
Rok po pogrzebie Stefana rodzina wciąż mówi o mnie szeptem: „biedna, sama została". Synowa przyniosła ulotkę grupy wsparcia dla wdów. Poszłam. Wspierają się w czwartki na basenie, a w maju jadą w Bieszczady. Zapisałam się na jedno i drugie.
Ulotkę Agnieszka położyła na blacie kuchennym, między cukiernicą a solniczką, jakby to był kolejny rachunek za gaz. Nie powiedziała nic. Nie musiała. Jej oczy mówiły: „Teściowa, rusz się wreszcie z tej kanapy, bo zwariujesz".
Może nie dokładnie tak, ale coś w tym stylu. Wzięłam kartkę, przeczytałam. „Klub Wdów - bo życie trwa dalej". Nazwa brzmiała jak tytuł kiepskiej komedii. Odłożyłam ulotkę. Potem ją podniosłam. I jeszcze raz odłożyłam.
Stefan umarł w marcu zeszłego roku. Ot tak - wyszedł rano do garażu po wiertarkę, bo Tomek prosił, żeby mu podwiercić półkę w łazience, i nie wrócił. Rozległy zawał.
Czterdzieści dwa lata małżeństwa skończyły się na betonowej posadzce, między starymi oponami a skrzynką z narzędziami. Sześćdziesiąt trzy lata miał. Ja mam sześćdziesiąt jeden.
Przez pierwsze miesiące było mnóstwo ludzi. Tomek przyjeżdżał co tydzień z Agnieszką i wnukami, Kasia dzwoniła codziennie z Wrocławia, nawet sąsiadka z dołu, pani Władzia, przynosiła zupę co drugi dzień. Potem - jak to bywa - życie wróciło do swoich torów. Tomek zaczął przyjeżdżać co dwa tygodnie, Kasia dzwoniła w niedziele, a pani Władzia przestała gotować, bo sama zachorowała na biodro. I zostałam ja. Ja i mieszkanie na trzecim piętrze bloku na Retkini, w którym każdy kąt pachniał Stefanem.
Nie chciałam się użalać. Naprawdę nie chciałam. Ale jest coś w tej ciszy, kiedy człowiek wstaje rano i nie ma komu powiedzieć „dzień dobry". Kiedy herbata na dwie osoby staje się herbatą na jedną, ale ręka i tak nalewa za dużo wody. Kiedy włącza się telewizor nie po to, żeby coś oglądać, ale żeby ktoś mówił.
Ulotkę przeczytałam trzeciego dnia po tym, jak Agnieszka ją zostawiła. Czwartek, basen miejski przy Kilińskiego, godzina osiemnasta. Zadzwoniłam pod numer. Odebrała kobieta o głębokim, ciepłym głosie.
- Halina jestem. Proszę przyjść, zobaczy pani, a jak się nie spodoba, to nikt nie będzie ciągnął za rękaw.
- Ja nie mam kostiumu kąpielowego - powiedziałam, bo to była pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy.
- To pani kupi. Decathlon na Piłsudskiego, trzydzieści dziewięć złotych jednoczęściowy. Polecam granatowy - odparła Halina i się rozłączyła.
Kupiłam granatowy. Stałam w przymierzalni Decathlonu i patrzyłam w lustro na kobietę, której nie widziałam od lat. Blada, przygarbiona, z ramionami ściągniętymi do przodu, jakby chroniła coś w środku. Stefan mawiał: „Bożenka, ty to masz figurę". Już dawno nie miałam. Ale kostium kupiłam.
Pierwszy czwartek był koszmarem. Przyszłam dwadzieścia minut za wcześnie, usiadłam na ławce w holu i prawie wyszłam trzy razy. Potem pojawiła się Halina - wysoka, mocno zbudowana kobieta z krótkimi siwymi włosami i energią, którą czuć było z trzech metrów.
- Pani Bożena? Chodź, przedstawię cię dziewczynom.
Dziewczyny. Osiem kobiet między pięćdziesiątką a siedemdziesiątką, każda wdowa, każda z własną historią. Grażyna straciła męża pięć lat temu, prowadziła teraz małą kwiaciarnię. Lucyna, emerytowana nauczycielka z Teofilowa, owdowiała dwa lata temu i od tamtej pory nie przespała ani jednej nocy bez tabletki. Celina, najmłodsza - ledwo pięćdziesiąt dwa lata - mąż zginął w wypadku na obwodnicy. Nie płakały. Śmiały się, rozmawiały, pływały - albo raczej bryzgały się na torze dla początkujących - i piły potem herbatę z automatu w plastikowych kubkach.
Po trzecim czwartku złapałam się na tym, że czekam na następny. Że w poniedziałek myślę: jeszcze trzy dni. Że pakuję torbę już w środę wieczorem. Kostium, czepek, klapki, ręcznik. Jak dziecko przed wycieczką szkolną.
Tomek zareagował dziwnie, kiedy mu powiedziałam.
- Basen? - powtórzył, jakby mu oznajmiła, że lecę na Marsa. - Mamo, ty? Na basenie?
- A co, kaleka jestem?
- Nie, nie, to świetnie - dodał pospiesznie. Ale widziałam, jak spojrzał na Agnieszkę. To spojrzenie: „widzisz, co narobiłaś tą ulotką?"
Agnieszka się tylko uśmiechnęła. Lubię tę dziewczynę. Nie zawsze ją lubiłam, przyznam. Przez pierwsze lata po ślubie z Tomkiem uważałam, że zabiera mi syna. Teraz wiem, że to ona jedyna potraktowała mnie jak dorosłego człowieka, a nie jak porcelanową figurkę na komodzie, którą trzeba ścierać z kurzu i uważać, żeby nie spadła.
W kwietniu Halina ogłosiła: „Dziewczyny, maj, Bieszczady, schronisko pod Tarnicą, pięć dni. Kto jest?". Ręka poszła w górę, zanim zdążyłam pomyśleć. Zapisałam się. Dopiero w domu dotarło do mnie, co zrobiłam. Stefan i ja nigdy nie jeździliśmy w góry. Stefan nie lubił gór. Stefan lubił działkę, piwo i mecze w telewizji. I ja przez czterdzieści dwa lata lubiłam to samo. A może tylko myślałam, że lubię?
Kasia, kiedy usłyszała, zamilkła na dłuższą chwilę.
- Mamo, ty poważnie? Bieszczady? Z obcymi kobietami? A jak ci ciśnienie skoczy? A jak kolano nawali?
- To wrócę.
- Ale tato by się martwił.
Tato. To słowo zawisło między nami jak mokry ręcznik na sznurku. Tato by się martwił. Tato nie żyje, kochanie - chciałam powiedzieć, ale nie powiedziałam. Bo Kasia nie mówiła o Stefana. Kasia mówiła o siebie. O swój strach, że matka się zmienia, że robi coś nieprzewidywalnego. Że wymyka się z roli, którą dla niej napisali: biedna mama, sama została, trzeba dzwonić w niedziele.
Na majówkę spakowałam plecak. Pożyczyłam od Agnieszki kijki trekkingowe - „Teściowo, mam dwie pary, bierz te czerwone". Kupiłam buty w sklepie sportowym. Sprzedawczyni zapytała, czy dla wnuczki. Nie, powiedziałam, dla siebie. Spojrzała na mnie z czymś między zdziwieniem a szacunkiem.
Wieczorem przed wyjazdem siedziałam w kuchni z herbatą i patrzyłam na krzesło Stefana. Stoi naprzeciwko, tam gdzie zawsze. Poduszka, którą podkładał pod plecy, nadal leży. Nie potrafiłam jej zabrać. Nie potrafiłam też wyrzucić jego kapci spod szafki w przedpokoju ani kubka z napisem „Super Dziadek", który dostał od Zosi na Dzień Dziadka.
Zadzwoniła Halina.
- Bożena, autobus o szóstej rano, pamiętaj. I weź drugie skarpety, wełniane. W schronisku zimno w nocy.
- Halina - powiedziałam cicho - czy ja dobrze robię?
Cisza. Potem usłyszałam, jak wciąga powietrze.
- A jak myślisz? Bo ja ci nie odpowiem. Każda z nas musiała to sama sobie powiedzieć.
Rozłączyłam się. Umyłam kubek. Zgasiłam światło w kuchni, ale zanim wyszłam, cofnęłam się i pogłaskałam poduszkę na krześle Stefana. Delikatnie, czubkami palców, jak kiedyś głaskałam jego włosy, kiedy zasypiał przed telewizorem.
Plecak stał przy drzwiach. Budzik nastawiony na piątą. Wiedziałam, że rano albo go podniosę i wyjdę, albo odstawię do szafy i wrócę na kanapę, pod koc, do ciszy.
Nie wiedziałam jeszcze, co zrobię. I chyba właśnie to było najdziwniejsze - bo przez czterdzieści dwa lata zawsze wiedziałam. Stefan decydował, a ja wiedziałam.
Teraz, pierwszy raz w życiu, nie wiedziałam. I nie było to wcale takie straszne.