
Zięć zainstalował mi w telefonie „rodzinną mapę" - „na wypadek, gdybyś się zgubiła, mamo". W klubie Irena spytała, gdzie teraz jest moja córka. Na mapie świeciła tylko moja kropka - wnuczka wyjaśniła potem, że tak ją ustawili. Widzą mnie wszyscy. Ja - nikogo.
Trzymałam wtedy telefon w ręce jak granat z wyciągniętą zawleczką. Na ekranie migała samotna niebieska kropka - ja, Bożena, sześćdziesiąt cztery lata, emerytowana księgowa z osiedla Tysiąclecia w Poznaniu.
Moja kropka pulsowała spokojnie na mapie jak serce pacjenta podłączonego do monitora. Wokół niej - pustka. Żadnej córki, żadnego zięcia, żadnych wnuczek. Jakbym żyła na bezludnej wyspie, a nie w bloku, w którym co drugą niedzielę gotuję obiad dla dziewięciorga osób.
Irena - ta od jogi i kręgosłupów, z którą chodzimy na zajęcia w klubie seniora przy Grunwaldzkiej - zapytała niewinnie. Stałyśmy w szatni, ściągałyśmy buty sportowe. „Bożena, a twoja Marta to teraz w domu siedzi czy w pracy?
Bo moja synowa ma taką samą aplikację i ja widzę wszystkich, nawet psa - ma lokalizator na obroży." Zaśmiałam się wtedy, bo nie wypada przy ludziach przyznać, że czegoś nie rozumiesz. Otworzyłam tę mapę dopiero w tramwaju. I zobaczyłam to, o czym teraz mówię.
Jedna kropka. Moja. Sama jak palec.
Zadzwoniłam do Zuzi, młodszej wnuczki. Czternaście lat, ale w telefonach wie więcej niż niejedna informatyczka. „Babciu, no bo dziadek Darek cię ustawił tak, że ty udostępniasz lokalizację wszystkim, a oni tobie nie udostępniają. Nie wiem, może się pomylił." To „nie wiem" zabrzmiało jak fałszywa nuta w kolędzie. Zuzia wiedziała doskonale. A ja usłyszałam w jej głosie coś, co znałam z własnego dzieciństwa - skrępowanie dziecka, które widzi, że dorośli robią coś niesprawiedliwego, ale nie ma odwagi powiedzieć tego wprost.
Do wieczora analizowałam to jak bilans roczny w dawnej pracy. Darek - zięć, trzydzieści osiem lat, informatyk w jakiejś firmie przy Starołęce - zainstalował mi tę aplikację w lutym, kiedy przyjechali na moje imieniny. Pamiętam dokładnie, bo miałam wtedy nową herbatę od Marty, taką z hibiskusem. Darek poprosił o mój telefon, powiedział: „Mamo, jest taka fajna rzecz, będziemy widzieć nawzajem, czy wszystko u nas w porządku." To słowo - „nawzajem" - rozumiem teraz zupełnie inaczej.
Marta, moja jedynaczka. Kiedyś mówiła mi wszystko. Gdzie idzie, z kim, o której wraca. Nie dlatego, że musiała - dlatego, że chciała. Kiedy zaczęła studia na ekonomii i zamieszkała w akademiku, dzwoniła co wieczór. Kiedy wyszła za Darka dwanaście lat temu, dzwoniła co drugi dzień. Potem raz w tygodniu. Teraz - kiedy ja zadzwonię. I nie żeby nie odbierała. Odbiera. Mówi „cześć, mamo", mówi „dobrze, zdrowo, normalnie", mówi „muszę kończyć, Zuzia ma angielski, Ola jedzie na basen". Rozmowa trwa trzy minuty i dwadzieścia sekund - tak, zmierzyłam kiedyś, bo sama nie mogłam w to uwierzyć.
Ale nie o to chodzi. Nie o rzadkie telefony. Ludzie dorastają, mają swoje życie, rozumiem to. Sama tak robiłam mojej mamie i dopiero po jej śmierci zrozumiałam, ile ją to kosztowało. Chodzi o tę mapę. O to, że ktoś świadomie ustawił aplikację tak, żeby mnie widzieć, ale żebym ja nie widziała nikogo. Jakbym była kimś, kogo trzeba pilnować. Nie kimś, kogo się zaprasza do wspólnoty.
Tydzień po rozmowie z Zuzią zadzwoniłam do Marty. Nie od razu poruszyłam temat. Najpierw pogadałyśmy o Oli, starszej wnuczce - szesnaście lat, właśnie zapisała się na kurs prawa jazdy. Potem o działce - mam kawałek ROD-u po rodzicach przy Dębinie, dwanaście drzewek owocowych, trochę truskawek. Marta zapytała, czy chcę, żeby Darek przyjechał pokosić. I wtedy powiedziałam: „Córciu, a powiedz mi, czemu na tej waszej mapie widzę tylko siebie?"
Cisza. Nie taka krótka, naturalna pauza - cisza pełna, gęsta, jak ta chwila na pogrzebie, kiedy ksiądz kończy mówić, a ludzie jeszcze nie ruszają się od grobu.
„Mamo, nie dramatyzuj. Darek pewnie się pomylił przy ustawieniach. Pogadam z nim."
„Pomylił się tak, że on widzi mnie, Zuzia widzi mnie, Ola widzi mnie, a ja nikogo nie widzę?"
„No nie wiem, jak to działa, nie jestem informatyczką."
„Marta. Zuzia mi powiedziała, że tak to ustawiliście."
Znowu cisza. A potem głos Marty, ale inny - taki obronny, podwyższony o pół tonu. „Mamo, słuchaj, to naprawdę nic takiego. Po prostu Darek stwierdził, że wystarczy, jak my wiemy, gdzie ty jesteś, na wypadek gdyby coś ci się stało. Masz sześćdziesiąt cztery lata, chodzisz po mieście sama, jeździsz tym tramwajem o szóstej rano na basen..."
„A ja mam nie wiedzieć, gdzie jesteście wy?"
„A po co ci to wiedzieć?"
Te cztery słowa. „A po co ci to wiedzieć." Powtarzam je sobie od trzech tygodni. Wracają do mnie rano, kiedy smażę jajko na śniadanie. Wracają wieczorem, kiedy leżę w łóżku i słucham, jak sąsiad z góry ogląda mecze. A po co ci to wiedzieć. Jakbym była na zewnątrz ich życia. Jakby moje pytanie o to, gdzie są moi bliscy, było przekroczeniem granicy.
Irena powiedziała, że przesadzam. Że młodzi cenią prywatność, że tak teraz mają, że trzeba uszanować. Może ma rację. A może Irena mówi to, bo sama się boi usłyszeć coś podobnego od swoich.
Ale potem pomyślałam o czymś innym. Dlaczego w ogóle Darek zainstalował mi tę aplikację? Skoro nie chcą, żebym ich widziała, to po co w ogóle zakładać „rodzinną mapę"? Wystarczyło przecież zwykłe udostępnianie lokalizacji - jednokierunkowe, proste. Nie. Oni chcieli coś, co wygląda jak troska, ale działa jak kontrola. „Rodzinna mapa" - brzmi ciepło, prawda? Jak wspólny album, jak wigilijna kolacja. Tyle że przy tej kolacji ja siedzę za szybą i patrzę, jak jedzą.
W zeszłą sobotę Darek przyjechał pokosić działkę. Normalny, uśmiechnięty, wypił dwie herbaty z cytryną. Kiedy siadł na ławce pod jabłonką, powiedziałam mu spokojnie: „Darku, odinstalowałam tę waszą mapę."
Podniósł na mnie oczy znad kubka. „Czemu, mamo? A jak się pani coś stanie?"
„Pani?" Trzynaście lat mówił mi po imieniu. Teraz nagle - „pani".
„Język mi się poplątał" - machnął ręką. „Bożeno, no nie rób z tego afery. Marta się będzie martwić."
„Marta niech do mnie zadzwoni. To będzie wiedziała, że żyję."
Odjechał z niedokoszoną połową trawnika. Wieczorem napisała Zuzia - serduszko i „babciu, nie gniewaj się na nich, oni po prostu się boją". Odpisałam: „Czego się boją, złotko?" Zuzia nie odpowiedziała. Do dziś.
Minęły trzy tygodnie. Marta zadzwoniła raz - krótko, rzeczowo, jakby odhaczała punkt na liście. Działka rośnie sobie sama, bo Darek się nie pojawił. Na zajęciach w klubie seniora uczę się teraz obsługi komputera - nie żeby mi było potrzebne, ale żeby rozumieć narzędzia, którymi mnie otaczają ludzie „dla mojego dobra".
Wczoraj instruktorka pokazywała nam ustawienia prywatności w telefonie. Sprawdziłam przy okazji starą historię lokalizacji. Zanim odinstalowałam aplikację, moja niebieska kropka wędrować mogła od domu na basen, z basenu do klubu, z klubu na działkę. Regularnie, przewidywalnie, jak tramwaj numer piętnaście. I ktoś to oglądał. Może Darek z ciekawości. Może Marta z poczucia obowiązku. Nie wiem.
Wiem tylko jedno - że rodzinna mapa, na której widać jednego człowieka, nie jest mapą rodziny. Jest mapą samotności.
I wiem jeszcze coś. Że Marta ma mój numer. Że zna adres. Że wie, o której wychodzę na basen. Nie potrzebuje do tego żadnej aplikacji. Potrzebuje tylko chęci.
Telefon leży na kuchennym stole obok okularów. Czasem na niego patrzę i zastanawiam się, czy powinnam zadzwonić pierwsza. Tak jak zawsze. Ale coś we mnie - może duma, a może coś ważniejszego od dumy - każe mi tym razem poczekać.