Moje dzieci dzwonią w niedzielę na dziesięć minut, a wnuki mówią do mnie po imieniu. Sąsiadka z góry, młoda mama, zapukała kiedyś po sól i została na herbacie. Dziś jej mały woła do mnie przez klatkę: „Babciu, poczekaj!"

Usłyszałam to pierwszy raz w marcu, wracając z Biedronki z torbą tak ciężką, że bolało mnie ramię. Stałam na półpiętrze, szukając kluczy w kieszeni kurtki, kiedy z góry dobiegł ten głos - wysoki, zadyszany, radosny. „Babciu, poczekaj!" Obejrzałam się, bo przecież nikt mnie tak nie wołał. Zbiegał po schodach czteroletni Kubuś w za dużych kapciach, a za nim Natalia, jego mama, z przepraszającym uśmiechem.

- Kubuś, pani Bożena nie jest twoją babcią - powiedziała cicho, łapiąc go za kaptur bluzy.

- Jest! - krzyknął z taką pewnością, że coś we mnie pękło. Nie ze smutku. Z czegoś innego, ciepłego i bolesnego jednocześnie.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od czterech lat jestem na emeryturze. Trzydzieści jeden lat przepracowałam w księgowości w hucie pod Krakowem - najpierw jako referentka, potem główna księgowa. Mąż Ryszard odszedł osiem lat temu, nie umarł, po prostu odszedł. Do koleżanki z pracy, młodszej o piętnaście lat. Ale to nie o nim chcę opowiadać.

Chcę opowiadać o tym, jak to się stało, że obcy czterolatek mówi do mnie „babciu", a moje własne wnuki - Maja i Oskar - mówią „cześć, Bożena", jakbym była ich koleżanką z podwórka.

Mam dwójkę dzieci. Syn Marcin mieszka we Wrocławiu, pracuje w jakiejś firmie informatycznej, ma żonę Patrycję i dwoje dzieci. Córka Agnieszka jest w Warszawie, uczy angielskiego w prywatnej szkole, dzieci nie ma, ale ma partnera, którego widziałam trzy razy w życiu. Dzwonią w niedzielę. Marcin zazwyczaj po obiedzie, Agnieszka wieczorem. Marcin pyta, jak zdrowie, co u lekarza, czy biorę leki. Agnieszka pyta, co robiłam w tygodniu, i mówi „super, mamo", nawet kiedy powiem, że nic nie robiłam. Rozmowy trwają osiem do dwunastu minut. Mierzę, bo zegar wisi nad telefonem stacjonarnym i nie umiem na niego nie patrzeć.

Na Wigilię przyjeżdżają razem, na zmianę - rok u mnie, rok u teściów Marcina w Nowym Sączu. Kiedy są u mnie, siedzą przy stole grzecznie, chwalą barszcz, a potem Maja bierze tablet, Oskar gra na telefonie, a Marcin z Patrycją siedzą w salonie i rozmawiają o cenach mieszkań. O dwudziestej drugiej wszyscy są już w łóżkach. Na pierwszy dzień świąt jadą do centrum, bo Patrycja chce pokazać dzieciom Rynek. O mnie nikt nie pyta.

To nie tak, że mnie nie kochają. Kochają. Pewnie. Na odległość, w dawkach, które im pasują. Nie jestem zgorzkniała. A może trochę jestem. Sama już nie wiem.

Natalia wprowadziła się na trzecie piętro dwa lata temu. Samotna matka z Kubusiem, który wtedy miał dwa lata i rewelacyjne płuca - potrafił płakać tak, że słyszałam go przez dwa stropy. Na początku skinęłyśmy sobie głowami na klatce i tyle. Potem któregoś wieczoru zapukała. Stała w drzwiach z pustym kubeczkiem, zmęczona jak człowiek, który nie spał trzy dni.

- Przepraszam panią, czy pani ma sól? Skończyła mi się, a mały zasnął i nie chcę go budzić, żeby iść do sklepu.

Dałam jej sól. I zaproponowałam herbatę, bo wyglądała, jakby zaraz miała się przewrócić. Usiadła w mojej kuchni na krześle, na którym kiedyś siadał Ryszard, i przez pierwszą minutę po prostu siedziała z zamkniętymi oczami, trzymając ciepły kubek w obu dłoniach.

- Pani nie wie, jak dobrze jest usiąść w ciszy - powiedziała.

Wiedziałam. Aż za dobrze.

Od tamtego wieczoru Natalia zaczęła wpadać. Nie codziennie - dwa, trzy razy w tygodniu. Czasem po sól, czasem po jajko, czasem po nic. Siadała w kuchni, opowiadała o pracy - była kelnerką w restauracji na Kazimierzu, pracowała na zmiany. Kubuś szedł do żłobka, potem do przedszkola, a kiedy Natalia miała wieczorną zmianę, zostawiała go u koleżanki. Pewnego razu koleżanka zachorowała.

- Pani Bożeno, wiem, że to wielka prośba... - zaczęła, a ja już wiedziałam.

Kubuś został u mnie pierwszy raz na trzy godziny. Siedział na dywanie w salonie, rysował kredkami po starych gazetach i opowiadał mi historię o dinozaurze, który lubił pierogi. Kiedy Natalia go odebrała, powiedział: „Chcę do pani jeszcze".

Zaczął przychodzić regularnie. Natalia płaciła mi, to znaczy próbowała - wciskała mi pięćdziesiąt złotych, a ja wciskałam jej z powrotem sernik na wynos. Kubuś nauczył się, że w dolnej szufladzie komody trzymam kredki, w kuchni jest zawsze kompot, a na parapecie w sypialni stoją kamienie z Bałtyku, które można liczyć. Mówił do mnie „pani Bożena", potem „pani Bożenko", a któregoś dnia, kiedy budowaliśmy wieżę z klocków - „babciu".

Natalia przeprosiła. Ja powiedziałam, żeby nie przepraszała.

Mój syn Marcin zadzwonił w niedzielę jak zwykle. Opowiedziałam mu o Kubusiu. Zapanowała chwila ciszy.

- Mamo, uważaj, żebyś nie była niańką za darmo - powiedział. - Ludzie potrafią wykorzystywać.

- Marcin, ja jej pomagam, bo chcę.

- No tak, ale Maja i Oskar mogliby się poczuć dziwnie, że jakoś obcy chłopiec mówi do ciebie „babciu".

Chciałam powiedzieć: Maja i Oskar mówią do mnie „Bożena" i ostatni raz byliście u mnie na Wielkanoc, z której wyjechaliście dzień wcześniej, bo Patrycja miała jogę w poniedziałek. Ale nie powiedziałam. Powiedziałam: „Dobrze, synu. Jak tam pogoda we Wrocławiu?"

Potem zadzwoniła Agnieszka. Jej reakcja była inna.

- Mamo, to uroczy, naprawdę, ale nie chciałabym, żebyś się przywiązywała. Co będzie, jak się wyprowadzą?

Co będzie. Co będzie jak zostanę z powrotem z ciszą, kompotem w lodówce i kamieniami na parapecie, do których nikt nie zagląda. To chciała powiedzieć moja córka, i miała rację. Tylko że racja nie grzeje w zimowe wieczory.

Na Dzień Matki dostałam dwa SMS-y - od Marcina i od Agnieszki. Standardowe: „Kochana Mamo, dużo zdrowia, całujemy". A wieczorem ktoś zapukał. Kubuś stał w drzwiach z laurką z przedszkola. Na laurce był rysunek: duża postać z kręconymi włosami i mała postać z czerwoną czapką. Podpis, drukowanymi literami, trochę krzywo: „DLA BABCI BOŻENY".

Natalia stała za nim i miała mokre oczy.

- Nie kazałam mu - powiedziała cicho. - Sam chciał.

Tę laurkę powiesiłam na lodówce, obok rachunku za prąd i kuponu z Biedronki. Wisi do dziś.

Kiedy Marcin przyjechał w czerwcu z rodziną na weekend, Kubuś akurat bawił się u mnie w salonie. Syn wszedł, zobaczył rozsypane klocki, kredki na stole, kubek z kompotem, i stanął w progu z taką miną, jakby wszedł do cudzego mieszkania.

- Cześć, Bożena - powiedziała Maja, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

- Babciu, kto to? - spytał Kubuś.

Marcin popatrzył na mnie. Nic nie powiedział. Ale widziałam, jak ścisnął usta, dokładnie tak samo jak jego ojciec, kiedy coś go bolało i nie chciał tego przyznać. Nie wiem, co go bardziej zabolało - to, że obcy dzieciak mówi do mnie „babciu", czy to, że jego własne dzieci nie mówią.

Wyjechali następnego dnia, wcześniej niż planowali. Patrycja powiedziała, że Oskar źle się czuje. Oskar wyglądał zupełnie zdrowo.

Jest teraz wrzesień. Kubuś poszedł do zerówki i opowiadał kolegom, że ma babcię na pierwszym piętrze, która robi najlepszy kompot na świecie. Natalia przyniosła mi w podzięce doniczkę z chryzantemami. Marcin od dwóch tygodni nie dzwoni w niedzielę. Agnieszka dzwoni, ale rozmowy trwają pięć minut.

Wczoraj wieczorem siedziałam w kuchni z herbatą i patrzyłam na laurkę na lodówce. Potem na telefon. Żadnych nieodebranych. Pomyślałam, że mogłabym zadzwonić do Marcina. Przeprosić. Tylko za co? Za to, że pozwoliłam komuś mówić do mnie „babciu"? Za to, że nie czekam grzecznie na dziesięć niedzielnych minut?

A może powinnam zadzwonić i powiedzieć mu prawdę - że ten mały chłopiec z trzeciego piętra daje mi więcej ciepła w tygodniu niż moje własne dzieci w ciągu roku. I że nie wiem, czy to piękne, czy straszne.

Telefon leży na stole. Nie podnoszę go. Jutro niedziela.