
Moje mieszkanie to teraz „punkt odbioru" - kurierzy z ich paczkami trzy razy w tygodniu, bo „mama i tak w domu". W środę synowa poprosiła: „czekaj między czternastą a szesnastą, buty Frania". Przesyłka doszła. Moja wizyta w przychodni - nie.
Zadzwoniłam do rejestracji dopiero po szesnastej, kiedy kurier już dawno poszedł. Pani mi powiedziała, że następny wolny termin u doktor Majewskiej to za trzy tygodnie. Trzy tygodnie. Odłożyłam telefon i usiadłam przy kuchennym stole, patrząc na kartonowe pudełko z butami mojego wnuka. Ładne, niebieskie adidasy, rozmiar trzydzieści dwa. Franuś rośnie jak na drożdżach. A ja nie wiem, co mi jest z tym kolanem, bo nie zdążyłam dojechać do przychodni.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od dwóch lat jestem na emeryturze. Całe życie przepracowałam jako księgowa w firmie budowlanej na Mokotowie. Wydawałoby się, że po przejściu na emeryturę czas wreszcie będzie mój. Tak mi obiecywał Ryszard, mój mąż, który odszedł cztery lata temu - wylew, w jedną noc. „Bożenka, jak pójdziesz na emeryturę, to będziemy jeździć na wycieczki" - mówił. Nie zdążyliśmy nigdzie pojechać.
Teraz mieszkam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Ursynowie, na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty. Syn Tomek z żoną Patrycją i Franusiem mieszkają dziesięć minut samochodem, w nowym apartamentowcu za rondem. Córka Ania jest w Krakowie, dzwoni raz w tygodniu, w niedziele. To Tomek jest blisko. I to Tomek - a właściwie Patrycja - odkrył, że mama jest „i tak w domu".
Zaczęło się niewinnie. Jakieś pół roku temu Patrycja zamówiła przez internet płaszcz dla siebie, ale bała się, że nie zdąży odebrać, bo oboje z Tomkiem pracują do siedemnastej. „Mamo, mogłabyś poczekać na kuriera? To tylko jedna paczka". Mogłam. Byłam nawet zadowolona, że ktoś o mnie pomyślał, że mogę się na coś przydać. Otworzyłam drzwi, pokwitowałam, odłożyłam karton w przedpokoju. Wieczorem Tomek wpadł po płaszcz, pocałował mnie w czoło, dostał kawałek sernika. Normalnie.
Potem było więcej paczek. Dwie, trzy w tygodniu. Zabawki dla Frania, kosmetyki Patrycji, części do roweru Tomka, filtry do ekspresu, karma dla kota, którego nawet nie mam. Moje mieszkanie zaczęło przypominać magazyn. Na komodzie w salonie leżały sterty kartonów, bo Tomek nie zawsze wpadał tego samego dnia. Czasem czekały dwa, trzy dni. Raz tydzień.
Nie powiedziałam nic. Bo co miałam powiedzieć? Że mi przeszkadza? Że nie chcę? Przecież to mój syn. Przecież to drobiazg. Przecież ja i tak w domu siedzę.
Tylko że to „i tak w domu" zaczęło mnie dusić.
Bo ja nie siedzę w domu z nudów. Mam swoje życie. W poniedziałki chodzę na gimnastykę dla seniorów w domu kultury - doktor kazał, bo kręgosłup daje się we znaki po trzydziestu latach siedzenia nad biurkiem. We wtorki spotykam się z Haliną i Lucyną na kawę, koleżanki jeszcze z liceum. W czwartki jeżdżę na działkę na Okęciu, bo po Ryszardzie została tam altanka, trochę porzeczek, pomidory. A w środy - w środy miałam umówioną wizytę w przychodni, na którą czekałam od sześciu tygodni.
Kiedy Patrycja napisała SMS-a o tych butach, chciałam odpisać: „Nie dam rady, mam lekarza". Nawet zaczęłam pisać. A potem skasowałam i napisałam: „Dobrze". Bo usłyszałam w głowie głos Patrycji, ten lekko zniecierpliwiony, z ostatniej Wigilii, kiedy powiedziałam, że może nie przyjedzie po mnie Tomek, tylko sama dojadę taksówką: „Mamo, no co ty, przecież to żaden problem, po prostu poczekaj". Po prostu poczekaj. Jak pies przy drzwiach.
Nie, Patrycja nie jest złą osobą. Nie jest żadną złą synową z serialu. Jest po prostu zajęta. Pracuje w korporacji, biega między spotkaniami online, odbiera Frania ze szkoły, gotuje, sprząta. Wiem, jak to wygląda, bo sama byłam kiedyś taką matką. Tyle że moja teściowa, świeć Panie nad jej duszą, nigdy nie była punktem odbioru. Moja teściowa potrafiła powiedzieć: „Nie, Rysiu, dzisiaj mi nie pasuje". I świat się nie zawalił.
A ja nie umiem.
W czwartek rano zadzwonił Tomek. Wesoły, szybki, jak zawsze.
- Mamo, wpadnę koło osiemnastej po te buty. I słuchaj, Patrycja zamówiła taki dywan do pokoju Frania, duża paczka, pewnie przyjdzie w piątek albo w poniedziałek. Dasz radę?
Milczałam chwilę za długo.
- Mamo? Słyszysz mnie?
- Słyszę, Tomek. Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć.
- No mów.
- Ja wczoraj przez te buty nie dojechałam do lekarza. Czekałam na kuriera.
Cisza. Potem Tomek powiedział coś, co mnie zabolało bardziej niż to kolano.
- No to przełóż wizytę, mamo. Przecież to nie pilne, co?
Nie pilne. Skąd on wie, że nie pilne? Nie pytał, do jakiego lekarza idę. Nie spytał, co mi dolega. Po prostu założył, że matka na emeryturze nie ma nic pilnego. Że jej czas jest taki jak ta przestrzeń w przedpokoju - wolna, do dyspozycji, czekająca na wypełnienie cudzymi kartonami.
- Tomek - powiedziałam - ja przełożyłam. Na za trzy tygodnie. Ale to nie o to chodzi.
- A o co?
Stałam przy oknie z telefonem przy uchu i patrzyłam na parking przed blokiem. Lipy na osiedlu zaczynały się zielenić. Piękny kwiecień. Pomyślałam o Ryszardzie, o tych wycieczkach, na które nie pojechaliśmy. O tym, że mam sześćdziesiąt trzy lata i nie wiem, ile jeszcze tych wiosen zobaczę z tego okna.
- O to, że ja nie jestem punktem odbioru, synku.
Znów cisza. Dłuższa niż poprzednia.
- Mamo, no co ty. Nikt tak nie mówi. Po prostu to wygodne, bo ty jesteś w domu, a my...
- Właśnie, Tomek. Właśnie o to chodzi.
Rozłączyłam się pierwsza. Ręce mi się trzęsły. Nie od złości - od tego, że pierwszy raz w życiu powiedziałam synowi coś, co mogło go zranić. I nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam.
Wieczorem Tomek przyjechał po buty. Wszedł, postawił karton przy drzwiach, popatrzył na mnie. Wyglądał jak mały chłopiec, który nie rozumie, za co dostał szlaban.
- Mamo, przepraszam. Nie chciałem... Ja nie wiedziałem, że to tak odbierasz.
Zrobiłam mu herbatę. Usiedliśmy w kuchni. Powiedziałam mu o kolanie, o gimnastyce, o działce, o Halinie i Lucynie. O tym, że mam swój plan dnia i że ten plan jest dla mnie ważny. Że go kocham, Frania kocham, nawet Patrycję lubię - ale nie chcę być paczkomat.
Słuchał. Kiwał głową. Powiedział: „Rozumiem, mamo".
A potem, już w drzwiach, z butami pod pachą, dodał:
- Ale jakby czasem coś przyszło, to mogę dać twój adres? Tak raz na jakiś czas?
Patrzyłam na niego i nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Bo to jest mój syn. Kochany, dobry chłopak. Który naprawdę nie rozumie.
Albo rozumie, ale wygoda jest silniejsza.
Powiedziałam: „Zobaczymy". Zamknęłam drzwi. Usiadłam na krześle w przedpokoju, tym samym, na którym czekam na kurierów. I pomyślałam, że za trzy tygodnie mam wizytę u doktor Majewskiej. Że tym razem pojadę. Że nie będę na nikogo czekać.
Ale czy jak zadzwoni Patrycja z kolejną paczką - naprawdę powiem „nie"?