Coraz częściej ucieka mi słowo - stoję z czajnikiem i szukam w głowie „czajnika". Pierwszej powiedziałam wnuczce: ona jedna się nie przestraszyła, wymyśliła grę „opisz, a zgadnę" i zeszyt przy cukiernicy. Neurolog kazał ćwiczyć i nie panikować. Słowa wracają szybciej, kiedy się nie wstydzę.

Ale zacznę od tego czwartku w marcu, kiedy to się zaczęło naprawdę. Znaczy - działo się już wcześniej, tygodniami, ale tamtego dnia pierwszy raz poczułam strach. Taki fizyczny, w żołądku. Stałam w Biedronce na Ursynowie, w kolejce do kasy, i nagle nie mogłam sobie przypomnieć słowa „paragon". Kasjerka pytała, czy chcę paragon, a ja patrzyłam na nią i wiedziałam, o co pyta, wiedziałam, co to za karteczka, ale słowo zniknęło. Jak wymazane gumką. Powiedziałam „tak, poproszę ten... papierek" i wyszłam ze sklepu z mokrymi oczami.

Dwa dni później zadzwoniłam do córki. Moja Agnieszka, czterdzieści lat, pracuje w szkole, uczy polskiego - to ironia, prawda? Matka polonistki gubi słowa. Powiedziałam jej ostrożnie, że ostatnio jestem rozkojarzna. Że zapominam nazwy rzeczy. Agnieszka zamilkła. A potem powiedziała cicho: „Mamo, to może być początek... wiesz czego. Musisz iść do neurologa". I rozłączyła się, bo - jak potem tłumaczyła - musiała się wypłakać, a nie chciała, żebym słyszała.

Nie poszłam od razu. Przez dwa tygodnie udawałam, że nic się nie dzieje. Robiłam krzyżówki, czytałam książki, powtarzałam w głowie nazwy przypraw na półce: majeranek, ziele angielskie, lubczyk, papryka. Wszystko było. A potem przy obiedzie z mężem powiedziałam „podaj mi ten... no ten... do zupy..." i nie mogłam wydusić słowa „chochla". Andrzej podał mi chochlę bez słowa. Ale widziałam, jak mu się twarz ściągnęła. Wieczorem słyszałam, że rozmawia z Agnieszką przez telefon, ściszonym głosem, w łazience, z odkręconą wodą. Jakby myślał, że szum wody zagłuszy słowa. Nie zagłuszył.

Andrzej jest elektrykiem, sześćdziesiąt pięć lat, od dwóch na emeryturze. Człowiek, który umie naprawić wszystko - każdy bezpiecznik, każde zwarcie, każdą zepsutą pralkę. Ale tego nie umiał naprawić. I widziałam, że go to przerażało bardziej niż mnie. Zaczął mnie obserwować. Przy każdej rozmowie patrzył na mnie z taką czujnością, że chciałam krzyczeć. Kiedy szukałam słowa, widziałam, jak zaciska szczękę. Kiedy znajdowałam - jak wypuszcza powietrze. Nasze rozmowy zamieniły się w egzamin, na którym oboje drżeliśmy.

Syn Tomek zadzwonił z Wrocławia. „Tato mówi, że masz problemy z pamięcią". Tomek jest kierowcą, czterdzieści dwa lata, dobre serce, ale wszystko u niego jest proste: problem - rozwiązanie. „Mamo, to pewnie stres. Albo tarczyca. Jedź do lekarza, dostaniesz tabletki i będzie dobrze". Chciałam mu wierzyć. Nie uwierzyłam.

Poszłam do neurologa w kwietniu. Doktor Wiśniewska, młoda, spokojnym głosem. Robiła testy - kazała mi wymieniać zwierzęta od A, powtarzać ciągi liczb, rysować zegar. Zegar narysowałam dobrze. Zwierząt od A wymyśliłam sześć w minutę, powinnam więcej. Wyniki rezonansu były w normie. „Pani Halino" - powiedziała - „to może być wiele rzeczy. Stres, zmęczenie, wiek, mikroniedobory. Na tym etapie nie widzę podstaw do paniki. Ale proszę ćwiczyć: czytać głośno, uczyć się nowych słów, rozmawiać dużo. I proszę wrócić za pół roku".

Wyszłam z gabinetu i usiadłam na ławce przed przychodnią. Powinnam była poczuć ulgę. Nie poczułam. Bo „na tym etapie" to nie to samo co „wszystko w porządku". I „za pół roku" brzmiało jak odliczanie.

Andrzej przyjął wiadomość z neurologa tak, jak przyjmuje odczyt na mierniku - sprawdził dane, pokiwał głową, powiedział „no to dobrze". Ale dalej obserwował. Dalej ściszał telewizor, kiedy mówiłam. Dalej kończył za mnie zdania, kiedy się zacinałam. A ja zaczęłam się zamykać. Mówić mniej. Bo każde zgubione słowo przy nim było jak potwierdzenie, że coś jest nie tak. Że się rozpada.

Z Agnieszką było inaczej, ale nie łatwiej. Córka zaczęła mi podsyłać artykuły o diecie śródziemnomorskiej, o ćwiczeniach mózgu, o kwasach omega-3. Dzwoniła codziennie, pytała, co jadłam, co czytałam, czy robiłam krzyżówkę. Z troski zrobiła się kontrola. A z kontroli - napięcie, które wisiało między nami jak niedomknięte drzwi na ciąg.

I wtedy, w maju, na długi weekend, przyjechała Kasia. Wnuczka, jedenaście lat, córka Tomka. Przyjechała sama pociągiem z Wrocławia - Tomek wsadził ją w Intercity, a ja odebrałam z Dworca Centralnego. Na peronie stała z plecakiem z dinozaurem i taką miną, jakby świat należał do niej. „Babciu, a co jemy na obiad?" - to było jej pierwsze pytanie.

Tego wieczoru siedziałyśmy w kuchni, piłyśmy kakao, a ja opowiadałam jej o wujku Staszku, o tym jak chodził na grzyby i zawsze wracał z pustym koszykiem, bo zjadał jagody po drodze. I nagle stanęłam w pół zdania. Szukałam słowa „koszyk". Widziałam ten koszyk, wiklinowy, z uchwytem, ale nazwa zniknęła. Kasia patrzyła na mnie spokojnie. I powiedziałam jej prawdę. Pierwszy raz komuś prosto, bez owijania: „Kasiu, babci czasem uciekają słowa. Wiem, co chcę powiedzieć, ale nie potrafię tego nazwać. Boję się trochę".

Kasia postawiła kubek na stole. Zastanowiła się. I powiedziała: „To zagrajmy w grę. Ty opisujesz, a ja zgaduję. Jak takie zagadki. Będzie fajnie".

Nie przeraziła się. Nie zrobiła wielkiej sprawy. Nie zaczęła szukać w telefonie artykułów. Nie zadzwoniła do taty. Wzięła zeszyt - taki w kratkę, w miękkiej okładce - i położyła go przy cukiernicy. „Tu będziemy zapisywać słowa, które ci uciekły i wróciły" - oświadczyła. „Jak taki album. Album słów".

I zaczęłyśmy grać. Ja mówiłam: „taki metalowy, okrągły, do gotowania wody", a ona krzyczała „CZAJNIK!" i zapisywała: „czajnik - 17 maja, wrócił po 4 sekundach". Śmiałyśmy się. Obie. A ja poczułam coś, czego nie czułam od tygodni: lekkość. Moje zgubione słowa nie były tragedią. Były zagadką do rozwiązania.

Zeszyt leży przy cukiernicy do dziś. Ma już dwadzieścia siedem stron. Niektóre wpisy są Kasi, okrągłym dziecięcym pismem. Niektóre moje, drżącym. Są tam „paragon", „chochla", „kaloryfer", „suszarka". I przy każdym - data i czas, w jakim słowo wróciło. Kasia prowadzi statystyki. Mówi, że jestem coraz lepsza. Nie wiem, czy to prawda.

Andrzejowi powiedziałam o zeszycie dopiero po dwóch tygodniach. Oglądał go długo, w milczeniu. Potem odłożył i wyszedł na balkon. Przez szybę widziałam, że stoi i patrzy przed siebie. Nie wiem, czy to było wzruszenie, czy strach, czy jedno i drugie. Nie poszłam do niego. Są chwile, kiedy człowiek potrzebuje stać sam na balkonie i nie być ratowanym.

Agnieszka zareagowała inaczej. „Mamo, to nie jest gra. To jest poważna sprawa. Nie możesz udawać, że wszystko jest w porządku, bo wnuczka wymyśliła zabawę". Pokłóciłyśmy się. Po raz pierwszy od lat naprawdę się pokłóciłyśmy. Powiedziałam jej: „Agnieszko, ty chcesz mnie leczyć, a Kasia chce ze mną być. Widzisz różnicę?".

Nie widziała. Albo widziała i dlatego tak ją zabolało.

Byłam na kontroli u doktor Wiśniewskiej. Testy wyszły tak samo. Ani lepiej, ani gorzej. „Proszę dalej ćwiczyć" - powiedziała. „I proszę rozmawiać z ludźmi. Im więcej pani mówi, tym lepiej". Opowiedziałam jej o zeszycie. Uśmiechnęła się. „Pani wnuczka ma instynkt terapeuty" - powiedziała. Może tak. A może po prostu ma jedenaście lat i nie nauczyła się jeszcze, że choroby trzeba się bać.

Słowa dalej uciekają. Wczoraj szukałam „parapetu" przez osiem sekund. Andrzej patrzył, ale tym razem nie dokończył za mnie. Czekał. Znalazłam sama. Nie wiem, czy dlatego, że ćwiczę, czy dlatego, że przestaję się wstydzić. A może to jest to samo.

Kasia dzwoni w każdą niedzielę. „Babciu, były jakieś nowe uciekinierki?" - pyta. Ja otwieram zeszyt i czytam. Ona się śmieje. Ja też. A potem odkładam słuchawkę i myślę: co będzie, jeśli kiedyś zapomnę słowa „wnuczka"? Co będzie, jeśli ten zeszyt przestanie wystarczać?

Ale dzisiaj jest piątek, na kuchence stoi czajnik - i wiem, że to czajnik.