Henryk przyznał się, że nie tańczy - „dwie lewe nogi, całe życie się wymigiwałem". Uczę go w kuchni, między stołem a kredensem, na „raz-dwa-trzy". Na potańcówce w klubie zatańczyliśmy jeden pełny walc. Deptał mi po palcach w rytmie. Najpiękniejszy walc od czterdziestu lat - liczę razem z tamtymi.

Razem z tamtymi - to znaczy razem ze Staszkiem. Bo mój mąż, Stanisław Kubera, tańczył jak nikt. Na zabawach w remizie, na weselach, na sylwestrach w domu kultury w Poznaniu - zawsze to on prowadził, zawsze pewnie, z tym swoim uśmiechem, jakby mówił: „Trzymam cię, Bożenko, nigdzie nie upadniesz". Czterdzieści lat z nim. I ani jednego wieczoru, żebym nie chciała z nim tańczyć.

Staszek odszedł trzy lata temu. Rak trzustki, siedem miesięcy od diagnozy do końca. Ostatniego dnia, w hospicjum, poprosił mnie, żebym mu zaśpiewała „Hej, sokoły". Nie dałam rady. Zaśpiewałam „Sto lat", bo tylko to przeszło mi przez gardło, i oboje się śmialiśmy przez łzy, bo to było absurdalne i piękne jednocześnie.

Po pogrzebie zamknęłam się. Nie dosłownie - chodziłam do pracy w bibliotece, robiłam zakupy, odwiedzałam wnuki. Ale ta część mnie, która tańczyła, która śmiała się głośno, która lubiła czerwoną szminkę i kolczyki z turkusem - ta część umarła razem ze Staszkiem. Córki się martwiły. Renata, ta starsza, dzwoniła codziennie. Marzena, młodsza, przywoziła mi ciasta i książki. Obie mówiły jedno: „Mamo, żyj".

Henryka poznałam na działce ROD. Nasz ogródek - znaczy mój i Staszka, bo tak nadal myślałam - graniczył z jego parcelą od strony wschodniej. Henryk pojawił się tam wiosną, rok po śmierci Staszka. Kupił działkę od starej pani Jadwigi, która przeniosła się do córki do Gdańska. Pierwszego dnia przyniósł mi słoik miodu i powiedział: „Henryk Nowicki, emerytowany elektryk, sześćdziesiąt pięć lat, wdowiec od ośmiu. Mam kota imieniem Bigos i nie umiem hodować pomidorów".

Nie szukałam nikogo. Chcę to powiedzieć wyraźnie, bo wiem, jak ludzie myślą. Kobieta po sześćdziesiątce, wdowa, spotyka mężczyznę - i zaraz komentarze: „Szybko się pocieszyła". Córka Renata nie powiedziała tego wprost, ale widziałam to w jej oczach, kiedy wspomniałam o Henryku pierwszy raz. Marzena była otwarta, pytała, uśmiechała się. Renata milczała. A milczenie Renaty zawsze było głośniejsze niż krzyk.

Przez pół roku byliśmy tylko sąsiadami. Henryk podlewał mi grządki, kiedy wyjeżdżałam do wnuków. Ja piekłam mu szarlotkę, bo mówił, że jego żona Irena robiła identyczną. Rozmawialiśmy przez płot o pogodzie, o ZUS-ie, o tym, że ceny w Biedronce znowu poszły w górę. Normalne, ludzkie rzeczy.

Potem przyszła jesień i Henryk zaprosił mnie na herbatę. Do siebie, na działkę, bo miał nowy termos i chciał pochwalić się altaną, którą sam postawił. Siedliśmy na plastikowych krzesłach, pod dachem z przezroczystego poliwęglanu, i nagle cisza między nami zmieniła smak. Nie była już sąsiedzka. Była inna. Cieplejsza. Henryk patrzył na mnie, a ja pomyślałam: „Boże, ja mam sześćdziesiąt dwa lata i rumienię się jak dziewczyna".

Nie powiedziałam o tym nikomu przez dwa miesiące. Spotykaliśmy się na spacerach, w kinie na porannych seansach, na obiadach w barze mlecznym koło rynku. Henryk był inny niż Staszek. Cichszy. Bardziej niepewny. Mówił mało, ale kiedy mówił, to ważyło. Staszek wypełniał każde pomieszczenie swoim głosem, swoim śmiechem, swoją pewnością. Henryk raczej stał z boku i obserwował. I jakoś - nie wiem kiedy to się stało - zaczęłam lubić tę ciszę obok niego.

Problem zaczął się na Wigilii. Zaprosiłam Henryka do siebie, do mieszkania na Ratajach. Renata przyjechała z mężem i dziećmi, Marzena z narzeczonym. Kiedy otworzyłam drzwi i Renata zobaczyła nakrycie dla Henryka na stole, przy którym przez czterdzieści lat siadał jej ojciec, zrobiła się biała na twarzy.

- Mamo, możemy porozmawiać? - zapytała w kuchni, kiedy nalewałam barszcz do wazy.

- Oczywiście, córeczko.

- Czy on... czy on tu teraz mieszka?

- Nie. Jest gościem. Tak jak twój teść dwa lata temu, tak jak Krysia z biblioteki trzy lata temu. Gościem na Wigilii.

- To nie jest to samo i dobrze o tym wiesz.

Wiedziałam. Oczywiście, że wiedziałam. Henryk siedział w pokoju i rozmawiał z Marzeninym narzeczonym o wędkarstwie, a ja stałam w kuchni z córką, która patrzyła na mnie jak na zdrajczynię. I najgorsze było to, że częścią siebie - tą częścią, która nadal nosiła obrączkę Staszka na palcu - rozumiałam ją.

Wigilia przeszła w napiętej grzeczności. Renata nie odezwała się do Henryka ani razu bezpośrednio. Łamała się opłatkiem ze spuszczonym wzrokiem. Marzena ratowała sytuację żartami, ale w jej oczach widziałam niepokój. Henryk był cichy jak zawsze, jadł barszcz, chwalił pierogi, a o dziesiątej wieczorem wstał i powiedział: „Bożenko, dziękuję za piękny wieczór. Pójdę do siebie, bo Bigos pewnie głodny".

Kiedy zamknęłam za nim drzwi, Renata powiedziała z salonu, nie podnosząc głosu:

- Tata umarł trzy lata temu, mamo. Trzy lata.

Nie odpowiedziałam. Poszłam do łazienki i stałam przed lustrem, patrząc na swoją twarz - na zmarszczki, na siwe włosy, na obrączkę, na kolczyki z turkusem, które włożyłam po raz pierwszy od pogrzebu. I zapytałam siebie: „Czy masz prawo?".

Nie znalazłam odpowiedzi tamtej nocy. Nie znalazłam jej też w styczniu, kiedy Renata przestała dzwonić codziennie. Ani w lutym, kiedy Marzena powiedziała mi przez telefon: „Mamo, Renata płakała. Mówi, że zapominasz o tacie. Ja jej tłumaczę, ale ona... ona tak to czuje".

Henryk pytał, co się dzieje. Mówiłam, że nic. Kłamałam, a on wiedział, że kłamię, bo Henryk zawsze wiedział. Pewnego marcowego wieczoru, w mojej kuchni na Ratajach, przy herbacie z cytryną, powiedział:

- Bożena, ja nie chcę być problemem. Jeśli to za dużo...

- Nie kończ tego zdania - przerwałam mu, ostrzej niż chciałam.

I wtedy on się przyznał. Że nie tańczy. Że całe życie się wymigiwał. Że Irena go ciągnęła na zabawy, a on stał pod ścianą i pilnował torebek. Powiedział to tak, jakby to był jego największy sekret, jego największa porażka. A ja się roześmiałam - pierwszy raz od tygodni - i powiedziałam: „To cię nauczę".

Odsunęliśmy stół pod okno, kredens i tak stał pod ścianą. Włączyłam radio - leciał jakiś walc, nie pamiętam jaki. Wzięłam jego rękę i położyłam sobie na talii. „Raz-dwa-trzy. Raz-dwa-trzy". Henryk był sztywny jak deska i poważny jak na egzaminie. Deptał mi po stopach, przepraszał za każdym razem, a ja liczyłam głośno i prowadziłam, bo ktoś musiał.

Ćwiczyliśmy tak przez dwa tygodnie. Co wieczór, po kolacji, między stołem a kredensem. Henryk robił postępy. Małe, ale robił. Przestał patrzeć na stopy. Zaczął patrzeć na mnie.

W kwietniu poszliśmy na potańcówkę w klubie seniora. Sala pachniała starym parkietem i kwiatami jabłoni za oknem. Orkiestra - akordeon, skrzypce, keyboard - zagrała walca wiedeńskiego. Henryk spojrzał na mnie, a ja na niego. Wstaliśmy.

Deptał mi po palcach. W rytmie, trzeba mu to oddać. Prowadził niepewnie, ale prowadził. Jeden pełny walc, od początku do końca, bez przerwy, bez uciekania pod ścianę. Kręciliśmy się po parkiecie, a ja czułam jego dłoń na moich plecach - ciepłą, twardą od lat pracy z kablami - i myślałam o Staszku. O tym, jak tańczyliśmy na naszym weselu w osiemdziesiątym trzecim roku. O tym, jak pachniał wtedy - Bruttem i wódką. O tym, że tamten walc był doskonały, a ten jest niezdarny i piękny w zupełnie inny sposób.

Najpiękniejszy walc od czterdziestu lat. Liczę razem z tamtymi - z tamtymi wszystkimi walcami ze Staszkiem. I nie wiem, czy to sprawiedliwe wobec niego. Nie wiem, czy to sprawiedliwe wobec Renaty, która wciąż milczy. Nie wiem, czy obrączka Staszka na mojej prawej ręce i dłoń Henryka w mojej lewej mogą istnieć w tym samym zdaniu.

Wiem tylko, że kiedy muzyka ucichła, Henryk powiedział cicho: „Następnym razem będę lepszy". A ja pomyślałam, że chcę, żeby było to następne razem. I że Staszek - ten Staszek, którego znałam - powiedziałby: „Bożenko, tańcz".

Ale Renata jest córką Staszka. I jej ból jest prawdziwy. I ja nie potrafię go uleczyć tańcem.