
Na weselu wnuka przyszły oczepiny. Panna młoda rzuciła bukiet przez ramię - prosto w moje ręce, nad głowami dziewczyn. Sala zawyła. Henryk zbladł przy stole i spytał na głos: „to co, Anielko - trzeci raz?".
Trzysta osób usłyszało. Albo przynajmniej te sto pięćdziesiąt, które siedziały bliżej. Muzyka grała dalej, wodzirej próbował ratować sytuację jakimś żartem o szczęśliwym bukiecie, ale ja stałam z tymi różami i piwoniami w dłoniach i czułam, jak mi płoną policzki. Nie ze wstydu. Z wściekłości.
Bo Henryk wiedział dokładnie, co robi. Mój były mąż - ten pierwszy, ojciec Krzysia, dziadek pana młodego - zawsze umiał jednym zdaniem rozbić cokolwiek, co zbudowałam. Trzydzieści lat po rozwodzie wciąż potrafił trafić w czuły punkt z precyzją chirurga.
Powinnam była odłożyć bukiet, uśmiechnąć się i wrócić do stolika. Zamiast tego podeszłam do niego, nachyliłam się i powiedziałam cicho, żeby tylko on słyszał: „A może i trzeci, Henryku. Bo z tobą to był zerowy". Widziałam, jak mu zadrżał kącik ust. Odwróciłam się na pięcie i poszłam po szampana.
Tamten wieczór kręci mi się w głowie do dziś. Nie z powodu bukietu - z powodu tego, co ten bukiet poruszył. Bo kiedy wróciłam do swojego stolika, siedział przy nim Tadeusz. Mój obecny partner od czterech lat. Patrzył na mnie z tym swoim spokojnym, ciepłym uśmiechem i powiedział tylko: „Ładne kwiaty, Anielu. Postawię je w wazonie, jak wrócimy do domu".
I właśnie w tym momencie pomyślałam po raz pierwszy poważnie: a może rzeczywiście trzeci raz?
Pierwszy raz wyszłam za mąż w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku. Miałam dwadzieścia lat, Henryk dwadzieścia trzy. Ślub w kościele na Pradze, wesele w remizie - sto osób, bigos, wódka, kapela z harmonią. Pięknie było. Wszyscy mówili, że idealna para. Ja byłam księgową w zakładach mięsnych, Henryk elektrykiem w hucie. Dostaliśmy mieszkanie na Bródnie - dwa pokoje z kuchnią, czwarte piętro. Krzyś urodził się rok później.
Henryk nie był złym człowiekiem. Chcę to powiedzieć jasno, bo łatwo kogoś demonizować po latach. Był pracowity, nie pił za dużo, nie bił. Ale miał w sobie coś, co mnie z roku na rok wysuszało od środka. Taką zimną, metodyczną potrzebę kontroli. Sprawdzał rachunki. Pytał, dlaczego rosół jest z kury, a nie z indyka, skoro indyk był tańszy. Komentował moje fryzury, moje koleżanki, moją matkę. Nigdy nie krzyczał - mówił spokojnym głosem, rzeczowo, jakby tłumaczył dziecku, że dwa plus dwa to cztery, a nie pięć.
Po piętnastu latach nie poznawałam siebie w lustrze. Nie fizycznie - wyglądałam dobrze, dbałam o siebie. Ale w oczach miałam pustkę. Koleżanka z pracy, Bożena, powiedziała mi kiedyś przy kawie: „Anielka, ty się tak uśmiechasz, jakbyś przepraszała, że żyjesz". Zapamiętałam to zdanie. Nosiłam je w sobie przez następne trzy lata, aż w końcu złożyłam pozew o rozwód.
Krzyś miał wtedy osiemnaście lat. Zdawał maturę. Henryk się wyprowadził, zabrał meblościankę i kryształy. Zostawił mnie z pustym salonem i pełnym lodówką - bo „dziecko musi jeść, nawet jeśli matka postradała rozum". Dokładnie tak powiedział.
Drugi mąż pojawił się szybko. Może za szybko. Roman był kierowcą TIR-a - dużo go nie było, ale jak wracał, to przywoził czekolady z Niemiec i opowiadał o autostradach. Był ciepły, głośny, śmiał się całym ciałem. Totalnie inny niż Henryk. Pobraliśmy się po roku znajomości, w dwa tysiące pierwszym, w Urzędzie Stanu Cywilnego na Mokotowie, bez wesela - tylko świadkowie i obiad w restauracji.
Z Romanem było dobrze. Naprawdę dobrze. Przez osiem lat. A potem okazało się, że ta ciepłość i te czekolady nie były tylko dla mnie. Dowiedziałam się od Bożeny - znowu Bożena, mój osobisty anioł stróż z działu księgowości. Miał kogoś w Hanowerze. Niemkę, Ursulę. Syn z nią, czteroletni.
Nie wrzeszczałam. Nie płakałam. Usiadłam w kuchni, zjadłam pół sernika, który piekłam na niedzielę, i zadzwoniłam do prawnika. Rozwód przeszedł cicho. Roman nawet nie walczył - chyba poczuł ulgę. Wyjechał do tej swojej Ursuli na stałe. Słyszałam potem, że się pobrali.
Po Romanie przysięgłam sobie, że już nigdy. Miałam pięćdziesiąt dwa lata, emeryturę z ZUS-u, mieszkanie po mamie na Bielanach i spokój. Kryś się ożenił, potem urodziły się wnuki - Bartek i Zuzia. Chodziłam na działkę ROD pod Łomiankami, hodowałam pomidory i maliny, czytałam książki, jeździłam z Bożeną na wczasy do Kołobrzegu. Było dobrze. Było wystarczająco.
A potem, cztery lata temu, na imieninach u Krzysia, poznałam Tadeusza. Kolega z pracy mojej synowej. Wdowiec, nauczyciel geografii na emeryturze, spokojny jak jezioro o świcie. Zaczęliśmy rozmawiać o pomidorach - on też miał działkę - i jakoś nie skończyliśmy tej rozmowy przez następne cztery lata.
Tadeusz jest inny niż Henryk i inny niż Roman. Nie kontroluje i nie kłamie. Przynosi mi herbatę z cytryną, zanim zdążę poprosić. Pamięta, że nie lubię czosnku. Dzwoni o dziesiątej wieczorem i mówi „dobranoc, Anielu" - i za każdym razem robi mi się ciepło w środku, jak kiedyś, dawno temu, gdy jeszcze wierzyłam, że miłość jest prosta.
Ale ślub? Znowu ślub?
Po weselu Bartka - tym weselu z bukietem - Tadeusz nie poruszył tematu przez tydzień. A potem, w niedzielę, przy śniadaniu, odłożył nóż do masła i powiedział: „Wiesz, Anielu, ja bym chciał. Nie dla papierka. Dla nas. Żebyśmy wiedzieli, że to jest na poważnie".
Spojrzałam na niego i zobaczyłam w jego oczach coś, czego nie widziałam ani u Henryka, ani u Romana. Strach. Bał się, że odmówię. Ten sześćdziesięciosiedmioletni mężczyzna z rękami od kopania grządek i twarzą pooraną przez wiatr - bał się mojego „nie".
„Daj mi czas" - powiedziałam.
Krzyś, kiedy mu powiedziałam, milczał długo, a potem westchnął: „Mamo, ja chcę, żebyś była szczęśliwa. Ale nie chcę znowu patrzeć, jak ktoś cię niszczy". Miał rację. Miał prawo tak mówić. Sam widział, co zrobili ze mną tamci dwaj - każdy na swój sposób.
Bożena powiedziała co innego: „Anielka, ty masz sześćdziesiąt dwa lata i mężczyznę, który przynosi ci herbatę. Czego się boisz? Papieru?".
Może nie papieru. Może siebie. Może tego, że dwa razy już byłam pewna i dwa razy się myliłam. Że wzorzec się powtórzy. Że za trzy lata znowu będę siedzieć w kuchni, jeść sernik i dzwonić do prawnika.
Tadeusz czeka. Nie pogania. Rano podlewa moje pomidory na działce, wieczorem czyta mi fragmenty z książek o podróżach, których nigdy nie odbyliśmy. Wczoraj powiedział coś, co mnie zatrzymało: „Anielu, ja nie jestem trzeci raz. Ja jestem pierwszy raz jako ja".
Ten bukiet stoi w wazonie na komodzie. Kwiaty już przywiędły, ale nie mogę się zmusić, żeby je wyrzucić. Codziennie rano na nie patrzę i myślę o tym samym.
A potem odkładam myślenie na jutro.