Wnuki mam u siebie na wszystkie dni robocze - pranie, lekcje, katar. Na komunię i wczasy nad morzem synowa woli zabrać „babcię Krysię", tę drugą. Na rodzinnych zdjęciach jest zawsze ona - uśmiechnięta i wypoczęta.

Zobaczyłam te zdjęcia w niedzielę wieczorem. Zuzia wrzuciła na Facebooka album z komunii Oliwierka - trzydzieści dwa zdjęcia, policzyłam. Na dwunastu była Krysia. Na żadnym - ja. Siedziałam na kanapie z laptopem na kolanach, Bartek obok oglądał mecz, a ja przewijałam te zdjęcia raz za razem, jakbym szukała dowodu, że jednak gdzieś się tam zmieszczę. Między tortem a kościołem. Między kwiatami a prezentami. Nie zmieściłam się.

- Pokaż - powiedział Bartek, nie odrywając wzroku od telewizora.

- Nie ma czego pokazywać.

Zamknęłam laptopa. Poszłam do kuchni zaparzyć herbatę. Na blacie leżały jeszcze zeszyty Oliwierka z piątku - ćwiczenia z polskiego, które razem odrabialiśmy. Jego pismo, krzywe, jak u każdego ośmiolatka, z podkreślonymi na zielono literkami. „Babcia Bożena pomogła mi napisać opowiadanie o psie" - przeczytałam na marginesie, bo tak kazała pani od polskiego, żeby napisać, kto pomagał. Babcia Bożena. Ja. Ta od zeszytów i kataru.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od pięciu lat jestem na emeryturze. Wcześniej pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach. Mąż Bartek jest kierowcą w firmie transportowej, jeszcze pracuje, choć nogi go już bolą. Mamy jednego syna - Tomka. Tomek ożenił się z Zuzią dziesięć lat temu. Mają dwójkę dzieci: Oliwierka, osiem lat, i Hanię, pięć. Mieszkają dwadzieścia minut autobusem od nas.

Kiedy Hania się urodziła, a Zuzia wróciła do pracy po roku, przyszła do mnie i powiedziała wprost: „Mamo Bożeno, nie damy rady bez pani. Żłobek od ósmej, ale ja zaczynam o siódmej. Tomek też." Zgodziłam się od razu. Bez wahania. Przecież to moje wnuki.

Od tamtej pory mój tydzień wygląda tak: poniedziałek - piątek, szósta trzydzieści, jadę autobusem do nich albo oni przyjeżdżają do mnie. Budzę dzieci, robię kanapki, odwożę Oliwierka do szkoły, Hanię do przedszkola. Po południu odbieram, odrabiam lekcje z Oliwierkiem, gotuję obiad, kąpię Hanię. Kiedy jedno choruje - a dzieci chorują często - siedzę z nim w domu, mierzę temperaturę, podaję syrop, czytam bajki. Nocuję u nich, kiedy Tomek z Zuzią mają nocną zmianę albo konferencję.

Nie narzekam. To znaczy - nie narzekałam. Kocham te dzieci tak, że czasem aż boli. Kiedy Oliwierek pierwszy raz przeczytał mi całe zdanie sam, płakałam w łazience, żeby nie widział. Kiedy Hania mówi „babciu, ty pachniesz jak dom" - wtedy wiem, po co żyję.

Ale jest też babcia Krysia.

Krysia to mama Zuzi. Mieszka w Krakowie, jest cztery lata młodsza ode mnie, wygląda na dziesięć młodszą. Jeździ na Nordic walking, chodzi na jogę, farbuje włosy na kasztanowy kolor. Przyjeżdża do Warszawy raz na dwa miesiące, na weekend. Przywozi dzieciom drogie prezenty - tablet, markowe buty, pluszaki za sto złotych. Wchodzi do mieszkania jak promień słońca, Hania biegnie do niej z piskiem, Oliwierek pokazuje jej swoje rysunki.

A potem Krysia jedzie do siebie, a ja zostaję z gorączką trzydzieści osiem i pięć, brudną pościelą i zadaniem z matematyki, którego nie rozumiem, bo program się zmienił.

Na komunię Oliwierka przygotowywałam się od marca. Prasowałam mu koszulę, uczyłam pacierza, chodziłam z nim na próby do kościoła, bo Zuzia nie miała czasu, a Tomek - cóż, Tomek nigdy nie ma czasu na takie rzeczy. Kupiłam Oliwkowi zegarek, ładny, ze skórzanym paskiem, na który odkładałam od stycznia.

Tydzień przed komunią Zuzia zadzwoniła.

- Mamo Bożeno, muszę powiedzieć coś delikatnego. Mama przyjeżdża z Krakowa i... chciałabym, żeby siedziała z nami przy głównym stole. Pan fotograf będzie robił zdjęcia rodzinne i... no, wiem, że pani rozumie, przy stole jest osiem miejsc, a chrzestni też muszą być...

Zrozumiałam. Siedziałam przy bocznym stoliku z Bartkiem i kuzynką Tomka, którą widuję raz do roku. Jadłam rosół, uśmiechałam się, kiedy ktoś na mnie patrzył. Bartek pod stołem trzymał mnie za rękę i ściskał mocno, jakby bał się, że wstanę i wyjdę. Nie wyszłam.

Patrzyłam, jak Krysia pozuje z Oliwierkiem do zdjęć. Jak poprawia mu muszkę. Jak Zuzia do niej mówi „mamo, stań tutaj, tutaj lepsze światło". Mój zegarek Oliwierek miał na ręce. Ale na zdjęciach tego nie widać.

Potem były wczasy. Zuzia zabrała dzieci nad morze, do Łeby, na dwa tygodnie. Z Krysią. „Bo mama tak rzadko widzi wnuki, niech się nacieszy." Kiwałam głową. Przez te dwa tygodnie sprzątałam mieszkanie, robiłam przetwory, chodziłam na działkę podlewać pomidory. Bartek patrzył na mnie i milczał. Dopiero trzeciego dnia powiedział:

- Bożena, pogadaj z Tomkiem.

- O czym?

- O tym, że cię to boli.

- Mnie nic nie boli.

Kłamałam. Bolało. Bolało, kiedy Hania zadzwoniła z plaży i powiedziała „babcia Krysia kupiła mi dmuchanego flaminga!", a ja stałam w kuchni z rękami mokrymi od ogórków. Bolało, kiedy na Instagramie Zuzi pojawiło się zdjęcie - trzy pokolenia kobiet na plaży, Zuzia, Krysia i Hania, podpis: „Moje dziewczyny ❤️".

Moje dziewczyny. A ja?

Tomek wpadł do nas w sobotę po wczasach, odebrać kurtki dzieci. Stał w przedpokoju, pił kawę na stojąco, bo się spieszył. Spojrzałam na niego i powiedziałam - sama nie wiem, skąd mi się to wzięło:

- Synku, czy ja jestem dla was babcią od czarnej roboty?

Zamarł z kubkiem przy ustach. Postawił go na szafce

- Mamo, co ty mówisz.

- Mówię, co czuję. Od pięciu lat wstaję o szóstej dla twoich dzieci. Kocham to, nie żałuję ani jednego dnia. Ale na komunii siedziałam przy bocznym stoliku, na wczasy pojechała Krysia, a na zdjęciach nie ma mnie nigdzie. Jestem tą, która pierze i podaje syrop. A Krysia jest tą, która się uśmiecha.

Tomek milczał długo. Dłużej, niż bym chciała.

- Mamo, to nie tak. Zuzia... ona chce, żeby jej mama też miała kontakt z wnukami. Krysia jest daleko, rzadko je widzi, więc kiedy przyjeżdża...

- To ja mam zniknąć?

- Nikt nie każe ci znikać.

Ale tak właśnie to wyglądało. I on to wiedział. Widziałam to w jego oczach - tę bezradność człowieka, który stoi między matką a żoną i nie chce zranić żadnej.

Wziął kurtkę Hani, kurtkę Oliwierka. W drzwiach się odwrócił.

- Pogadam z Zuzią, mamo. Obiecuję.

Minął tydzień. Dwa. Zuzia zadzwoniła w poniedziałek rano - ale nie o rozmowie. O tym, że Hania ma katar i czy mogę ją odebrać z przedszkola wcześniej. Pojechałam, oczywiście. Hania przytuliła się do mnie w szatni, rozpłakana, z nosem czerwonym jak truskawka.

- Babciu, zostaniesz ze mną?

- Zostanę, kochanie.

Wieczorem, kiedy Hania zasnęła, otworzyłam telefon. Zuzia wrzuciła nowe zdjęcie - Krysia przysłała paczkę z Krakowa, kolorowa sukienka dla Hani na lato. Podpis: „Najlepsza babcia na świecie ❤️".

Schowałam telefon do szuflady. Obok leżał zeszyt Oliwierka z tym zdaniem na marginesie: „Babcia Bożena pomogła mi napisać opowiadanie o psie."

I pomyślałam, że może powinnam przestać jeździć na szóstą trzydzieści. Może wtedy ktoś by zauważył. A może właśnie wtedy - straciłabym ostatnie, co mi zostało.