Na rezonans zamówiłam taksówkę przez aplikację - rodzinie nie mówię, po co ich martwić. Wsiadam: za kierownicą wnuk. „Babciu?!" - „A ty tu skąd?!" On dorabia nocami, bo „rodzice każą się uczyć"; ja jeżdżę na badania sama. Pakt zawarliśmy pod szpitalem: sekret za sekret. Wozi mnie teraz na każde badanie, po kursie herbata. Dwie tajemnice, jedna taksówka. Rodzina myśli, że oboje śpimy.

Tamtego wieczoru, kiedy wsiadałam do białej skody na ulicy Fieldorfa, myślałam tylko o jednym: żeby zdążyć na dwudziestą drugą. Na taką godzinę dostałam termin - nocny dyżur rezonansu, bo kolejka na dzień ciągnęła się na trzy tygodnie. Trzymałam skierowanie w torebce, w bocznej kieszonce, żeby nie pognieść. Otworzyłam drzwi, usiadłam, powiedziałam „dzień dobry" - i zobaczyłam twarz Kuby.

Mój wnuk ma dwadzieścia jeden lat, studiuje informatykę na Politechnice Wrocławskiej i - jak dotąd byłam przekonana - każdą noc spędza w swoim pokoju na Krzykach, w mieszkaniu mojej córki Doroty. A tu siedzi za kierownicą, w granatowej bluzie z kapturem, z telefonem w uchwycie, na którym miga trasa do szpitala przy Kamieńskiego.

„Babciu?!" - powtórzył, jakby sprawdzał, czy mu się nie przywidziało.

„Kuba, na litość boską" - wyszeptałam. - „Od kiedy ty jeździsz w taksówce?"

Zamiast odpowiedzi włączył kierunkowskaz i ruszył. Dopiero po minucie, na światłach przy Powstańców Śląskich, odezwał się cicho: „Od marca. Ale rodzice nie wiedzą. Tato by mnie zabił."

Zdzisław, mój zięć, jest elektrykiem. Dobry człowiek, porządny, ale w kwestii nauki Kuby - bezwzględny. „Studia, dyplom, a potem rób, co chcesz" - to jego mantra od lat. Dorota go w tym wspiera. Kuba ma stypendium, więc oficjalnie nie potrzebuje pieniędzy. Ale oficjalnie to jedno, a życie to drugie. Chłopak chciał sobie kupić jakiś sprzęt do programowania, coś, co kosztuje kilka tysięcy. Poprosił ojca. Zdzisław powiedział: „Jak skończysz studia, to ci kupię." Koniec rozmowy.

Więc Kuba znalazł sposób. Wieczorami, kiedy rodzice myślą, że siedzi przy komputerze i programuje, on siedzi za kierownicą i wozi obcych ludzi przez Wrocław. Wyjeżdża o dwudziestej pierwszej, wraca koło pierwszej. Mówi, że nieźle na tym zarabia, zwłaszcza w weekendy.

A ja? Ja mam sześćdziesiąt trzy lata, od czterech lat jestem na emeryturze po trzydziestu latach w księgowości Hutmenu, i od dwóch miesięcy mam problem z kręgosłupem. A właściwie nie wiem, czy z kręgosłupem. Właśnie dlatego jechałam na rezonans. Bo ból w krzyżu przeszedł w drętwienie nogi, a doktor Majewski z przychodni przy Hallera zrobił się poważny i powiedział: „Pani Halino, proszę nie zwlekać z tym badaniem."

Nie zwlekałam. Ale nie powiedziałam Dorocie. Nie powiedziałam Zdzisławowi. Nie powiedziałam młodszej córce Basi, która mieszka w Poznaniu i ma dwójkę małych dzieci, i własne problemy. Po co ich martwić? Może to nic takiego. Może się okaże, że przeciążony dysk i tyle. Nie chciałam ich twarzy - tych zmartwionych min, tego „mamo, czemu nie powiedziałaś", tego biegania po aptekach. Nie chciałam być ciężarem. Jeszcze nie.

Pod szpitalem Kuba zaparkował i wyłączył silnik.

„Babciu" - powiedział, patrząc przed siebie. - „Co ci jest?"

„Kręgosłup" - skłamałam. A potem dodałam prawdę: - „Nie wiem jeszcze co. Dlatego jadę na badanie."

Cisza. Słychać było tylko szum wentylacji szpitalnej, gdzieś z boku. Kuba bębnił palcami w kierownicę.

„Mama wie?"

„Nie."

„I nie chcesz, żeby się dowiedziała."

To nie było pytanie. On rozumiał. Miał dwadzieścia jeden lat, ale rozumiał doskonale, bo sam robił dokładnie to samo - chronił ich przed prawdą, którą uznał za swoją sprawę.

„Dobra" - powiedział w końcu. - „To ja na ciebie poczekam. Ile to trwa?"

„Z pół godziny."

„To poczekam."

I poczekał. Siedział w samochodzie pod wejściem do szpitala, na włączonych awaryjnych, z termosem kawy, którą - jak się potem okazało - zawsze wozi na nocne kursy. Kiedy wyszłam, trochę oszołomiona tym tunelem i hałasem maszyny, otworzył mi drzwi i zapytał: „Wszystko okej?"

„Wyniki za tydzień" - powiedziałam.

Jechaliśmy w milczeniu aż do mojego bloku na Gaju. Pod klatką zatrzymał się i wtedy padło to zdanie, które zawiązało nasz pakt.

„Babciu, ja nikomu nie powiem o twoich badaniach. A ty nikomu nie mów o moich kursach. Zgoda?"

Popatrzyłam na niego. Na tego chłopca, którego kąpałam w wanience, którego uczyłam wiązać buty, któremu robiłam naleśniki z serem każdą sobotę, kiedy Dorota ze Zdzisławem jechali na zakupy do Biedronki. Teraz siedział przede mną jako dorosły mężczyzna z własnym sekretem, własnym życiem i własnymi decyzjami, o których jego rodzice nie mieli pojęcia.

„Zgoda" - powiedziałam.

Od tamtej nocy minęły cztery miesiące. Kuba wozi mnie na każdą wizytę. Był ze mną, kiedy odbierałam wyniki rezonansu - przepuklina krążka, duża, uciskająca nerw. Był, kiedy doktor Majewski powiedział, że trzeba operować, bo inaczej noga nie wróci do normy. Był, kiedy płakałam w samochodzie pod przychodnią, bo operacja kręgosłupa w moim wieku to nie jest spacer po parku.

Po każdym kursie pijemy herbatę. Czasem u mnie, czasem w termokubkach na parkingu przy Hali Targowej, bo tam jest cicho i pusto o północy. Kuba opowiada mi o studiach, o dziewczynie, której jeszcze nie pokazał rodzicom, o projekcie, który pisze na zaliczenie i który mógłby być - jak mówi - „naprawdę czymś dużym". Ja opowiadam mu o bólu, o strachu, o tym, jak trudno być starą i nie chcieć być ciężarem.

„Babciu, nie jesteś stara" - mówi za każdym razem.

„A ty nie jesteś taksówkarzem" - odpowiadam. I oboje się śmiejemy.

Ale ostatnio coraz mniej mi do śmiechu. Termin operacji mam za trzy tygodnie. Będę leżeć minimum tydzień w szpitalu. Doktor powiedział, że ktoś musi mnie przywieźć i ktoś musi mnie odebrać, i ktoś musi się mną opiekować przez pierwsze dwa tygodnie po zabiegu. „Ktoś" w moim przypadku to Dorota. A Dorota nie wie.

Kuba powiedział wczoraj: „Babciu, musisz im powiedzieć."

Wiem, że ma rację. Ale kiedy myślę o tej rozmowie, robi mi się zimno. Nie dlatego, że Dorota się zdenerwuje - zdenerwuje się, oczywiście, ale to przeżyję. Dlatego, że jak powiem o sobie, to mogę nie utrzymać sekretu Kuby. Bo Dorota zapyta: „A kto cię woził na te badania? Czemu nie dzwoniłaś?" I co wtedy? Powiedzieć „taksówkarz"? Nie umiem kłamać córce, patrząc jej w oczy. Nigdy nie umiałam.

A jeśli prawda wyjdzie, Zdzisław dowie się o nocnych kursach Kuby. I będzie awantura. Ta prawdziwa, ze Zdzisławowym „pod moim dachem nie będziesz robił za taksówkarza", z Dorotą płaczącą w kuchni, z Kubą pakującym plecak. Widziałam to już raz - kiedy Kuba w liceum chciał rzucić chemię rozszerzoną. Tydzień się do siebie nie odzywali.

Dwie tajemnice, jedna taksówka. Tak to sobie nazywam. Tylko że teraz ta taksówka jedzie prosto w ścianę i nie wiem, jak skręcić.

Wczoraj wieczorem Kuba napisał SMS-a: „Jutro kurs o 21. Herbata?"

Odpisałam: „Herbata."

Dzisiaj muszę mu powiedzieć, że czas się kończy. Że muszę zadzwonić do Doroty. Że nasz pakt, który przez cztery miesiące dawał mi poczucie, że ktoś jest obok i jednocześnie nikt nie panikuje - ten pakt musi pęknąć. Albo ja go złamię, albo złamie nas to, co będzie, jeśli na stół operacyjny pojadę ukradkiem jak złodziejka.

Siedzę teraz przy oknie, patrzę na latarnie na osiedlu i myślę o tym, że w rodzinie nie powinno być tylu sekretów. Ale myślę też o czymś innym: że te nocne herbaty z Kubą były najszczerszymi rozmowami, jakie miałam z kimkolwiek od lat. Może właśnie dlatego, że były tajemnicą.

Telefon leży na stole. Numer Doroty znam na pamięć. Ale jeszcze nie wybieram.