Córka twierdzi, że znowu zostawiłam włączony gaz, choć pamiętam, jak sprawdzałam kurki. Klucze, które „zgubiłam", znalazła w mojej lodówce. Wczoraj sąsiadka wspomniała, że córka była u mnie we wtorek - kiedy ja siedziałam w przychodni. Nigdy nie dawałam jej klucza.

Tę ostatnią myśl powtarzam sobie od wczoraj jak mantrę. Nigdy nie dawałam Joli klucza do mojego mieszkania. Ani jej, ani nikomu. Od kiedy Henryk umarł siedem lat temu, noszę przy sobie jeden komplet i jeden leży w szufladzie nocnej szafki, pod książką telefoniczną, której i tak nikt już nie używa. Sprawdziłam. Oba komplety są na swoim miejscu.

A mimo to Jola była u mnie we wtorek.

Pani Krysia z naprzeciwka powiedziała to mimochodem, kiedy wracałyśmy razem windą. „Jolka u ciebie była, widziałam ją na klatce. Taką wielką torbę niosła. Pewnie ci zakupy robiła, jaka dobra dziewczyna." Uśmiechnęłam się i nic nie odpowiedziałam, bo w głowie mi huczało. We wtorek od dziewiątej do dwunastej siedziałam w poradni kardiologicznej na Żelaznej. Wyniki były dobre, doktor Pawlak powiedział, że serce mam jak dzwon. Pamiętam to doskonale, bo jeszcze żartowałam, że na złość tym, którzy by chcieli, jeszcze pożyję.

Mam na imię Halina, skończyłam sześćdziesiąt cztery lata w styczniu. Trzydzieści osiem lat pracowałam jako księgowa - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w prywatnej firmie budowlanej. Rachunki, tabelki, kolumny cyfr. Całe życie pilnowałam, żeby się wszystko zgadzało co do grosza. I teraz moja własna córka wmawia mi, że tracę pamięć.

Zaczęło się trzy miesiące temu, w lutym. Jola zadzwoniła w niedzielę wieczorem, co samo w sobie było dziwne - zwykle dzwoniła raz w tygodniu, krótko, w sobotę po południu. „Mamo, byłam u ciebie i czuć było gaz w kuchni. Musisz uważać." Zdziwiłam się. Nie pamiętam, żeby Jola mnie odwiedzała. Ale pomyślałam - może wpadła, kiedy wychodziłam do Biedronki. Może rzeczywiście nie dokręciłam kurka.

Potem było z kluczami. Szukałam ich rano, pewna, że położyłam na półeczce przy drzwiach, jak zawsze. Nie było ich. Dzwonię do Joli, bo kto inny. „Mamo, leżały w lodówce, między serem a masłem. Znalazłam je, jak ci mleko przywoziłam." Głos miała taki zmęczony, cierpliwy. Ten ton, który znam z telewizji - tak mówią aktorzy grający dorosłe dzieci opiekujące się starymi rodzicami. Tylko że ja nie jestem stara. Nie w ten sposób.

Sprawdziłam lodówkę. Kluczy już tam nie było - Jola powiedziała, że odłożyła je na półkę. Ale był świeży ser żółty, którego nie kupowałam, i mleko, które piję tylko z kawą, a w lodówce stały trzy kartony. Ktoś zrobił mi zapas. Ktoś, kto najwyraźniej wchodzi i wychodzi z mojego mieszkania, kiedy mnie nie ma.

„Dałaś mi kiedyś zapasowy klucz, nie pamiętasz?" - powiedziała Jola, gdy zapytałam wprost. Stałyśmy w moim przedpokoju, ona w kurtce, z tą swoją wielką torbą. „Na wypadek gdyby coś się stało. Po śmierci taty."

Nie dawałam. Pamiętam tamten czas bardzo dokładnie - po pogrzebie Henryka, kiedy córki chciały, żebym się do kogoś przeprowadziła, powiedziałam jasno: zostaję u siebie i radzę sobie sama. Nie dawałam nikomu klucza, bo to była jedyna rzecz, nad którą miałam wtedy kontrolę. Moje drzwi, moje zamki, moja decyzja, kogo wpuszczam.

Zaczęłam uważniej obserwować. Kupiłam tani zeszyt w kratkę i zaczęłam zapisywać: co robię, o której wychodzę, co leży na półce, ile mleka w lodówce. Jak kiedyś prowadziłam księgi rachunkowe - systematycznie, skrupulatnie. I zaczęłam widzieć wzór.

Za każdym razem, gdy wychodziłam na dłużej - do lekarza, na cmentarz, na zakupy do galerii - coś się zmieniało. Raz przesunięty wazon w salonie. Raz inaczej ułożone buty w przedpokoju. Drobnostki, które łatwo zrzucić na moją rzekomą roztargnienie. Ale ja prowadziłam zeszyt. Notowałam stan przed wyjściem i po powrocie. Wazon stał trzy centymetry bardziej na lewo. Pantofle odwrócone noskami do drzwi, choć zawsze stawiam je noskami do ściany.

Powiedziałam o tym Marzenie, mojej młodszej córce. Mieszka we Wrocławiu, pracuje w aptece, dzwoni rzadko, ale jak dzwoni, to potrafi słuchać. „Mamo" - westchnęła. „Jola mówi, że się o ciebie martwi. Że zapominasz rzeczy." Cisza. „Mówi, że może powinnaś iść do neurologa."

Do neurologa. Czyli Jola już z nią rozmawiała. Już ją przygotowała.

Nie spałam tamtej nocy. Leżałam w ciemności i myślałam o tym, jak Jola zawsze była tą praktyczną. Tą, która organizowała, planowała, załatwiała. Po śmierci Henryka to ona zajmowała się papierami spadkowymi. To ona mówiła: „Mamo, daj mi upoważnienie, bo ty nie dasz sobie rady z urzędami." Dawałam. Bo córka, bo zaufanie, bo tak łatwiej.

Rano otworzyłam szafkę z dokumentami. Był tam porządek - ale inny niż mój. Ktoś przeglądał teczki. Polisa na życie leżała na wierzchu, choć zawsze trzymałam ją na dnie. Wyciąg z banku był złożony na pół, a ja składam na trzy. Aktu własności mieszkania nie było.

Zadzwoniłam do Joli. „Córeczko, nie mogę znaleźć aktu notarialnego od mieszkania."

„Mamo, przecież mi go dałaś. Na przechowanie. Sama mówiłaś, że boisz się, że zgubisz."

Głos miała gładki, spokojny. Jak dorosła, która tłumaczy dziecku prostą rzecz. I wtedy zrozumiałam, że to nie jest troska. To jest coś innego. Coś, co ma swój plan i swój harmonogram.

Siedzę teraz przy kuchennym stole, przede mną zeszyt w kratkę pełen notatek i herbata, która dawno wystygła. Za oknem kwitną kasztany na osiedlu, dzieci wracają ze szkoły, życie toczy się normalnie. A ja nie wiem, co robić. Bo jeśli powiem komuś - sąsiadce, lekarzowi, Marzenie - że córka wchodzi mi do mieszkania bez pozwolenia, przesuwa rzeczy, zabiera dokumenty i wmawia mi, że tracę pamięć, to kto mi uwierzy? Starej kobiecie z kartką w kratkę, czy jej troskliwej córce, która „martwi się o mamę"?

A może - i tej myśli boję się najbardziej - może Jola naprawdę się o mnie martwi? Może w jej głowie to wygląda inaczej. Może widzi matkę, która się starzeje, i robi jedyne, co umie - przejmuje kontrolę. Może te klucze dorobiła w dobrej wierze. Może akt notarialny schowała, żebym go nie zgubiła. Może nawet wierzy, że dawałam jej pozwolenie na to wszystko, bo w jej świecie matka powinna je dać.

Wczoraj wieczorem wymieniam zamek. Przyjdzie ślusarz z polecenia pani Krysi, jutro o dziesiątej. Nowy zamek, nowe klucze. Zapasowy komplet zostawię u Marzeny - wyślę listem poleconym, żeby był ślad.

Jola zadzwoni. Będzie pytać, czemu nie może otworzyć drzwi. I wtedy będę musiała powiedzieć na głos to, czego boję się bardziej niż jakiejkolwiek choroby: „Córko, nie ufam ci."

Może to zniszczy coś, czego nie da się naprawić. A może dopiero wtedy dowiemy się, co tak naprawdę między nami zostało.