
Po kolonoskopii w znieczuleniu nie wypuszczają samej - ktoś musi odebrać. Córka miała spotkanie, syn: „weź taksówkę, mamo". Odebrała mnie sąsiadka z dołu. Po tygodniu córka zadzwoniła pierwsza: „i jaki wynik? Bo lekarz mówi, że to dziedziczne".
Siedziałam wtedy na balkonie z kubkiem herbaty, w której dawno rozpuścił się cukier. Telefon leżał na stoliku ekranem do dołu, bo od tygodnia nie chciałam na niego patrzeć. Kiedy zobaczyłam „Ania" na wyświetlaczu, serce mi podskoczyło - zaraz potem opadło.
Nie „cześć, mamo, jak się czujesz". Nie „przepraszam, że nie mogłam przyjechać". Od razu wynik. Od razu - czy to dziedziczne.
Mam na imię Halina, skończyłam sześćdziesiąt dwa lata w marcu. Od trzydziestu lat pracuję w księgowości spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach, choć ostatnie pięć to już bardziej przyzwyczajenie niż potrzeba.
Mąż, Ryszard, odszedł osiem lat temu - nie umarł, po prostu odszedł do koleżanki z pracy. Ania ma trzydzieści cztery lata, mieszka na Ursynowie, jest prawniczką. Kamil trzydzieści jeden, informatyk, Mokotów. Oboje na tyle blisko, żeby mogło się wydawać, że daleko nie jest. A jednak.
Na kolonoskopię czekałam trzy miesiące. Skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu po wynikach krwi utajonych w kale - nazwa obrzydliwa, ale tak to się nazywa. Pani doktor w przychodni powiedziała spokojnym głosem: „To profilaktyka, proszę się nie denerwować, ale proszę nie zwlekać". Nie zwlekałam. Umówiłam się, kupiłam ten okropny preparat do picia, przygotowałam się. Jedyne, czego potrzebowałam od własnych dzieci, to żeby ktoś po mnie przyjechał.
Ance napisałam SMS dwa tygodnie wcześniej. Odpowiedziała tego samego dnia: „Mamo, dam znać, bo mam wtedy ważne spotkanie z klientem, ale postaram się". Dzień przed badaniem przyszła wiadomość: „Niestety, nie dam rady, spotkanie przesunęli na tę godzinę. Może Kamil?". Kamilowi zadzwoniłam wieczorem. Odebrał po piątym sygnale.
- Mamo, o której to jest?
- O dziesiątej. Powinni mnie wypuścić koło dwunastej, trzynastej.
- Kurczę, to środek dnia pracy. Nie mogłabyś wziąć taksówki?
- Kamil, po znieczuleniu nie wypuszczają samej. Musi ktoś podpisać odbiór.
- Serio? To dziwna procedura. Słuchaj, pogadam z szefem, ale nic nie obiecuję.
Nie pogadał. Albo pogadał i szef się nie zgodził. Albo w ogóle zapomniał. Rano, trzy godziny przed badaniem, napisał: „Mamo, nie wyrwę się, sorry. Weź taksówkę, dasz radę, jesteś twarda". Z uśmiechniętą buźką na końcu.
Stałam w kuchni z tym telefonem i patrzyłam na tę buźkę. Żółta, okrągła, uśmiechnięta. Pomyślałam, że chyba właśnie tak wygląda moment, kiedy człowiek rozumie, że jest sam. Nie dramatycznie sam, nie jak w filmie. Po prostu - praktycznie, logistycznie, medycznie sam.
Wtedy zadzwoniła Jadwiga. Sąsiadka z pierwszego piętra, ja mieszkam na trzecim. Siedemdziesiąt trzy lata, wdowa od pięciu lat, dwa koty, pelargonie na parapecie w takich ilościach, że zasłaniają jej połowę okna.
- Halinko, widziałam cię wczoraj na klatce, blada byłaś jak ściana. Coś się dzieje?
Powiedziałam jej. Nie wiem czemu - może dlatego, że zapytała. Jadwiga milczała przez chwilę, a potem powiedziała tonem, który nie znosił sprzeciwu:
- O której mam być pod kliniką?
Przyjechała taksówką, bo sama już nie prowadzi. Siedziała w poczekalni trzy godziny z krzyżówką panoramiczną i termosem z herbatą. Kiedy mnie wyprowadzono - jeszcze zamroczoną, w za dużych kapciach, bo swoje buty zostawiłam w szafce i nie mogłam trafić do zamka - Jadwiga wstała, wzięła mnie pod ramię i powiedziała do pielęgniarki: „To moja sąsiadka, odbieram ją". Podpisała formularz. W taksówce do domu trzymała moją torebkę na kolanach i opowiadała o tym, że jej kot Filemon znowu zrzucił doniczkę z parapetu.
Zawiozła mnie do mieszkania, zrobiła mi herbatę z cytryną, zostawiła na stoliku dwie drożdżówki z cukrem pudrem i powiedziała: „Jak będziesz potrzebowała, dzwoń. Jestem na dole". I poszła.
Przez tydzień nikt nie zadzwonił. Ani Ania, ani Kamil. Jadwiga zapukała dwa razy - raz z rosołem, raz zapytać, czy potrzebuję czegoś ze sklepu. Wyniki miały przyjść pocztą albo na konto pacjenta. Przyszły szóstego dnia. Polipy. Usunięte w trakcie zabiegu, wysłane do histopatologii. Dalsze wyniki za dwa tygodnie. Lekarz napisał w zaleceniach: „Wskazana kontrola u członków rodziny pierwszego stopnia ze względu na potencjalny charakter dziedziczny zmian".
I wtedy, następnego dnia, zadzwoniła Ania.
Nie - „mamo, jak się czujesz". Nie - „przepraszam, że mnie nie było". Pierwsze zdanie po „cześć" brzmiało: „I jaki wynik? Bo byłam u lekarza, rozmawiałyśmy o profilaktyce, i mówi, że to dziedziczne. Powinnam się zbadać?"
Zamarłam z kubkiem w ręku. Herbata znowu ostygła, jak wtedy na balkonie. Milczałam tak długo, że Ania powiedziała: „Mamo? Jesteś tam?"
Byłam. Całe sześćdziesiąt dwa lata mnie tam było.
- Polipy - powiedziałam. - Usunięte. Czekam na histopatologię.
- O Boże. To powinnam się zbadać, tak?
- Tak. Powinnaś.
Cisza. Słyszałam, jak Ania oddycha. Może czekała, że powiem coś jeszcze. Że powiem „nie martw się" albo „to nic groźnego" albo „przyjadę i porozmawiamy". Ale ja siedziałam i myślałam o Jadwidze z pierwszego piętra, która ma siedemdziesiąt trzy lata i obcego kota na kolanach, i która nie pytała o wyniki - tylko o to, czy potrzebuję czegoś ze sklepu.
- Mamo, nie gniewaj się na mnie. Naprawdę nie mogłam wtedy przyjechać.
- Wiem, Aniu.
- Kamil też nie mógł, miał deadline.
- Wiem.
Chciałam powiedzieć więcej. Że nie chodzi o taksówkę. Że nie chodzi nawet o podpis na formularzu. Że chodzi o to, że człowiek wchodzi na zabieg i myśli - co jeśli coś znajdą, co jeśli to poważne - i jedynym znajomym głosem, który usłyszy po przebudzeniu, jest głos sąsiadki z krzyżówką panoramiczną. Ale nie powiedziałam tego. Może kiedyś powiem.
- Aniu, jak będziesz chciała się umówić na badanie, mogę z tobą pojechać.
Znowu cisza. Krótsza niż poprzednia.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Wezmę dzień wolnego.
Rozłączyłam się i wyszłam na balkon. Lipy na osiedlu już kwitły, ciężki, słodki zapach wchodził do mieszkania razem z powietrzem. Na dole, na pierwszym piętrze, Jadwiga podlewała pelargonie. Zobaczyła mnie, podniosła rękę. Pomachałam.
Dwa tygodnie później przyszła histopatologia. Zmiany łagodne. Kontrola za trzy lata. Odetchnęłam. Zadzwoniłam do Ani, potem do Kamila. Kamil powiedział: „No super, mamo, to się cieszę". Ania milczała chwilę, a potem zapytała: „A pojedziesz ze mną? Na tę kolonoskopię?".
Powiedziałam, że pojadę. I pojadę - oczywiście, że pojadę. Jestem matką. Ale kiedy wieczorem stałam nad zlewem i myłam kubek po herbacie, pomyślałam o jednej rzeczy, której chyba nie powiem nigdy nikomu. O tym, że przez ten tydzień ciszy, kiedy nikt nie dzwonił, poczułam coś nowego. Nie złość. Nie żal. Coś cichszego i trudniejszego - świadomość, że moje dzieci kochają mnie naprawdę, ale dopiero wtedy, kiedy coś z mojego ciała może zagrozić ich ciału.
I nie wiem, czy da się z taką świadomością żyć normalnie. Ale herbatę piję dalej, z cytryną i cukrem, dokładnie jak Jadwiga lubi.