
Odbieram wnuka ze szkoły i pilnuję go do wieczora. W środę rozbił sobie kolano na podwórku - opatrzyłam, od razu zadzwoniłam. Córka przyjechała i przy dziecku rzuciła: „Na godzinę nie można cię z nim zostawić."
Filipek spojrzał na mnie tymi swoimi oczami - wielkimi, brązowymi, takimi samymi jak miała Anka w jego wieku - i widziałam, że nie rozumie, dlaczego mama krzyczy na babcię. Ja też nie bardzo rozumiałam. Stałam z wacikiem nasączonym wodą utlenioną w jednej ręce i plastrem z dinozaurami w drugiej, a moja córka patrzyła na mnie tak, jakbym właśnie upuściła jej dziecko z trzeciego piętra.
Mam na imię Bożena. Sześćdziesiąt dwa lata, od trzech na emeryturze. Trzydzieści lat przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach, tej przy Broniewskiego. Filipek to mój jedyny wnuk, syn mojej jedynej córki. I to właśnie dla niego zrezygnowałam z wyjazdu do sanatorium w zeszłym roku, z kursu komputerowego w bibliotece, z piątkowych spotkań z Krystyną i Ireną, bo - jak Anka powiedziała - „mamo, bez ciebie sobie nie poradzimy".
Nie poradzimy. To słowo wracało do mnie potem wielokrotnie, gdy stałam w pustej kuchni i zmywałam kubek po kawie Filipka. Nie poradzimy - kiedy trzeba odebrać ze szkoły. Nie poradzimy - kiedy trzeba nakarmić obiadem. Ale na godzinę nie można mnie z nim zostawić.
Filipek ma siedem lat i rozbite kolana to jego specjalność. Jeszcze zanim poszedł do zerówki, potrafił w ciągu jednego popołudnia obedrzeć sobie oba łokcie, nadepnąć na osę i wrócić z podwórka z kieszeniami pełnymi żołędzi i błota. Anka jako dziecko była taka sama. Pamiętam, jak miała sześć lat i spadła z drabinki na placu zabaw na Żoliborzu - przyjechaliśmy na pogotowie, okazało się, że nic złamanego, ale Rysiek - mój mąż, wtedy jeszcze żył - nosił ją na rękach przez dwa dni. Nikt wtedy nie powiedział do mnie: „Na godzinę nie można cię z nią zostawić".
W czwartek Anka przysłała mi SMS-a. „Mamo, sorry za wczoraj. Byłam po ciężkim dniu w pracy. Odbierzesz Filipka jak zwykle?"
Jak zwykle. Odpisałam: „Dobrze". I poszłam po niego, jak zwykle, na trzynastą trzydzieści, pod szkołę przy Kasprowicza. Filipek wybiegł z plecakiem, rzucił mi się na szyję, krzycząc: „Babciu! Babciu! Dostałem piątkę z przyrody!" - i w tej chwili pomyślałam, że może przesadzam. Że Anka rzeczywiście miała ciężki dzień. Że to było jedno głupie zdanie powiedziane w złości.
Ale potem, w domu, kiedy Filipek jadł zupę pomidorową i rysował dinozaury w zeszycie, zadzwoniła moja siostra Halina z Wrocławia.
- Bożenka, wszystko dobrze? - spytała tym swoim tonem, który zawsze oznaczał, że wie więcej, niż mówi.
- A czemu pytasz?
- Bo Anka napisała na tej grupie rodzinnej, że martwi się o twoje zdrowie. Że ostatnio jesteś roztargniona. Że Filipek się przy tobie skrzywdził.
Usiadłam na taborecie w kuchni. Filipek w pokoju śpiewał piosenkę o krokodylu. Zupa pomidorowa stygła na blacie.
- Jakie zdrowie? - wyszeptałam. - Halina, dziecko rozbiło kolano na podwórku. Rozbiło kolano! Siedmiolatek! Na podwórku!
- Wiem, wiem. Ale ona napisała, że boi się, czy dajesz sobie radę. I że może trzeba pomyśleć o jakiejś opiekunce.
Opiekunce. To słowo uderzyło mnie jak policzek. Nie opiekunce do Filipka. Opiekunce - do mnie.
Wieczorem, gdy Anka zabrała Filipka, nic nie powiedziałam. Ubrałam go w kurtkę, dałam mu pudełko z resztą placka drożdżowego, pocałowałam w czubek głowy. Anka stała w progu, uśmiechnięta, jakby nic się nie stało.
- Dzięki, mamo. Jutro jak zwykle, tak?
- Jak zwykle - odpowiedziałam.
Drzwi się zamknęły. Zostałam z ciszą, z zapachem dziecięcego szamponu na moim ramieniu i z telefonem w ręku. Weszłam na tę grupę rodzinną. I zobaczyłam.
Wiadomość od Anki, wysłana we wtorek wieczorem, dzień przed wypadkiem z kolanem: „Mama ostatnio zapomniała odebrać Filipka i musiałam prosić sąsiadkę. Nie chcę jej martwić, ale zastanawiam się, czy ona powinna nadal tyle czasu spędzać z nim sama."
Zapomniała odebrać. Przeczytałam to trzy razy. Nie zapomniałam. Nigdy nie zapomniałam. We wtorek Anka sama zadzwoniła do mnie rano i powiedziała, żebym nie odbierała, bo zabierze go wcześniej do dentysty. Sama to powiedziała. Mam tę wiadomość w telefonie, sprawdziłam. „Mamo, dziś nie odbieraj, zabieram Filipa do dentysty po szkole."
Siedziałam przy kuchennym stole do jedenastej w nocy. Herbata wystygła. Zegar tykał nad lodówką - ten sam zegar, który wisiał tu, gdy Rysiek jeszcze żył, gdy Anka była mała, gdy to ja pracowałam na pełny etat, gotowałam obiady i jakoś nikt nie mówił, że sobie nie radzę.
Myślałam o tym, dlaczego Anka to robi. Nie ze złości - tego byłam pewna. Znałam swoją córkę. Anka miała trzydzieści cztery lata, trudną pracę w korporacji, męża, który jeździł w delegacje po dwa tygodnie, i wieczne poczucie, że nie daje rady. Może potrzebowała winnego. Może łatwiej było napisać „mama sobie nie radzi", niż powiedzieć „ja sobie nie radzę". Rozumiałam to. Ale rozumienie to jedno, a ból to drugie.
W piątek rano zadzwoniłam do Anki.
- Córeczko, muszę z tobą porozmawiać.
- Mamo, jestem w pracy, może wieczorem?
- Nie. Teraz. Widziałam, co napisałaś na grupie rodzinnej.
Cisza. Słyszałam, jak oddycha. Gdzieś w tle ktoś stukał w klawiaturę.
- Mamo, to nie tak, jak myślisz…
- A jak, Anka? Napisałaś, że zapomniałam odebrać Filipka. Ty sama mi odwołałaś. Mam twoją wiadomość.
Znów cisza. Dłuższa.
- Mamo, porozmawiamy w domu, dobrze? Przyjadę po Filipka i porozmawiamy.
- Filipka dzisiaj nie odbiorę - powiedziałam. I sama nie wiedziałam, czy mówię to z bólu, ze złości, czy dlatego, że w końcu usłyszałam siebie.
Filipek zadzwonił do mnie wieczorem z telefonu Anki. Głos miał cienki, trochę zaspany.
- Babciu, czemu mnie dziś nie odebrałaś?
- Babcia miała sprawę do załatwienia, kochanie.
- A w poniedziałek będziesz?
Zacisnęłam palce na słuchawce. Za oknem bloku na Bielanach kwitły kasztany, takie same jak dwadzieścia pięć lat temu, gdy nosiłam Ankę na rękach po tym samym chodniku.
- Zobaczymy, syneczku - powiedziałam. - Zobaczymy.
Odłożyłam telefon. Placek drożdżowy stał na blacie przykryty ściereczką, jak zawsze w piątek, na wypadek gdyby ktoś wpadł. Nikt nie wpadł. Przez chwilę myślałam, że powinnam zadzwonić do Anki, przeprosić, powiedzieć, że oczywiście będę w poniedziałek pod szkołą jak zwykle, jak co dzień od dwóch lat. Ale nie zadzwoniłam. Zamiast tego wyciągnęłam z szuflady numer do sanatorium w Ciechocinku, ten, który schowałam rok temu, i położyłam go na stole obok telefonu.
Nie wiem jeszcze, co zrobię w poniedziałek. Ale wiem, że ten plaster z dinozaurami, który Filipek odlepił i dał mi na pamiątkę - „żebyś ty też miała, babciu, jakbyś się uderzyła" - leży u mnie na lodówce przylepiony magnesem. I że patrzę na niego za każdym razem, gdy wchodzę do kuchni.