
Policzyłam to sobie wczoraj wieczorem. Przez lata kupiłam wnukom tyle butów i kurtek, że nie sposób zliczyć. Na moje siedemdziesiąte urodziny dostałam od nich bon do Biedronki.
Dwieście złotych. Tyle jestem warta. Siedziałam przy kuchennym stole, obracałam tę plastikową karteczkę w palcach i próbowałam sobie wmówić, że to gest, że się liczy myśl. Ale myśl to ja widziałam - taką samą kartę można kupić przy kasie, w ostatniej chwili, stojąc w kolejce z piwem i chipsami. Herbata mi wystygła, a ja dalej siedziałam i liczyłam. Zimowe buty dla Kacpra w zeszłym roku - trzysta osiemdziesiąt złotych. Kurtka narciarska dla Zuzi, bo jechała na obóz - czterysta dwadzieścia. Plecak szkolny, dwa razy bluza, trampki na wuef. Bieżące rzeczy, nie żadne luksusy. Ale to się zbiera.
Nie chodzi mi o pieniądze - a właściwie to nie tylko o pieniądze. Chodzi mi o to, że kiedy Kacper miał dziesięć lat i bolał go ząb w nocy, to do kogo dzwoniła moja córka Marzena? Do mnie. Kiedy Zuzia dostała ospę, a Marzena z Darkiem musieli lecieć na urlop, bo przepadną bilety - kto siedział tydzień z gorączkującym dzieckiem? Ja. Halina Majewska, siedemdziesiąt lat, emerytowana nauczycielka z Bielan, matka jednej córki i babcia dwójki wnuków, które najwyraźniej babcię kochają na dwieście złotych do Biedronki.
Urodziny były w sobotę. Marzena przyszła z Darkiem o trzeciej, przyniosła ciasto z cukierni - przynajmniej nie z Biedronki, pomyślałam złośliwie. Kacper, szesnastoletni chłopak, który kiedyś wieszał mi się na szyi, siedział na kanapie i patrzył w telefon. Zuzia, czternaście lat, chociaż złożyła życzenia, ale takim tonem, jakby odpowiadała przy tablicy z materiału, którego nie przeczytała. „Sto lat, babciu, dużo zdrowia." I wrócili do swoich ekranów.
- Mamo, no nie rób takiej miny - powiedziała Marzena, gdy Darek poszedł na balkon zapalić. - Dzieci miały tydzień sprawdzianów, ledwo żyją.
- Ja nic nie mówię - odpowiedziałam.
- No właśnie mówisz. Tą miną mówisz.
Marzena od lat czyta mnie jak otwartą księgę i od lat jej to przeszkadza. Zawsze twierdzi, że oczekuję za dużo, że „robię ludziom poczucie winy". Może i robię. Ale kiedy Marzena skończyła trzydzieści lat, ja pojechałam do Krakowa po jej wymarzone kolczyki od jubilera, które widziała w katalogu. Cztery godziny w pociągu w jedną stronę. Nie dlatego, że jestem święta - dlatego, że mi na niej zależało na tyle, żeby się postarać. A ona mi daje bon do Biedronki i mówi, żebym nie robiła miny.
Zaczęło się pewnie znacznie wcześniej niż te urodziny. Pierwszy sygnał złapałam jakoś w styczniu. Zadzwoniłam do Marzeny z pytaniem, czy wpadną na niedzielny obiad. „Mamo, nie wiem, może, zobaczymy" - i się rozłączyła po minucie. Nie wpadli. Tydzień później to samo. I kolejny. W lutym dowiedziałam się z Facebooka - bo Marzena nie pomyślała, żeby powiedzieć osobiście - że Kacper wygrał zawody pływackie na szczeblu dzielnicowym. Napisałam gratulacje w komentarzu pod zdjęciem. Jak obca osoba. Jak sąsiadka z trzeciego piętra.
Wtedy pierwszy raz pomyślałam: czy ja się dla nich liczę, czy jestem tylko awaryjnym planem?
Przez następne tygodnie obserwowałam uważniej. Marzena dzwoniła raz w tygodniu, zwykle wtedy, kiedy czegoś potrzebowała. „Mamo, czy mogłabyś odebrać Zuzię z ortodonty, bo mi się spotkanie przedłużyło?" Mogłam. Zawsze mogłam. Jechałam dwa przystanki autobusem, czekałam pod kliniką, kupowałam Zuzi drożdżówkę z jabłkami, bo wiem, że takie lubi. A potem odwoziłam ją do domu i wracałam do siebie, do pustego mieszkania, w którym zegar w przedpokoju tyka głośniej z każdym rokiem.
Po urodzinach nie zadzwoniłam do Marzeny przez pięć dni. Chciałam zobaczyć, czy ona zadzwoni. Zadzwoniła szóstego dnia.
- Mamo, słuchaj, czy mogłabyś w czwartek rano wziąć Zuzię? Mamy z Darkiem wizytę u notariusza, kwestia przepisania garażu, nudne sprawy.
- Nie mogę - powiedziałam.
Cisza. Usłyszałam, jak Marzena przełyka ślinę.
- Jak to nie możesz? Masz coś?
- Mam - powiedziałam. - Mam siedemdziesiąt lat i nie muszę tłumaczyć ci z czego jest złożony mój dzień.
To był chyba pierwszy raz od lat, kiedy odmówiłam. Może pierwszy raz w ogóle. Marzena milczała sekundę, dwie, pięć. Potem powiedziała: „Dobra, jakoś to ogarnę" - i się rozłączyła. Bez „pa, mamo". Bez „to pogadamy jutro". Suchy odgłos końca połączenia.
W czwartek rano siedziałam w kuchni i piłam kawę z mlekiem. Wyjrzałam przez okno na podwórko - na ławce pod klonem siedział jakiś dziadek z laską, patrzył przed siebie. Pomyślałam, że tak będę wyglądać za kilka lat. Siedemdziesiąt lat to dużo. To więcej, niż mój tata przeżył. A ja tracę ten czas na liczenie, kto do mnie zadzwonił, a kto nie.
Ale nie umiałam przestać liczyć.
W piątek wieczorem Marzena przyjechała bez zapowiedzi. Stała w drzwiach z torbą z cukierni - tą samą, z urodzin - i miała czerwone oczy. Darku mi nie wpuściła, bo nie przyjechał.
- Mamo, przepraszam za ten bon - powiedziała cicho. - To nie dzieci wymyśliły. To ja. Byłam zmęczona, nie miałam czasu, wrzuciłam kartę do koperty. I wiem, jak to wyglądało.
Zaparzyłam herbatę. Wyciągnęłam sernik, który upiekłam dzień wcześniej, bo zawsze piekę, jakby ktoś miał wpaść. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie.
- Nie chodzi o bon, Marzena - powiedziałam. - Chodzi o to, że ja nie wiem, co się dzieje w życiu moich wnuków, dopóki nie zobaczę tego na Facebooku. Że dzwonisz tylko kiedy czegoś potrzebujesz. Że ja staram się, a mam wrażenie, że jestem… no, jak ta babcia z reklamy, co uśmiecha się i podaje obiad.
Marzena pokiwała głową. Nie zaprzeczała. Ale potem powiedziała coś, co mną wstrząsnęło:
- A czy ty kiedykolwiek zapytałaś, jak ja się czuję? Nie Zuzia, nie Kacper - ja? Bo ja mam czterdzieści pięć lat, mamo, i od trzech lat biorę leki na depresję, a ty nie wiesz. Bo ty widzisz tylko wnuki.
Patrzyłam na nią i szukałam w pamięci momentu, kiedy zapytałam Marzenę o nią samą. Nie o dzieci, nie o Darka, nie o pracę - o nią. I nie mogłam sobie przypomnieć. Może był taki moment. Ale widocznie nie dość wyraźny, żeby Marzena go zapamiętała.
Wyszła koło dziewiątej. W drzwiach powiedziała: „Pogadamy jeszcze, dobrze?" i pocałowała mnie w policzek. Pierwszy raz od dawna.
Potem długo stałam w przedpokoju. Na wieszaku wisiała kurtka Kacpra, którą zostawił u mnie w zeszłym miesiącu. Obok, na szafce, leżał ten bon. Dwieście złotych do Biedronki. Schowałam go do szuflady pod rachunkami za prąd.
Może kiedyś go wykorzystam. A może nie. Jeszcze nie wiem, co zrobię z wieloma rzeczami - z tym bonem, z tą złością, z tym, co powiedziała mi Marzena o lekach. Bo jeśli moja córka trzy lata chorowała, a ja nie zauważyłam, to kto tu właściwie kogo zaniedbał?
Zegar w przedpokoju tyka. Cisza w domu jest taka sama jak wczoraj. Ale coś się chyba przesunęło - nie wiem jeszcze w którą stronę.