Odłożyłam córce dwadzieścia tysięcy na wkład na własne mieszkanie. Minął rok, mieszkania nie ma. We wrześniu zobaczyłam na Facebooku jej zdjęcia z Egiptu, podpisane: „Nareszcie zasłużony odpoczynek."

Zasłużony. To słowo mnie zatrzymało. Nie zdjęcia z plażą, nie turkusowa woda, nie uśmiech Patrycji w słonecznych okularach. Tylko to jedno słowo - zasłużony. Siedziałam w kuchni z laptopem na kolanach i powtarzałam je na głos, jakbym sprawdzała, czy dobrze przeczytałam.

Mam na imię Bożena, chociaż to bez znaczenia. Znaczenie ma to, że te dwadzieścia tysięcy zbierałam cztery lata. Cztery lata na pół etatu w księgowości firmy budowlanej na Pradze, gdzie Rysiek, mój szef, płacił uczciwie, ale nie hojnie. Cztery lata odkładania po czterysta, pięćset złotych miesięcznie, rezygnowania z sanatorium, łatania zimowej kurtki zamiast kupowania nowej. Cztery lata patrzenia, jak córka męczy się po wynajmowanych kawalerkach z pleśnią na ścianach i współlokatorkami, które zostawiają brudne garnki w zlewie.

Patrycja ma trzydzieści dwa lata. Pracuje w salonie fryzjerskim na Grochowie, wynajmuje pokój z aneksem przy Targowej. Kiedy w zeszłym roku powiedziała mi, że chce w końcu kupić coś swojego - małe, nawet na obrzeżach - ale brakuje jej do wkładu własnego, nie wahałam się ani sekundy.

„Mamo, to pożyczka" - powiedziała wtedy, siedząc na tym samym krześle, na którym ja teraz siedziałam z laptopem. „Oddam ci, jak tylko wejdę w kredyt i się urządzę."

Nie chciałam, żeby to była pożyczka. Chciałam, żeby to był prezent. Ale Patrycja się uparła, że odda, więc się zgodziłam, bo w gruncie rzeczy nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, żeby moje dziecko miało swój kąt. Żeby nie musiała prosić nikogo o pozwolenie na powieszenie obrazka na ścianie.

Przelałam jej pieniądze w październiku ubiegłego roku. Pamiętam, bo tego samego dnia kupiłam chryzantemy na cmentarz - Wszystkich Świętych był za tydzień. Dwadzieścia tysięcy zniknęło z mojego konta jak kamień wrzucony w wodę. Nawet echo nie wróciło.

Przez pierwsze miesiące pytałam ostrożnie. „Córciu, byłaś w banku?", „Patrycja, może pomóc ci szukać na Otodom?". Odpowiedzi były zawsze takie same - tak, szuka, ale ceny rosną, ale nic dobrego, ale poczekaj, mamo. Przestałam pytać gdzieś w marcu, bo Andrzej - mój brat, jedyna rodzina, jaka mi została po śmierci mamy - powiedział mi przy kawie: „Bożena, daj jej spokój, dorosła jest. Sama sobie poradzi."

Andrzej ma rację w wielu rzeczach, ale nie we wszystkich. To on zawsze powtarza, że za bardzo się wtrącam, że Patrycja musi popełniać własne błędy. Łatwo mu mówić - jego Kamil dostał mieszkanie po teściach i nigdy o nic nie musiał prosić.

Dałam więc spokój. Pracowałam, chodziłam do kościoła w niedzielę, podlewałam pomidory na działce, którą dostałam po tacie. Normalnie żyłam. A gdzieś w tle było to czekanie - kiedy Patrycja zadzwoni i powie: „Mamo, znalazłam. Chodź, pokażę ci."

We wrześniu Krysia z pracy powiedziała mi przy obiedzie: „Bożena, twoja Patrycja to chyba gdzieś poleciała, widziałam na Facebooku." Mam konto, ale rzadko zaglądam. Tego dnia zajrzałam.

Siedem zdjęć. Hurghada, all inclusive. Patrycja w kostiumie kąpielowym na tle basenu. Patrycja z drinkiem. Patrycja na wielbłądzie. I ten podpis: „Nareszcie zasłużony odpoczynek. Rok ciężkiej pracy za mną, czas na regenerację!"

Przeliczyłam w głowie. Egipt w sezonie - trzy, może cztery tysiące za osobę. Widziałam na jednym zdjęciu męską rękę podającą jej okulary. Ktoś z nią był. Więc sześć, siedem tysięcy. Może więcej, jeśli wybrała lepszy hotel.

Nie zadzwoniłam do niej tego dnia. Ani następnego. Chodziłam po mieszkaniu i rozmawiałam sama ze sobą, co pewnie wygląda żałośnie, ale tak robię od czasu, gdy Grzegorz - mój były mąż - wyprowadził się dwanaście lat temu. Mówię na głos, porządkuję myśli.

„Może odłożyła osobno" - powiedziałam do lustra w łazience. „Może ten wyjazd opłacił ktoś inny." Ale wiedziałam, że szukam wymówek. Patrycja zarabiała na rękę trzy i pół tysiąca. Wynajęcie pokoju kosztowało tysiąc dwieście. Po rachunkach, jedzeniu i dojazd zostawało jej niewiele. To ja ją tego nauczyłam - liczyć każdy grosz. Tyle że chyba nie wszystkiego się nauczyła.

Zadzwoniła sama, w piątek wieczorem, z lotniska Chopina. Wesoła, rozgadana. „Mamo, przywiozłam ci przyprawy i oliwki! Wpadnę jutro."

Wpadła z torbą prezentów. Przyprawy, oliwki, magnes na lodówkę z wielbłądem. Uśmiechnięta, opanowana, pachnąca kremem z filtrem. Zrobiłam herbatę, wyłożyłam sernik, który upiekłam rano - z przyzwyczajenia, nie z radości.

Nie wytrzymałam przy drugim kawałku.

„Patrycja, a co z mieszkaniem?"

Cisza. Łyżeczka zastygła nad talerzem.

„Mamo, ja ci wyjaśnię..."

„Wyjaśnij."

Wtedy usłyszałam historię, która - jak sądzę - była prawdą tylko w połowie. Że ceny poszły w górę. Że bank odmówił kredytu, bo umowa na zlecenie. Że musiała wydać część na naprawę samochodu. Że Egipt to był prezent od Daniela - tego z ręką podającą okulary - i prawie nic ją nie kosztował.

„Prawie nic" - powtórzyłam.

„Mamo, nie patrz tak na mnie."

„Jak patrzę?"

„Jakbym ci ukradła."

To słowo zawisło między nami jak dym z papierosa, którego nie paliłam od piętnastu lat. Ukradła. Nie powiedziałam tego. Ona powiedziała. Patrzyłam na nią i widziałam jednocześnie trzydziestodwuletnią kobietę z podróżną opalenizną i pięcioletnią dziewczynkę, która chowała cukierki pod poduszką, a potem przysięgała, że ich nie brała.

„Ile zostało z tych pieniędzy, Patrycja?"

Długo milczała. Obracała łyżeczkę w palcach. W końcu powiedziała cicho: „Osiem tysięcy."

Dwanaście tysięcy. Przepadło dwanaście tysięcy, które zbierałam ponad dwa lata. Poczułam coś dziwnego - nie złość, nie smutek, ale takie zimne zdumienie. Jakby ktoś mi powiedział, że ziemia jest płaska, i przedstawił na to dowody.

„Oddam ci wszystko" - powiedziała szybko. „Słowo daję, mamo. Do końca roku."

Chciałam powiedzieć wiele rzeczy. Że nie chodzi o pieniądze. Że chodzi o to, jak wyglądałam, kiedy rezygnowałam z wymiany okien w pokoju, żeby odłożyć kolejne pięćset złotych. Że chodzi o słowo „zasłużony" pod zdjęciem z Hurghady, podczas gdy ja od pięciu lat nie byłam na żadnych wakacjach. Że chodzi o zaufanie, które pęka cicho, bez trzasku, jak lód na stawie wczesną wiosną.

Ale powiedziałam tylko: „Jedz sernik, bo wystygnie."

Patrycja wyszła po godzinie. Uściskała mnie w przedpokoju mocniej niż zwykle. Na komodzie zostały oliwki i magnes z wielbłądem.

Minęły trzy tygodnie. Przelała mi dwa tysiące - bez słowa, po prostu przelew z tytułem „dla Mamy". Zostało jeszcze dziesięć. Albo dwanaście, jeśli liczyć uczciwie. Nie wiem, czy odda. Nie wiem, czy powinnam tego oczekiwać. Nie wiem nawet, czy to o pieniądze mi chodzi.

Na lodówce wisi magnes z wielbłądem. Codziennie rano go widzę, kiedy wyciągam masło. Myślałam, żeby go zdjąć, ale nie zdejmuję. Nie wiem dlaczego. Może czekam, aż sama zrozumiem - co boli bardziej. Te dwanaście tysięcy czy ten podpis: „zasłużony odpoczynek."