
Stefan miał powiedzonko na każdą okazję. Spisałam wszystkie - sześćdziesiąt trzy - w zeszyt zatytułowany „Słownik dziadka". Wnuki cytują je teraz przy obiadach, najmłodszy używa w szkole. Polonistka zapytała o źródło cytatów. Źródło biło pięćdziesiąt lat obok mnie.
Zeszyt leży teraz przede mną - zwykły, szesnastokartkowy, w kratkę, z Biedronki. Na okładce napisałam flamastrem: „Słownik dziadka Stefana. Wydanie jedyne i ostateczne." Stefan zobaczyłby to i powiedział swoje numer dwadzieścia trzy: „Halinka, ty z byle czego zrobisz ceremonię". I miałby rację. Całe życie robiłam ceremonię z byle czego, a to, co naprawdę ważne, przegapiałam.
Bo Stefan nie żyje od siedemnastu miesięcy. Odszedł w środku nocy, w naszej sypialni na Gocławiu, tak cicho, że się nie obudziłam. Rano pomyślałam, że śpi dłużej niż zwykle. Dotknęłam jego ramienia i już wiedziałam. Było zimne w sposób, który nie należy do śpiących ludzi.
Pięćdziesiąt lat małżeństwa. Pięćdziesiąt lat powiedonek, herbaty z cytryną parzonej zawsze w tej samej kolejności - najpierw cytryna, potem wrzątek, potem torebka - i dyskusji o tym, czy zamknęłam drzwi na klucz, czy tylko na klamkę. Pięćdziesiąt lat z człowiekiem, o którym byłam przekonana, że znam na wylot. A potem znalazłam pudełko.
To było trzy miesiące po pogrzebie. Syn Dariusz przyjechał z Poznania pomóc mi posprzątać garaż. Stefan trzymał tam półki z narzędziami, stare narty, rower, którego nie używał od lat, i kartony z rzeczami, które „jeszcze się przydadzą" - jego numer czterdzieści jeden. Dariusz wyciągał pudła i podawał mi do przejrzenia. W jednym z nich, między instrukcjami do wiertarki i starymi rachunkami za prąd, leżała metalowa puszka po cukierkach. W środku - plik listów. Dwadzieścia siedem kopert, zapisanych kobiecym pismem, zaadresowanych do Stefana na adres warsztatu.
„Mamo, co to jest?" - Dariusz trzymał jedną z kopert pod światło. Spojrzałam na niego i poczułam coś dziwnego. Nie gniew. Nie strach. Ciekawość. Taką samą, jaką czuje się, kiedy ktoś zaczyna opowiadać historię i urywa w połowie.
„Zostaw" - powiedziałam. „Zabiorę do domu, przejrzę w spokoju."
Dariusz zmarszczył brwi. Ma po ojcu ten sposób patrzenia - jakby mierzył temperaturę emocji drugiej osobie. „Mamo, jesteś pewna, że chcesz to czytać sama?"
Byłam pewna. Listy pisała kobieta o imieniu Lucyna. Pierwszy datowany na maj tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty trzeci, ostatni - na grudzień tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty jeden. Osiem lat korespondencji. Lucyna pisała o pracy w bibliotece w Radomiu, o córce, która choruje na astmę, o wieczorach, kiedy czyta Iwaszkiewicza i myśli o Stefanie. Pisała: „Twoje powiedzonka noszę w sobie jak kamyki w kieszeni - sięgam po nie, gdy jest mi ciężko." Pisała: „Wiem, że nie zostawisz Halinki. Nie proszę o to. Proszę tylko, żebyś od czasu do czasu napisał, że żyjesz."
Stefan nie zostawił swoich odpowiedzi. Albo Lucyna je trzymała. Albo nie pisał wcale. Tego nie wiem i pewnie się nie dowiem.
Pierwszą noc po przeczytaniu listów nie spałam. Leżałam w ciemności, w tej samej sypialni, w której Stefan umarł, i próbowałam dopasować tego Stefana z listów do tego, który pięćdziesiąt lat stawał obok mnie rano, drapał się po karku i mówił swoje numer osiem: „Halinka, dzień dobry, co robimy z tym dniem?"
Lucyna nie była kochanką. A może była. Listy tego nie mówią wprost. Są czułe, ale w sposób, który mógłby być przyjaźnią. Mógłby - gdyby nie jedno zdanie z listu z marca osiemdziesiątego szóstego: „Tamten weekend w Kazimierzu pamiętam każdą minutą ciała." To zdanie przeczytałam siedem razy. Potem zamknęłam zeszyt z powiedzonkami, który akurat leżał obok, i położyłam go na stosie listów, jakby jedno mogło przydusić drugie.
Weekend w Kazimierzu. Marzec osiemdziesiąty szósty. Starałam się sobie przypomnieć. Stefan jeździł wtedy do brata do Lublina raz na kilka miesięcy. Może wtedy? Bogdan, brat Stefana, nie żyje od dwunastu lat. Nie ma kogo zapytać.
Przez tydzień chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. Nie powiedziałam Dariuszowi. Nie powiedziałam córce Ewie, która i tak ma dość swoich problemów z mężem. Nie powiedziałam nikomu. Poszłam za to na cmentarz, stanęłam nad grobem Stefana i powiedziałam na głos: „Ty stary durniu, mogłeś chociaż spalić te listy." Sąsiedni grób miał świeże kwiaty i ktoś na pewno mnie słyszał. Było mi to zupełnie obojętne.
A potem wróciłam do domu, otworzyłam „Słownik dziadka" na stronie z powiedzonkiem numer trzydzieści siedem i przeczytałam: „Człowiek to nie szuflada - nie zmieścisz go w jednym pudełku." Stefan mówił to, kiedy ktoś za szybko kogoś osądzał. Mówił to przy rosole niedzielnym, kiedy Ewa kłóciła się z Dariuszem o politykę. Mówił to, kiedy sąsiadka z czwartego piętra plotkowała o rozwodzie państwa Mrozów.
Teraz mówił to do mnie. Zza grobu, swoimi własnymi słowami, zapisanymi moją ręką w zeszycie za złotówkę dziewięćdziesiąt dziewięć.
Kilka dni temu mały Jasiu - wnuk, lat dziewięć - wrócił ze szkoły i powiedział przy obiedzie: „Babciu, pani od polskiego pytała, skąd mam te mądre zdania. Powiedziałem, że od dziadka Stefana. Pani powiedziała, że dziadek musiał być mądrym człowiekiem." Ewa spojrzała na mnie znad talerza. Uśmiechnęłam się, bo co miałam zrobić.
„Był" - odpowiedziałam. „Mądry i skomplikowany."
„Co to znaczy skomplikowany?" - zapytał Jasiu.
Ewa szybko weszła: „To znaczy, że lubił trudne krzyżówki, kochanie."
Jasiu się zadowolił. Ja nie. Bo teraz otwieram „Słownik dziadka" i każde powiedzonko czytam podwójnie. Numer piętnaście: „Nie pytaj, jak było, pytaj, jak jest" - czy Stefan mówił to z mądrości, czy dlatego, że bał się pytań o przeszłość? Numer czterdzieści dziewięć: „Kto za dużo grzebie, ten znajdzie robaki" - ostrzegał mnie? Siebie? Lucynę?
Listy schowałam z powrotem do puszki po cukierkach. Puszka stoi teraz na mojej szafce nocnej, tuż obok „Słownika dziadka". Czasem na nie patrzę i myślę, że te dwa przedmioty - zeszyt i puszka - to jest cały Stefan. Jedno dla rodziny, drugie tylko dla siebie. I zastanawiam się, czy mam prawo osądzać człowieka, którego kochałam pięćdziesiąt lat, za osiem lat listów od kobiety, która nosiła jego powiedzonka jak kamyki w kieszeni.
Ewa dzwoniła wczoraj wieczorem. Powiedziała, że Jasiu chce na Dzień Dziadka zrobić w szkole prezentację o Stefanie. Chce użyć „Słownika dziadka". Polonistka jest zachwycona pomysłem.
„Mamo, dasz mu ten zeszyt?" - zapytała Ewa.
Trzymałam telefon przy uchu i patrzyłam na puszkę po cukierkach. Powiedzonko numer sześćdziesiąt trzy, ostatnie, które zapisałam, brzmi: „Halinka, prawda jest jak cebula - ile warstw oderwiesz, tyle jeszcze zostanie."
„Dam" - powiedziałam. „Oczywiście, że dam."
Ale puszki nie ruszę. Są rzeczy, które wnuk nie musi wiedzieć o swoim dziadku. A może kiedyś powinien?