłam usta. Zamknęłam. Otworzyłam znowu. I nic mi nie przyszło do głowy. Może ta wizyta u okulisty w sierpniu? Ale to przecież konieczność, nie przyjemność.
Hala zostawiła mi ulotkę - Klub Seniora „Złota Jesień" przy domu kultury na Wildzie. Zajęcia taneczne, wtorki i czwartki. Schowałam ją pod stos rachunków za prąd w kuchennej szufladzie. Wyjęłam po tygodniu. Pojechałam w następny wtorek.
Pan instruktor, Bogdan, sześćdziesiąt osiem lat, były nauczyciel wuefista, prowadził zajęcia z takim ciepłem, że nawet moje drewniane nogi jakoś się rozkręciły po trzech spotkaniach. Tańczyliśmy walce, tanga, nawet cha-chę. Śmiałam się tak głośno, że sama się siebie przestraszyłam. Nie poznawałam tego dźwięku - był obcy w moim gardle. Kiedy ostatnio tak się śmiałam? Może gdy Ryszard żył.
Magdzie nie powiedziałam. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że bałam się komentarza Darka, który przy każdej okazji powtarzał: „Teściowa to ma dobrze, emerytura i spokój, a my tu harujemy". Może dlatego, że taniec wydawał mi się czymś niepoważnym, niedozwolonym - jakbym kradła czas, który powinnam poświęcić wnukom.
W listopadzie dowiedziałam się o sylwestrze. Klub wynajmował małą salkę w domu kultury, DJ, szampan bezalkoholowy i ten prawdziwy, bigos, zimne przekąski, składka pięćdziesiąt złotych od osoby. Bogdan zaprosił wszystkich ze środowej grupy. Zapisałam się natychmiast, bez namysłu, jakby ktoś inny kierował moją ręką.
A tydzień później Magda zadzwoniła.
- Mamo, sylwester skromnie u nas, dobrze? Darek nie chce nigdzie wychodzić, dzieci za małe na zostawienie, więc w domu. Przyniesiesz uszka i sałatkę jarzynową?
Usłyszałam to „przyniesiesz" i poczułam coś dziwnego. Nie złość. Nie bunt. Raczej takie ciche, spokojne zmęczenie, jakby ktoś postawił przede mną dwa garnki - jeden pełny, drugi pusty - i kazał wybrać.
- Jasne, kochanie - odpowiedziałam. Jak zawsze.
Przez trzy tygodnie nosiłam w sobie dwa plany jak dwa kamienie w kieszeniach. Na wtorkowych zajęciach Bogdan pokazywał walca wiedeńskiego i mówił: „Pani Bożeno, pani ma talent, tylko się pani boi". Na niedzielnym obiedzie u Magdy obierałam ziemniaki i słuchałam, jak Darek narzeka na ceny, a Zosia ciągnie mnie za rękaw: „Babciu, pokoloruj ze mną".
Trzydziestego grudnia ugotowałam uszka. Piękne, małe, z suszonych grzybów od znajomej z Podlasia. Sałatkę jarzynową zrobiłam według przepisu mojej matki - z domowym majonezem, z groszkiem, z marchewką krojoną w drobną kostkę. Zapakowaną w miskę przykrytą folią spożywczą. Postawiłam w lodówce.
Trzydziestego pierwszego rano wyjęłam z szafy granatową bluzkę z cekinami, którą kupiłam na promocji w Pepco dwa lata temu i nigdy nie włożyłam. Przymierzyłam. Spojrzałam w lustro. I napisałam kartkę. Zwykłą kartkę na zwykłej kartce z bloczku: „Magda, uszka na blacie, sałatka w lodówce. Poszłam na swój sylwester. Kocham Was. Mama".
Przykleiłam ją taśmą na drzwiach od wewnętrznej strony, żeby Magda zobaczyła, jak wejdzie po rzeczy kluczem. Bo Magda miała zapasowy klucz. Magda zawsze miała zapasowy klucz do mojego życia.
O dwudziestej drugiej byłam na sali. Bogdan w garniturze wyglądał jak ktoś z innej epoki - szpakowaty, wyprostowany, z muszką. Hala w czerwonej sukience tańczyła już z jakimś panem w okularach. Zapach bigosu mieszał się z perfumami i odświeżaczem powietrza. DJ puszczał Marylę Rodowicz, a potem Budkę Suflera. Piłam wino z plastikowego kubeczka i śmiałam się z dowcipów emerytowanego kolejarza Henryka, który opowiadał o psie sąsiada z taką dramaturgią, jakby relacjonował lądowanie na Księżycu.
O dwudziestej trzeciej dwadzieścia dwie wyciągnęłam telefon. Cztery nieodebrane od Magdy. Jedno od Tomka z Anglii. SMS od Magdy: „Mamo??? Gdzie jesteś?? Miałaś być o 20!!!"
Schowałam telefon. O północy stuknęliśmy się plastikowymi kieliszkami. DJ puścił „Walc na pożegnanie". Bogdan podał mi rękę. Tańczyłam. Kręciłam się na parkiecie w swojej cekinowej bluzce z Pepco i czułam, że podłoga mnie niesie.
O 00:03 oddzwoniłam.
- Gdzie ty JESTEŚ?! - Magda krzyczała tak, że Bogdan musiał usłyszeć, choć stał dwa metry dalej.
- Na parkiecie - powiedziałam. - Sałatka w lodówce, kartka na drzwiach.
Cisza. Długa, ciężka cisza, w którą wpadały dźwięki muzyki z sali i odgłos fajerwerków za oknem.
- Nie wierzę - powiedziała w końcu Magda i rozłączyła się.
Stałam z telefonem w ręku. Bogdan patrzył na mnie pytająco. DJ puścił coś wolnego, jakiś stary przebój, którego tytułu nie pamiętam. W brzuchu miałam supeł. W oczach - mokro. Ale nogi same ruszyły z powrotem na parkiet.
Pierwszego stycznia obudziłam się o dziewiątej. W bloku było cicho. Na telefonie siedem nieodebranych od Magdy, dwa od Tomka, jeden SMS od Darka: „Teściowa chyba postradała zmysły". Zrobiłam sobie kawę. Mocną, z mlekiem, w ulubionym kubku po Ryszardzie - tym z napisem „Najlepszy tata". Usiadłam przy kuchennym stole.
Mogłam zadzwonić. Przeprosić. Powiedzieć, że to był jednorazowy wybryk. Że więcej się nie powtórzy. Że uszka przecież zostawiłam, i sałatkę, wszystko jak obiecałam. Mogłam wrócić do kalendarza, w którym każda data pachniała obowiązkiem.
Zamiast tego otworzyłam szufladę. Pod rachunkami za prąd leżał harmonogram zajęć tanecznych na styczeń. Wtorek, czwartek, osiemnasta zero zero. Wygładziłam kartkę dłonią i przyczepiłam magnesem do lodówki.
Magda odezwała się dopiero trzeciego stycznia. Krótko: „Mamo, musimy porozmawiać". Zgodziłam się. Umówiłyśmy się na sobotę.
Siedzę teraz w kuchni, jest piątek, i nie wiem, co jej powiem. Nie wiem, czy potrafię wytłumaczyć, że kocham ją, że kocham wnuki, ale że tamtej nocy, kiedy kręciłam się na parkiecie z Bogdanem w takt walca, poczułam się sobą pierwszy raz od siedmiu lat. A może dłużej. I nie wiem, czy Magda to zrozumie. Nie wiem, czy ja sama to rozumiem.
Wiem tylko, że ten harmonogram wisi na lodówce. I że nie zamierzam go zdejmować.