
Od tygodnia co rano dzwoni firma windykacyjna: „jest pani wskazana jako osoba kontaktowa pana Kacpra". Kacper to mój wnuk - trzy chwilówki, o których nie wiedziałam. Wnuk przez telefon: „babciu, podałem cię, bo ty zawsze odbierasz". Odbieram, prawda. Za niego - nie płacę.
Pierwszy raz zadzwonili w poniedziałek, kwadrans po ósmej. Akurat wsypywałam herbatę do kubka - tę zwykłą, Lipton z żółtą zawieszką, bo innej nie piję od lat. Numer nieznany, ale odebrałam. Zawsze odbieram. Kacper miał rację, choć wolałabym, żeby miał ją w innej sprawie.
Głos kobiecy, młody, uprzejmy, ale z takim stalowym spodem. „Dzień dobry, czy rozmawiam z panią Haliną Stępień? Jest pani wskazana jako osoba kontaktowa pana Kacpra Stępnia w związku z niespłaconymi zobowiązaniami".
Pomyślałam, że to pomyłka. Że jakiś inny Kacper Stępień, bo mój Kacper - dwudziestotrzyletni chłopak, student zaoczny informatyki w Poznaniu, ten sam, który w zeszłe Boże Narodzenie pomagał mi ustawiać choinkę i mówił, że sztuczna jest lepsza, bo nie sypie igłami - mój Kacper nie bierze chwilówek. Tak sobie powiedziałam. Potem pani podała PESEL i adres. Zgadzało się wszystko.
Odłożyłam słuchawkę i stałam tak z tym kubkiem herbaty, która zdążyła ostygnąć. Trzydzieści osiem lat przepracowałam w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej na Jeżycach. Wiem, co to jest wezwanie do zapłaty.
Wiem, co to jest naliczanie odsetek. Wiem, ile ludzi przychodzi do okienka z oczami jak spłoszone króliki, bo nie wiedzieli, że dług urośnie im podwójnie w trzy miesiące. Przez trzydzieści osiem lat byłam po drugiej stronie. A teraz ta druga strona weszła mi do kuchni przez telefon.
Kacprowi zadzwoniłam od razu. Nie odebrał. Napisałam SMS-a - tego starego typu, bo smartfona mam, ale wolę pisać jak dawniej. „Kacper, zadzwoń do babci. Pilne." Oddzwonił dopiero wieczorem. I wtedy to usłyszałam.
„Babciu, podałem cię, bo ty zawsze odbierasz."
Powiedział to tak lekko, jakby mówił o pogodzie. Bez wstydu, bez zająknięcia. I dodał jeszcze, że to nic takiego, że to tylko osoby kontaktowe, że babcia nic nie musi płacić, że to takie pytanie w formularzu, kogo wpisać. Trzy chwilówki - dwie po tysiąc pięćset, jedna na dwa tysiące. Łącznie pięć tysięcy, nie licząc odsetek, które biegną od marca.
„Na co ci tyle?" - zapytałam.
Cisza. Potem: „Na życie, babciu. Na życie."
Nie krzyczałam. Mogłam, ale nie krzyczałam. Sześćdziesiąt trzy lata życia nauczyły mnie, że krzyk nic nie zmienia, tylko rozpycha ciszę, która potem wraca jeszcze większa. Usiadłam na kanapie w pokoju, tej samej kanapie, na której Kacper leżał jako pięciolatek z anginą i prosił, żebym mu czytała o Kubusiu Puchatku, i zapytałam spokojnie: „Czy twoja mama wie?"
Kolejna cisza. Dłuższa.
„Babciu, nie mów mamie."
Moja córka Renata - matka Kacpra - mieszka w Swarzędzu, piętnaście minut autobusem od mojego bloku. Pracuje na poczcie, sama wychowuje Kacpra od czasu, gdy Dariusz - jej były mąż - wyprowadził się do Wrocławia za nową kobietą. To było jedenaście lat temu. Kacper miał wtedy dwanaście lat i przez pół roku nie chciał jeść przy stole, tylko nosił talerz do pokoju. Renata zarabiała za mało, żeby opłacić korepetycje z matematyki, więc ja jeździłam do niego dwa razy w tygodniu i pomagałam z ułamkami. Potem z procentami. Okazuje się, że procenty go dopadły z zupełnie innej strony.
Przez trzy dni chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. Nie powiedziałam Renacie. Firma windykacyjna dzwoniła codziennie - ta sama kobieta, ten sam stalowy głos owinięty w uprzejmość. „Czy pani posiada informacje o aktualnym adresie zamieszkania pana Kacpra?" Adres miałam. Nie podałam. Nie jestem donosicielką, nawet jeśli dzwoniący mają prawo. Ale nie jestem też tarczą.
W czwartek pojechałam do Kacpra. Nie uprzedzałam. Mieszka w kawalerce na Wildzie, w takim nowym bloku z żółtą elewacją, na trzecim piętrze bez windy. Drzwi otworzył w dresie, zaspany, choć był pierwszy w południe. W pokoju - bałagan, ale nie ten studencki, wesoły. Taki smutny bałagan. Pudełka po jedzeniu na wynos, rolety opuszczone w pełnym słońcu, laptop otwarty na jakiejś stronie z grami.
„Babciu, czemu nie zadzwoniłaś?"
„Bo ty nie odbierasz, Kacperek."
Usiadłam na jedynym krześle. On na łóżku. Między nami stół z blatem przyklejonym taśmą. I ten zapach - nie brudny, ale zamknięty, jakby nikt tu od dawna nie otwierał okna.
Zapytałam o studia. Okazało się, że nie płacił za dwa ostatnie semestry. Zapytałam o pracę. Dorabiał w magazynie, ale rzucił w styczniu, bo „nie dawał rady". Zapytałam, na co te chwilówki. Czynsz. Jedzenie. I tak - gry, jakieś mikropłatności, których ja nie rozumiem, ale które podobno zjadały po dwieście-trzysta złotych miesięcznie.
Słuchałam i myślałam: to jest mój wnuk. Ten sam chłopiec, który na komunii płakał ze szczęścia, bo dostał rower. I patrzyłam na niego - na tego dorosłego, obcego prawie mężczyznę w za dużym dresie - i nie wiedziałam, gdzie się podział tamten Kacper.
„Ile potrzebujesz, żeby to spłacić?" - zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Podniósł na mnie oczy. I tam, w tych oczach, zobaczyłam taki błysk - nie wdzięczności, nie. Ulgi. Jakby czekał, aż to powiem. Jakby dokładnie po to podał mój numer.
„Babciu, z odsetkami to jakieś sześć tysięcy."
Sześć tysięcy. Moja emerytura to dwa tysiące sto złotych. Trzy emerytury. Albo inaczej: dokładnie tyle, ile odłożyłam na nowy materac i wymianę okna w kuchni, bo stare ciągnie od dwóch zim.
Nic nie obiecałam. Powiedziałam, że muszę pomyśleć. Wstałam, otworzyłam mu okno - on nie protestował - i wyszłam, trzymając się poręczy na tych trzech piętrach bez windy.
Na przystanku zadzwoniłam do Renaty. Odebrała po drugim sygnale, jak zawsze. „Cześć, mamo, co tam?" - głos wesoły, zmęczony po zmianie na poczcie, ale wesoły. I ja stałam tam, na tym przystanku przy Wildzie, z komórką przy uchu i widziałam przez szybę wiaty reklamę pożyczki - „szybko, bez zaświadczeń, na dowolny cel" - i pomyślałam, że te reklamy powinny mieć drugie zdanie: „a potem zadzwonimy do twojej babci".
„Renata" - powiedziałam. - „Muszę ci coś powiedzieć o Kacprze."
Cisza. Taka sama jak jego. Jabłko od jabłoni.
Powiedziałam jej wszystko. Chwilówki, studia, magazyn. Słuchała bez słowa. Potem wypuściła powietrze - takie długie, syczące wydmuchnięcie, jakby ktoś przekłuł balon - i powiedziała: „Ty mu nie dawaj ani grosza, mamo. Słyszysz? Ani grosza."
Wróciłam do domu. Zrobiłam herbatę. Usiadłam przy stole, przy tym samym, przy którym rano odbieram telefony od windykacji. Za oknem kwitły kasztany - najładniejsze w tym roku, grube, białe świece na tle nieba. Piątek rano znowu zadzwonią. I ja wiem, że odbiorę. Bo ja zawsze odbieram.
Ale w szufladzie pod rachunkami za prąd leży koperta z pieniędzmi na materac. I nie wiem, co z nią zrobię. Nie wiem, czy kocham tego chłopaka bardziej niż swój rozsądek. Nie wiem, czy mu pomogę - czy go przez to zniszczę. Wiem tylko, że ta koperta z każdym dniem staje się cięższa, choć pieniędzy w niej nie przybywa.