
Wnuk pokazywał mi coś w telefonie i mignął mój numer. Zapisana jestem jako „Babcia obiady". Nie „babcia Aniela". Obiady. Przemilczałam. W moim telefonie zmieniłam mu podpis na „Wnuk - mycie okien" i pokazałam przy sobocie. Zaczerwienił się, zmienił mnie na „Babcia ❤". Okna i tak umył. Taryfa za obiady.
Niby śmieszna historia. Opowiedziałam ją Krysi z trzeciego piętra, kiedy piłyśmy herbatę na balkonie, i obie się śmiałyśmy. Ale wieczorem, kiedy zmywałam garnek po rosole - tym samym rosole, który Bartek zjadł w dwadzieścia minut, nie podnosząc wzroku znad telefonu - już nie było mi do śmiechu. Stałam przy zlewie i myślałam: Babcia obiady. Dwa słowa. Tyle ze mnie zostało.
Bartek ma dwadzieścia trzy lata. Studiuje informatykę na Politechnice Wrocławskiej, mieszka na stancji z dwoma kolegami i przychodzi do mnie co środę i co niedzielę.
Mówi „cześć, babciu", siada przy stole, je, czasem opowiada coś o wykładach, częściej siedzi w tym telefonie. Potem wstaje, całuje mnie w policzek i mówi „dzięki, babciu, było pyszne". I idzie.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio zapytał mnie o cokolwiek, co nie dotyczyło jedzenia. Albo kiedy usiadł obok mnie na kanapie po prostu tak, bez obiadu na stole. Kiedyś siadał. Kiedyś, kiedy był mały i jego mama - moja Dorota - zostawiała go u mnie na weekendy, leżeliśmy razem na dywanie i układaliśmy puzzle. Tysiąc elementów, zamek nad Loarą. Trzy weekendy nam to zajęło. Bartek mówił wtedy: „Babciu Anielu, ty masz oczy jak detektyw, wszystko znajdziesz". Babciu Anielu. Nie - babciu obiady.
Mam sześćdziesiąt siedem lat. Od pięciu jestem na emeryturze, wcześniej dwadzieścia osiem lat pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej tu, na Kozanowie. Mąż, Zbigniew, odszedł dziesięć lat temu - rak płuc, szybko, w pięć miesięcy. Dorota mieszka na drugim końcu miasta z nowym mężem, Dariuszem, który jest w porządku, ale nieśmiały i zawsze wygląda, jakby chciał przepraszać za własne istnienie. Mam jeszcze syna, Grzegorza, ten w Warszawie, dzwoni raz w miesiącu, pyta „jak zdrowie, mamo" i nie czeka na odpowiedź.
Ale to Bartek był moim światłem. Jedyny wnuk, bo Dorota ma tylko jego, a Grzegorz dzieci nie ma i raczej mieć nie będzie. Od kiedy Bartek zaczął studia, umówiliśmy się na te środy i niedziele. To ja zaproponowałam - bałam się, że bez planu po prostu przestanie przychodzić. Zgodził się od razu. „Jasne, babciu, super, bo na stancji to jest tylko makaron z ketchupem". I tak się zaczęło. Rosół w niedzielę. Schabowy w środę. Pierogi na specjalne okazje. Bigos, gdy zbliżały się święta. Gotowałam godzinami, planowałam menu, chodziłam na targ na Hallera po świeżą pietruszkę, bo z marketu to nie to samo.
A potem zobaczyłam te dwa słowa w jego telefonie i coś pękło.
Nie od razu. Nie dramatycznie. Po prostu wieczorami zaczęłam myśleć. Siadałam w fotelu Zbyszka - tak, nadal mówię „fotel Zbyszka", choć Krysia uważa, że to niezdrowe - i myślałam o tym, czy gdybym przestała gotować, Bartek by jeszcze przychodził. I nie potrafiłam sobie odpowiedzieć tak, żeby było mi lżej.
Tydzień po incydencie z telefonem, w środę, zrobiłam eksperyment. Nie ugotowałam nic. Nic. Puste garnki, czysta kuchenka. Kiedy Bartek zadzwonił domofonem, otworzyłam mu i powiedziałam:
- Bartek, dziś nie ma obiadu. Nie zdążyłam.
Patrzyłam na jego twarz. Zaskoczenie, tak. Potem coś, co mogło być rozczarowaniem, a mogło być troską - nie byłam pewna. Lubię myśleć, że troską.
- Wszystko okej, babciu? - zapytał i wszedł do środka. Rozejrzał się po kuchni, jakby sprawdzał, czy na pewno nie ma gdzieś ukrytego garnka.
- Okej. Zmęczona byłam.
Stał chwilę w przedpokoju. Potem powiedział:
- To może zamówię coś? Pizzę albo sushi? Zjemy razem?
Zamówił pizzę. Margheritę dla mnie, bo wie, że nie lubię ostrych rzeczy, i jakąś z czterema mięsami dla siebie. Jedliśmy w kuchni, z kartonu, i Bartek opowiadał mi o jakimś projekcie na uczelnię, gdzie programują coś, czego nazwy nawet nie próbuję zapamiętać. Mówił dużo, więcej niż zwykle. Śmiał się. W pewnym momencie powiedział:
- Babciu, ty wiesz, że ja nie przychodzę tylko na obiady, nie?
Popatrzyłam na niego i nie odpowiedziałam od razu. Piłam herbatę. On czekał.
- A na co jeszcze? - zapytałam wreszcie. Lekko, jakby żartem.
Zaczerwienił się. Tak samo jak wtedy, gdy pokazałam mu ten zmieniony podpis w telefonie.
- No, do ciebie. Po prostu do ciebie. - Urwał. - Wiesz, u mamy to jest Dariusz, i oni mają swój świat, i ja tam zawsze jestem trochę… gościem. A u ciebie jestem u siebie.
Milczałam. Odstawiłam kubek. Za oknem ktoś trzasnął drzwiami od klatki, z dołu dolatywały głosy dzieci bawiących się na podwórku. Zwyczajny wrocławski wieczór, blok z wielkiej płyty, zapach pizzy zamiast rosołu. A mnie ściskało gardło tak, że bałam się odezwać, bo by mi głos zadrżał.
- To dobrze - powiedziałam w końcu.
Bartek pozmywał - znaczy, wyrzucił kartony i przetarł stół, ale też zaparł mi drugą herbatę bez pytania, z cytryną, tak jak lubię. Przy drzwiach przytulił mnie mocniej niż zwykle. Normalnie to taki szybki uścisk, jakby odznaczał punkt na liście. Tym razem trzymał mnie dłużej.
W następną niedzielę ugotowałam rosół. Tak jak zawsze, z włoszczyzną z targu na Hallera, ze świeżym koperkiem. Bartek przyszedł, zjadł dwie miski, pochwalił. Wszystko wróciło do normy - albo i nie, bo teraz w środku obiadu odłożył telefon i zapytał: „Babciu, a ty czemu nigdy nie pojechałaś do tego sanatorium, o którym mówiłaś?".
Wieczorem sprawdziłam jego kontakty - tak, wiem, nie powinnam, ale zostawił telefon na stole, kiedy poszedł do łazienki. Nadal mam „Babcia ❤". To serduszko świeci mi w oczach jak maleńki czerwony ognik. I jest mi z nim dobrze, naprawdę.
Ale czasem, kiedy stoję nad garnkiem i kruszę makaron do rosołu, myślę sobie: a gdybym przestała gotować, Bartek - czy dalej przychodziłbyś? Nie raz, nie z litości, nie dlatego że pizzą też się da najeść. Ale co środę i co niedzielę. Czy przyszedłbyś po prostu do mnie?
Chciałabym wierzyć, że tak. Ale jeszcze nie jestem gotowa, żeby to sprawdzić na dłużej niż jeden wieczór.
Na razie gotuję. I zmieniam menu. W tę środę będą naleśniki z serem. W kontaktach Bartka nadal świeci serduszko, a ja nadal nie wiem, ile w tym serduszku jest mnie, a ile rosołu.