Na świąteczną sesję u fotografa córka zebrała wszystkich. Mnie wytłumaczyła: „pakiet jest na pięć osób, mamo, tak głupio wyszło". W grudniu dostałam odbitkę w ramce, z bilecikiem „dla babci". Pięć uśmiechów - postawiłam ramkę tyłem do pokoju.

Pięć osób. Marta, jej mąż Grzegorz, ich dwójka dzieci - Zuzia i Olek - i teściowa. Jadwiga. Ta sama Jadwiga, która na weselu mojej córki powiedziała mi szeptem, że „Martunia mogła lepiej trafić niż z taką rodziną". Teraz uśmiechała się z odbitki jak matka roku, w identycznym swetrze co moja wnuczka, bo Marta zamówiła im „family matching outfits". Ja dowiedziałam się o sesji z Facebooka. Zdjęcie miało już sto czterdzieści polubień.

Nie jestem osobą, która urządza sceny. Sześćdziesiąt dwa lata, trzydzieści osiem lat w księgowości zakładów mięsnych, emerytura od roku. Człowiek się uczy trzymać nerwy na wodzy, gdy codziennie bilansuje tysiące faktur. Ale kiedy zobaczyłam tę ramkę na stole w przedpokoju - bo Marta nawet nie weszła, zostawiła paczkę pod drzwiami, „bo Olek w aucie czeka, lecę, mamo" - to coś we mnie pękło. Cicho, bez huku. Jak porcelana, która z zewnątrz wygląda całą, ale wystarczy dotknąć i rozpadnie się na kawałki.

Usiadłam w kuchni, w swoim bloku na Gocławiu. Herbata z cytryną, stary nawyk. Liczyłam na palcach. Kiedy to się zaczęło? Kiedy moja córka zaczęła mnie wycinać z rodzinnego zdjęcia?

Może wtedy, gdy trzy lata temu Marta urodziła Olka i Jadwiga wprowadziła się do nich „na miesiąc pomóc". Miesiąc zamienił się w pół roku. Ja dojeżdżałam z Gocławia na Bemowo autobusem, bo jeszcze pracowałam, nie miałam samochodu. Przywoziłam rosół w słoikach, uprane śpioszki, kopertę z pieniędzmi na pieluchy. Jadwiga otwierała mi drzwi i mówiła: „A, Bożena, wejdź, wejdź, ale Martunia właśnie zasnęła z maluszkiem, może nie hałasuj".

Nie hałasowałam. Nigdy nie hałasowałam. To był mój problem.

Grzegorz jest porządnym człowiekiem, nie mam mu za wiele do zarzucenia. Elektryk, własna działalność, dobrze zarabia. Ale jest maminsynek - w tym łagodnym, niewinnym sensie, który sprawia, że kobieta nawet nie wie, kiedy traci grunt pod nogami. „Mama zna się na dzieciach, niech mama pomoże". „Mama ugotuje, bo ty musisz odpocząć, Martuniu". I nagle Jadwiga stoi w kuchni mojej córki jak u siebie, przestawia garnki i decyduje, czy Zuzia pójdzie na balet, czy na gimnastykę.

A ja? Ja byłam „babcia Bożena, która przyjeżdża w niedzielę". Czasem co drugą niedzielę. Czasem raz w miesiącu, bo „mamo, ten weekend jedziemy do Jadzi na działkę".

Na tę działkę pod Grodziskiem to nigdy nie dostałam zaproszenia.

Rozmawiałam z Martą. Próbowałam. W lutym zadzwoniłam i powiedziałam wprost: „Córeczko, czy ja ci jakoś zawadzam? Bo mam wrażenie, że mnie unikasz".

Cisza w słuchawce. A potem tym swoim nowym głosem - spokojnym, wygładzonym, jakby recytowała coś z poradnika - Marta powiedziała: „Mamo, nikt cię nie unika. Po prostu mamy swoje życie i nie zawsze możemy się dostosować do twoich oczekiwań. Może powinnaś znaleźć sobie jakieś zajęcie, koleżanki, żebyś nie skupiała się tak na nas".

Znajdź sobie zajęcie. Koleżanki. Jakbym była dzieckiem, które się nudzi na przerwie.

Nie powiedziałam jej wtedy, że mam koleżanki. Że chodzę z Krysią z parteru na spacery, że czytam książki, że jeżdżę na basen. Nie powiedziałam, bo zrozumiałam, że to nie o moje zajęcia chodzi. Chodzi o to, że jestem niewygodna. Że Jadwiga jest bliżej, jest pod ręką, ma samochód i działkę z altanką, i nie pyta niewygodnych pytań. A ja pytam. Bo widzę, że moja córka jest zmęczona, że Grzegorz coraz częściej jeździ na „zlecenia weekendowe", że Zuzia w trzeciej klasie gryzie paznokcie do krwi.

Jadwiga tego nie widzi. A może widzi i milczy, bo milczenie jest wygodniejsze.

W marcu pojechałam na Bemowo bez zapowiedzi. Wiem, nie powinnam. Ale Zuzia miała urodziny, dziewiąte, i ja - babcia - chciałam dać jej ten prezent osobiście. Pluszowy królik i książka o kosmosie, bo Zuzia kochała gwiazdy.

Otworzyła mi Jadwiga. W fartuchu mojej córki. Za nią, w salonie, wisiał baner „Happy Birthday Zuzia!" i stał stół nakryty na osiem osób. Jadwiga popatrzyła na mnie i powiedziała: „O, Bożenka. A my myślałyśmy, że zadzwonisz".

Myślałyśmy. Liczba mnoga. Jakby ona i moja córka były jednym organizmem, a ja - obcym ciałem, które powinno się najpierw zapowiedzieć.

Weszłam. Zuzia rzuciła mi się na szyję, krzyknęła „babcia Bożena!" i przez chwilę świat był w porządku. Ale Marta stała w drzwiach kuchni z miną, którą znałam aż za dobrze. Zaciśnięte usta. Ręce skrzyżowane na piersi. „Mamo, mogłaś zadzwonić, nie spodziewaliśmy się".

Nie spodziewaliśmy się babci na urodzinach wnuczki. Proszę, niech ktoś mi powie, że to normalne.

Zostałam godzinę. Zjadłam kawałek tortu, który upiekła Jadwiga. Pochwaliłam, bo był dobry - czekoladowy, z wiśniami. Jadwiga uśmiechnęła się z satysfakcją. Grzegorz podlewał mi herbatę i unikał mojego wzroku.

W autobusie do domu płakałam. Cicho, twarzą w szybę, żeby nikt nie widział.

A potem, w grudniu, ta ramka. „Dla babci". Pięć osób, pięć swetrów w jodełkę, pięć uśmiechów. Pakiet na pięć osób, tak głupio wyszło. Głupio.

Krystyna z parteru powiedziała mi: „Bożena, jedź tam, powiedz im co myślisz, trzaśnij pięścią w stół". Ale ja nie jestem od trzaskania. Przez trzydzieści osiem lat bilansy się zgadzały, bo byłam dokładna i cierpliwa. Może za cierpliwa.

Na Wigilię Marta zadzwoniła. „Mamo, przyjdziesz? O piątej łamiemy opłatek".

Powiedziałam, że przyjdę.

A potem usiadłam na łóżku i patrzyłam na tę ramkę, wciąż odwróconą tyłem. Myślałam o tym, że mogę pójść, usiąść przy stole, uśmiechnąć się, podzielić opłatkiem z Jadwigą, pogłaskać Zuzię po głowie i udawać, że wszystko jest dobrze. Robiłam to od trzech lat. Mogę robić dalej.

Albo mogę nie przyjść. Pierwszy raz w życiu mogę powiedzieć: „Nie. Nie przyjdę. Nie chcę być gościem we własnej rodzinie".

I niech wtedy Marta poczuje ten pusty krzesło przy stole. Niech się zastanowi, kogo tam brakuje. Niech wreszcie zobaczy.

Albo nie zobaczy. I to będzie odpowiedź, której się boję najbardziej.

Do Wigilii zostały trzy dni. Ramka stoi odwrócona. Telefon milczy. Ja siedzę w kuchni na Gocławiu, piję herbatę z cytryną i nie wiem, co zrobię dwudziestego czwartego. Naprawdę nie wiem.