
Pięć dni w tygodniu jestem z wnukami - odbieram ze szkoły, gotuję, sprawdzam lekcje. W zeszłym tygodniu miałam wysoką gorączkę i poprosiłam córkę, żeby raz została z dziećmi sama. „Weź coś na przeziębienie i przyjedź, przecież i tak siedzisz w domu."
Te słowa usłyszałam przez telefon, leżąc pod kołdrą z termometrem, który pokazywał trzydzieści dziewięć i dwa. Odłożyłam komórkę na szafkę nocną, a na ekranie zostało jeszcze świecące zdjęcie Zuzi i Kubusia - tapeta, którą sama ustawiłam sobie pół roku temu, bo te buźki potrafiły poprawić mi humor nawet w najgorszy dzień. Tamtego wieczoru nie poprawiły.
Leżałam i patrzyłam w sufit. Myślałam o tym, kiedy ostatnio ktoś zapytał mnie, jak się czuję. Nie wnuki - bo one pytają, to normalne, to dzieci. Kiedy ostatnio zapytała mnie Agnieszka. Moja córka. I nie mogłam sobie przypomnieć.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Zanim przeszłam na emeryturę, pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach. Trzydzieści jeden lat przy tych samych biurkach, tych samych kolumnach cyfr. Kiedy odchodziłam, dostałam bukiet kwiatów, bon do drogerii i uścisk dłoni prezesa. A tydzień później zadzwoniła Agnieszka.
„Mamo, Zuzia idzie do zerówki we wrześniu, a ja mam awans. Nie dam rady sama z odbiorami, z obiadami, z lekcjami Kubusia. Tata nie żyje, ty jesteś teraz w domu. Pomożesz?"
Tata nie żyje. Mój Rysiek odszedł cztery lata temu, na raka trzustki - szybko, w pięć miesięcy od diagnozy. Agnieszka powiedziała to wtedy takim tonem, jakby wyliczała fakty. Jakby śmierć ojca była jedną z kolumn w arkuszu kalkulacyjnym - po stronie „dostępne zasoby". Ugryzłam się w język, bo potrzebowała pomocy, a ja potrzebowałam sensu. Pusty dom po Ryśku doprowadzał mnie do szału. Zgodziłam się tego samego dnia.
I tak zaczął się mój nowy etat. Bez umowy, bez wynagrodzenia, za to z pełną odpowiedzialnością. Poniedziałek - piątek, od wpół do trzeciej, kiedy odbierałam Kubusia z czwartej klasy, a potem Zuzię z przedszkola. Obiad - gotowany u Agnieszki, bo u niej większa kuchnia i Kubuś mógł od razu siadać do lekcji. Potem zadania domowe. Potem kąpiel, jeśli Agnieszka z Darkiem się spóźniali. A spóźniali się coraz częściej.
Przez pierwszy rok nie narzekałam. Wnuki to moje światło - Kubuś, poważny jak dziadek, z tymi samymi zmarszczonymi brwiami nad zeszytem z matematyki. Zuzia, która śpiewa na cały głos piosenki z bajek i wymyśla historie o kotkach kosmonautach. Kochałam każdą chwilę z nimi. Ale gdzieś w drugim roku zaczęłam czuć, że coś się zmienia.
Najpierw były drobnostki. Agnieszka przestała pytać, czy mogę - po prostu zakładała, że będę. Wizyty u lekarza przesuwałam na soboty, bo w tygodniu nie miałam kiedy. Zrezygnowałam z kursu ceramiki w domu kultury - zapisałam się w październiku, a w listopadzie już wiedziałam, że nie dam rady dojechać na czwartki o szesnastej. Koleżanka Krysia zapraszała mnie na spacery po Młocinach, a ja odmawiałam, bo musiałam ugotować rosół, bo Kubuś je tylko mój rosół, bo Agnieszka mówi, że z proszku to nie jedzenie.
Potem były weekendy. „Mamo, w sobotę z Darkiem idziemy na urodziny znajomych. Weźmiesz dzieci?" Brałam. „Mamo, w niedzielę muszę nadrobić raporty, zostaniesz do kolacji?" Zostawałam. „Mamo, ferie zimowe - mogłabyś wziąć ich do siebie na tydzień? My z Darkiem chcielibyśmy pojechać na narty." Wzięłam.
Ani razu nie powiedziała „dziękuję". Znaczy - może powiedziała, gdzieś na początku. Ale to się rozmyło, zniknęło jak cukier w herbacie. Stało się oczywiste. Ja stałam się oczywista.
Kiedy zadzwoniłam z tą gorączką w zeszły wtorek, naprawdę ledwo stałam na nogach. Trzęsło mnie, bolały mnie wszystkie stawy, kaszel rwał klatkę piersiową. Lekarz z teleporady powiedział: grypa, leżeć, dużo pić, nie wychodzić z domu. Nie wychodzić - to było kluczowe. Wykręciłam numer do Agnieszki o pierwszej, dwie godziny przed odbiorem Kubusia.
Wiedziałam, że będzie trudna rozmowa. Ale nie spodziewałam się tego, co usłyszałam.
„Mamo, no weź, to jeden dzień. Napij się gorącej herbaty z miodem i przyjedź. Dzieci i tak cię rozchmurza. Przecież i tak siedzisz w domu, to jaka różnica."
Jaka różnica. Siedzę w domu. Jakby moje leżenie z gorączką było tym samym co moje codzienne siedzenie w jej kuchni nad garnkami. Jakby bycie chorą było odmianą bycia bezrobotną - a jedno i drugie oznaczało: dostępna.
„Agnieszka" - powiedziałam, a głos mi się łamał, i to nie tylko od zapalenia gardła. „Mam gorączkę prawie czterdzieści. Nie mogę przyjechać."
Cisza. A potem westchnienie - głośne, przez nos, takie które znam od jej szesnastego roku życia.
„No to co ja mam teraz zrobić? Mam spotkanie o trzeciej, nie mogę go odwołać."
„Niech Darek odbierze."
„Darek ma dyżur. Mamo, naprawdę nie możesz się postarać?"
Postarać się. Postarać się nie mieć gorączki. Postarać się być maszyną, która nie psuje się, nie choruje, nie potrzebuje dnia wolnego. Przez trzy lata nie wzięłam ani jednego dnia wolnego. A ona mówiła „postarać się" takim tonem, jakbym ją zawodziła.
Nie pojechałam. Pierwszy raz od trzech lat powiedziałam „nie". Leżałam potem w ciszy, słuchałam zegara w przedpokoju i czułam dziwną mieszankę ulgi i wyrzutów sumienia. Bo oczywiście natychmiast pomyślałam o Kubusiu, który stoi przed szkołą i czeka. O Zuzi, która pyta „a gdzie babcia?". Zadzwoniłam do Agnieszki o piątej. Nie odebrała. Oddzwoniła po dziewiątej wieczorem.
„Odwołałam spotkanie. Straciłam przez to klienta. Mam nadzieję, że jesteś zadowolona."
I się rozłączyła.
Przez trzy dni się do mnie nie odzywała. Gorączka spadła w czwartek. W piątek rano wstałam, zrobiłam sobie kawę i usiadłam przy stole w kuchni. Patrzyłam na lodówkę, na której magnesem trzymam rysunek Zuzi - dom, drzewo, słoneczko i cztery postacie. Babcia jest tą największą.
Wtedy zadzwonił telefon. Agnieszka.
„Mamo, lepiej ci? Bo w poniedziałek normalnie, tak? Kubuś ma jutro sprawdzian z przyrody, trzeba by z nim powtórzyć."
Żadnego „przepraszam". Żadnego „jak się czujesz". Od razu poniedziałek, od razu grafik, od razu obowiązki. Jakby ta gorączka była awarią w systemie, którą już naprawiono.
Stałam z telefonem przy uchu i patrzyłam na ten rysunek na lodówce. Kocham te dzieci bardziej niż cokolwiek na świecie. Kocham Agnieszkę - jest moją córką, jedynym dzieckiem, które mam. Ale pomyślałam wtedy o Krysi, która wciąż zaprasza mnie na spacery. O kursie ceramiki, na który można się jeszcze zapisać na wiosnę. O tym, że mam sześćdziesiąt dwa lata i że to nie jest jeszcze koniec - albo przynajmniej nie powinien być.
„Agnieszka" - zaczęłam. „Musimy porozmawiać. Ale nie przez telefon. Przyjdź do mnie w sobotę, sama, bez dzieci."
Po drugiej stronie było słychać zaskoczenie. A może niepokój.
„O czym?"
Nie odpowiedziałam od razu. Za oknem kwitła jabłoń, którą Rysiek posadził dwadzieścia lat temu. Pomyślałam, że on by wiedział, co powiedzieć. A może nie. Może on też by milczał, bo tak było łatwiej.
„Przyjdź" - powtórzyłam. „Po prostu przyjdź."
Sobota jest jutro. Nie wiem jeszcze, jakich słów użyję. Wiem tylko, że jeśli ich nie powiem - te słowa zjedzą mnie od środka, cicho, powoli, jak rak zjadł Ryśka. Tyle że ten rak wybieram sama.